|
2647:
Odyseja sarmacka
Rok 2647 był to zwykły rok, w którym żadne znaki na niebie i ziemi nie
zwiastowały klęsk ani nadzwyczajnych zdarzeń. Jak wspominają bazy
danych, w przeciwieństwie do poprzedniego roku rupie nie wyroiły się
nad miarę z Ornych Pól, inaczej niż w następnym nie zdarzyło się
zaćmienie słońc ani też układu nie nawiedziły komety jak w minionej
dekadzie. Chyba tylko zima ustąpiła wcześniej, niż najstarsi
kolonizatorzy pamiętali – już po pięciu tuzinkach śnieg stopniał,
równiny zaczerwieniły się, istryksy poczęły huczeć, a myszury ryczeć po
zagrodach.
Ale dość tej ekspozycji, bo oto nadarza się okazja, by wejść w sam
środek opowieści, której bohaterami nie są kalendarze, astronomie,
klimaty i hodowle, lecz istoty rozumne. Ledwo bowiem sine słońce
osrebrzyło dachy, skrzypnęły drzwi we wschodnim skrzydle dworu i na
chłód poranka wyszły dwie młode kobiety w powłóczystych szatach o
mnogich koronkach i falbankach. Jedna twarz ma kamienną, druga
ożywioną; w ich cichych głosach brzmi tłumiona pasja.
– Pojąć nie mogę, co się dziś dzieje z waszmość panną! Jeszcze nigdy
jej tak smutnej nie widziałam!
– Moja Anielu, dajże mi spokój teraz.
– Ale przebóg! Czy to dziś dzień smutku? Przecie goście przyjeżdżają!
– I to mię właśnie trapi.
– Jakże to, panno Klaro!
– Potem, Anielu droga, potem. Niech pierwej odreaguję.
Hangar krył się za szpalerem genomodyfikowanych brzózek – oazą zieleni
w czerwono-żółtym krajobrazie. Wrota szczęknęły i rozsunęły się na
telepatyczne polecenie zbliżającej się panny, zastawione sprzętem
rolniczym wnętrze rozbłysło przechwyconym poprzedniego dnia światłem.
– Lecisz ze mną? – spytała Klara.
– Waszmość panna zawsze o to pyta – odpowiedziała służka, cofając się
między drzewa. – A przecie przestworza wciąż przestraszają mię
mocno.
Klara wzruszyła ramionami i weszła do hangaru. Po chwili z wnętrza
dobiegł furkot, a egzogiez wystrzelił ku niebu i wnet zmienił się w
jasną kropkę na rozświetlającym się firmamencie. Aniela przysiadła na
zbitej z polan ławce pośród brzózek i patrzyła, jak spomiędzy niskich
wzgórz na widnokręgu unosi się złote słońce, rozczesujące promieniami
łany kosmożyta.
Wiedzcie, że Aniela była to panna wcale bystra, choć niezbyt uczona.
Urodzona na Krainie, nigdy nie odwiedziła nawet najbliższych
skolonizowanych układów, nie wspominając o Ziemi. Dorastała wraz z
Klarą, której służyła od najmłodszych lat, ale kiedy córka pana
Antoniego Staruszkiewicza latała na inne kontynenty i planety dla nauki
lub rozrywki, jej służka wyprawiała się co najwyżej do niedalekiej
rodzinnej Nowobazki. Dotąd myślała, że zna panienkę jak siebie samą,
ale od kilku dni Klara była jakaś inna, nie rzutka i radosna, lecz
zgaszona i zamyślona. Cóż mogło ją tak rozstroić?
Ale nie dane jest Anieli ciągnąć tych rozważań, bo oto słychać
elektryzujący szum, a zza drzew wyłania się patykowata postać kosmity w
obcisłych lśniących szatach.
– Pani, racz mej śmiałości darować! – rozległ się sykliwy głos. –
Przychodzę i przepraszać, i razem dziękować. Przepraszać, że jej kroki
śledziłem ukradkiem, a dziękować, że byłem jej dumania świadkiem. Tyle
ją obraziłem! Winienem jej tyle! Przerwałem chwile dumań, winienem ci
chwile natchnienia! Chwile błogie! Potępiaj Obcego, ale sztukmistrz
śmie czekać przebaczenia twego! Na wielem się odważył, na więcej
odważę. Sądź!
To rzekłszy kosmita dmuchnął, a powietrzna rzeźba popłynęła ku
zaskoczonej Anieli.
Dzieło przedstawiało ją samą, pogrążoną w zadumie na drewnianej
ławeczce pośród rozświetlającego się w promieniach słońc lasku. Zdawało
się, że jasność narasta, ale było to tylko mistrzowskie złudzenie,
nadające rzeźbie pozór ponadczasowości.
– Piękne – szepnęła Aniela i spojrzała z wdzięcznością na kosmitę. –
Jak ja się waćpanu Leandrowi wywdzięczę?
– Jeśli wolno mi prosić, dobre słowo proszę szepnąć o mnie panience. O
tę łaskę wnoszę. – Obcy pokłonił nisko głowotułów i rozsunął okolone
wypielęgnowaną bródką szczękoczułki we wdzięcznym uśmiechu.
– A po cóż ja? – zdziwiła się Aniela. – Klara zaraz wróci i…
Wszystkie oczy Leandra zasnuły się smutną mgiełką.
– Niestety! Gniewu ojca nie uszedłbym chyba. Racz, panno, spełnić
prośbę. Na mnie czas już. Bywaj!
Z tymi słowy pokłonił się raz jeszcze i pomknął z powrotem ku dworowi.
W samą porę, bo oto furkocze egzogiez i Klara ląduje w obłoku pary.
Oczy skrzą się jej radośnie; na widok rzeźby unoszącej się tuż obok
Anieli rozbłyskują jeszcze silniej.
– Leander? – spytała szybko, podbiegając do lotnego dzieła i wpatrując
się w nie z zachwytem.
– Przed chwilą odszedł – uśmiechnęła się Aniela. – Kazał szepnąć ci o
nim dobre słowo…
Radość znikła z oczu Klary, a koincydencja sprawiła, że jednocześnie
jakaś chmurka przesłoniła złote słońce, przez moment skazując okolicę
jeno na siny blask.
[...]
Całość w 42. numerze Science
Fiction, Fantasy i Horror.
|