|
58
lat w Tybecie
Tybet staje się tematem nie
tylko niewygodnym, ale i nużącym. A rozwiązania wciąż nie widać.
„Dalaj to szakal w mnisiej opończy, upiór z ludzką twarzą i sercem
zwierzęcia.” „Są liczne dowody, że to klika Dalaja zorganizowała
marcowe protesty w Tybecie” – takie wypowiedzi padają z ust wysokich
przedstawicieli Komunistycznej Partii Chin. Do dziś żadnych dowodów nie
przedstawiono, ale niechęć Pekinu do Dalaj Lamy jest faktem. Faktem,
który nikomu nie służy.
Sprawa Tybetu ciągnie się już od dziesięcioleci. Zeszłotygodniowe
spotkanie Nicholasa Sarkozy’ego z Dalaj Lamą w Gdańsku wywołało krytykę
ze strony Pekinu. Antyfrancuskie sentymenty rozgorzały na nowo pośród
zwykłych Chińczyków, których już wcześniej do żywego oburzyły
antychińskie incydenty podczas sztafety olimpijskiej w Paryżu. To tylko
nowy rozdział zadawnionego sporu, w którym wyczerpano już wszystkie
możliwości, a końca nadal nie widać.
Niżej podpisany postawił dwa lata temu na tychże łamach tezę, że
otwarcie kolei tybetańskiej, łączącej Pekin z Lhasą, posłuży do
przekształcenia Tybetu w „gigantyczny sklep z pamiątkami”. Czarny
scenariusz zakłada, że w Tybecie wciąż będą stać zabytki (albo ich
lśniące repliki), a po klasztorach przechadzać się będą mnisi (albo
osoby za nich przebrane), lecz duch bogatej kultury tybetańskiej ulotni
się bez śladu.
Długa i złożona historia regionu traktowana jest przez Pekin jako
narzędzie polityczne. Jedno z wielu, którym można rozmontować
tybetańską niepodległość. Innym użytecznym wytrychem jest gospodarka –
pompowanie budżetowych miliardów w Tybet ma dowodzić autentycznego
zaangażowania Chin w dobrostan Tybetu. I choć Tybet istotnie się
rozwija, to niekoniecznie w kierunku, w którym poprowadziliby go sami
Tybetańczycy, gdyby mieli w tej mierze coś do powiedzenia.
Tybet ma wielkie tradycje. Niegdyś był znacznie rozleglejszy niż
dzisiejsza chińska prowincja o tej nazwie; swego czasu Zatokę Bengalską
zwano Morzem Tybetańskim. Chińskie roszczenia do Tybetu sięgają XIII
wieku, kiedy to kraj ten stać się miał oficjalnie częścią Chin. To nie
Chińczycy byli jednak wtedy stroną podbijającą, lecz Mongołowie, którzy
podporządkowali sobie także Chiny. Imperium Mongolskie rozciągało się
wtedy od Korei po Europę Wschodnią, wyciągało ręce po Japonię i Europę
Centralną. Niedźwiedzią przysługę wyrządził Tybetowi Kubilaj, wnuk
mongolskiego zdobywcy, Czyngis-chana, który mianował dziadka
pośmiertnie założycielem chińskiej – czyli rządzącej Chinami – dynastii
Yuan. To dało Chińczykom asumpt do twierdzenia, że dynastia owa od
początku była chińska, a zatem wszelkie zdobycze terytorialne są nie
tyle mongolskie, ile chińskie.
Modna dziś narracja wielokulturowości pomaga Pekinowi zwalczać
argumenty krytyków, którzy kwestionując twierdzenia o chińskiej władzy
nad Tybetem wskazują na fakt, że przez wiele stuleci Chiny pozostawały
pod władzą dynastii obcych – mongolskich i mandżurskich. Chiny są
krajem wielokulturowym – mówią na to Chińczycy – mamy w swoich
granicach 56 narodowości! W tym kontekście i Mongołowie, i Tybetańczycy
stają się Chińczykami w szerszym, nie ściśle etnicznym tego słowa
znaczeniu. Takie rozumowanie grzeszy jednak braniem skutków za
przyczyny. Przecież podbojów mongolskich nie dokonała mniejszość
mongolska w Chinach, tylko barbarzyński podług ówczesnych chińskich
definicji naród, od którego próbowano odgrodzić się Wielkim Murem, a
który dopiero z czasem spokojnie osiadł w granicach, które dziś
przecinają na pół Mongolię, rozdzielając chińską prowincję zwaną
Mongolią Wewnętrzną od niepodległej Republiki Mongolii. Gdyby
Czyngis-chanowi powiedzieć, że jest tak naprawdę Chińczykiem, i że
podbijając w XIII wieku Chiny w istocie podbił je w ich imieniu, byłby
mocno zdziwiony.
Ale nawet biorąc za dobrą monetę chiński argument o siedmiowiekowym
prawie Chin do władzy nad Tybetem trudno nie usłyszeć w nim złowrogich
ech przeszłości. Gdyby podbój innych państw i narodów dawał najeźdźcy
wieczne prawo do władzy nad nimi, spadkobiercy Prus, Imperium
Rosyjskiego i Austro-Węgier mogliby dziś upomnieć się o swój udział w
rozbiorowej Polsce, Hiszpanie o Amerykę, a Imperium Brytyjskie o Indie.
A co z samymi Mongołami? Czy nie mogliby zażądać zwrócenia swoich
dawnych posiadłości w całej Azji, w tym w Chinach, które przed wiekami
podbili?
Dzisiejsze pojęcia państw narodowych i jasno określonych granic nie
pasują do rzeczywistości świata na przestrzeni stu- i tysiącleci. Od
podboju mongolskiego Tybet naprzemiennie pozostawał i nie pozostawał
pod luźnym protektoratem wschodniego sąsiada. Mandżurska dynastia Qing
władająca z Pekinu ograniczała się do rzadkiego wysłania oddziałów
wojskowych czy mianowania komisarza, przy jednoczesnej całkowitej
niezależności Tybetańczyków w rządzeniu swoim krajem, który nie był
formalnie prowincją Cesarstwa Chińskiego. Po upadku Cesarstwa w 1911
roku Tybet stał się państwem de facto całkowicie niepodległym. Ten
punkt zwrotny historii wykorzystali także inni, np. Mongolia, która
przy poparciu Rosji, a potem Związku Radzieckiego z czasem wybiła się
na niepodległość od Chin. Takiego poparcia zabrakło Tybetowi.
W 1950 roku Tybet został „pokojowo wyzwolony” – zwrot powtarzany jak
mantra – przez chińską armię. W rok później między Pekinem a Lhasą
stanął siedemnastopunktowy układ. Dzisiejsza propaganda sławiąca
dokonania Chińczyków, którzy wyzwolili uciemiężony lud od tyranii
zacofanych teokratów, nie uwzględnia realiów pierwszego ówczesnego
porozumienia chińsko-tybetańskiego. Chińczycy zgadzali się na
zachowanie przez Tybet dawnego ustroju politycznego, a o wejściu na
ścieżkę reform zdecydować mieli sami Tybetańczycy w czasie, jaki uznają
za stosowny. Mao Zedongowi nie przeszkadzał wtedy tak bardzo ustrój
kraju, dziś odsądzany od czci i wiary. Dopiero w 1959 roku, kiedy
Tybetańczycy powstali, by zrzucić chińską władzę, bez ograniczeń
zaczęło się zaprowadzanie komunistycznych porządków, masowe
prześladowania, burzenie klasztorów, tłamszenie religii itd. Wtedy to
czternasty Dalaj Lama musiał uciekać do Indii, a Tybet stracił pozory
autonomii.
Na oskarżenia o prowadzenie w Tybecie „kulturowego ludobójstwa”
Chińczycy odpowiadają zdecydowanie – o czym mowa, skoro co rok do
Tybetu przyjeżdżają miliony turystów, w tym wielu obcokrajowców. Czy
gdyby Tybet był kulturową pustynią, chcieliby tam w ogóle jechać?
Tymczasem turyści przyjeżdżają, bo Tybet wciąż nie jest kulturową
pustynią, bo w c i ą ż stoją w nim klasztory i w c i
ą ż modlą się buddyjscy mnisi. Trzeba jednak pamiętać, że chociaż
ostatnio widać renesans tybetańskiej sztuki i muzyki, większość z
klasztorów została przez komunistów zniszczona (dopiero teraz są
odbudowywane). Że języka tybetańskiego używa się tylko w szkole
podstawowej, a dla starszych uczniów lekcje prowadzi się po chińsku. Że
studentom i pracownikom publicznym nie wolno oddawać się praktykom
religijnym. Że mnisi podlegają kontroli. Że Dalaj Lamy nie wolno czcić.
Że chińskie urzędy wystawiają zezwolenia na reinkarnację. Że chińscy
imigranci wypierają Tybetańczyków z Lhasy. To wszystko powoduje, że
Tybet kipi, a wrzątek tylko czeka, aby się rozlać.
Marcowe protesty – największe od dwóch dekad – które choć zaczęły się
spokojnie, napotkawszy na ostrą reakcję Chińczyków szybko przerodziły
się w brutalne zamieszki, paradoksalnie dowiodły, że Tybetańczycy wciąż
się ograniczają. Przecież wielu Tybetańczyków, zwłaszcza mieszkających
na prowincji, dysponuje bronią. Kiedy zabraknie Dalaj Lamy, a wraz z
nim wizji „drogi środka” i nawoływania do braterstwa z Chińczykami,
naprzeciw chińskich karabinów stanąć mogą tybetańskie strzelby. Już
dziś podnoszą głowę ci Tybetańczycy, którzy rozczarowali się nieudanymi
dążeniami Dalajlamy do autonomii i jedyne rozwiązanie widzą w
zdecydowanej walce o niepodległość. Na razie jeszcze powstrzymuje ich
autorytet Dalaj Lamy, ale kiedy go zabraknie, a Chińczycy nie poluzują,
desperacja może sięgnąć niebezpiecznych poziomów.
Skoro społeczność międzynarodowa nie zdobyła się na solidarne działanie
nawet po krwawej rozprawie w marcu, to nie zdobędzie się już nigdy.
Okazjonalne gesty poparcia ze strony Zachodu, takie jak przyznanie
Dalaj Lamie w zeszłym roku Złotego Medalu Kongresu USA kreują pośród
Tybetańczyków złudzenie, że Zachód poprze ich niepodległościowe
aspiracje. Nic takiego niestety się nie stanie – wymagałoby to obrania
przez zachodnie społeczeństwa na swoich przywódców zupełnie innego
gatunku ludzi, albo drastycznego osłabienia pozycji i znaczenia Chin. W
tym sensie strategia Tybetańczyków zyskiwania przyjaciół na świecie
zawiodła – za wyrazami szacunku i gestami sympatii w stosunku do Dalaj
Lamy nie idą konkretne posunięcia.
Na demokratyzację Chin też nie ma co liczyć. Po masakrze na Placu
Niebiańskiego Spokoju w 1989 r. Pekin uznał, że aby zdusić w zarodku
tendencje demokratyczne, należy przeorientować edukację z komunizmu – w
który nikt już nie wierzy – na nacjonalizm. Dziś owo „wychowanie
patriotyczne” zaczyna przynosić efekty. Mity o 5000 lat historii oraz
ciągłości i niepodzielności Chin wpojone zostały głęboko w umysły
Chińczyków, a także zapadły w świadomość zachodnią. W rezultacie w
dzisiejszych Chinach nie ma miejsca na spojrzenie inne, niż oficjalne.
Nacjonalizm stał się religią państwową, a Tybet sprawą honoru.
Intelektualiści i publicyści, którzy podczas protestów nawoływali do
większej elastyczności w postępowaniu z Tybetem – stanowisko bardzo
umiarkowane – zostali zignorowani lub zmieszani z błotem. Doktryna
zastąpiła dyskusję. Nawet więc gdyby decyzję co do Tybetu pozostawić
zwykłym Chińczykom, zapewne zdecydowaną większością odrzuciliby oni
autonomię Tybetu, nie mówiąc o niepodległości.
Dzisiaj chińska telewizja, w tym kanał anglojęzyczny CCTV9, prezentuje
filmy „dokumentalne” ukazujące, jak zacofanym i niesprawiedliwym krajem
był Tybet sprzed wkroczenia Chińczyków i jakie dobro zostało
Tybetańczykom podówczas wyrządzone. Poza więc wyżej wspomnianym
przekłamaniem, są tu i dwa błędne założenia. Pierwsze, że feudalizm
Tybetu odbierał mu prawo do samostanowienia – a przecież jeszcze w XX
wieku wiele krajów pozostawało w ustrojach, które dziś uważamy za
zacofane, a którym fakt ten nie odebrał prawa do samostanowienia i
własnoręcznego przeprowadzania koniecznych reform. Drugie, że rządy
Chińczyków przyniosły światło postępu. Kto jak kto, ale rozdarte
wojnami domowymi, bratobójczą przemocą i prześladowaniami Chiny niezbyt
nadawały się na oświeconą siłę wyzwalającą inne kraje z mroków
wstecznictwa. Praktyka pokazała, że pod rządami chińskich komunistów,
choć zacofane i okrutne praktyki tybetańskiej teokracji zostały
zarzucone, krew i łzy lały się i leją tam do dziś. Nie tylko zresztą
tybetańskie – najwięcej istnień ludzkich rządy Mao Zedonga kosztowały
samych Chińczyków, a kraj utracił ogromną część swojego dziedzictwa
kulturowego i historycznego.
Pekin boi się przyznania Tybetowi autonomii. I ma ku temu swoje powody.
Skoro w kilka lat po poprzednim przyznaniu Tybetowi względnej autonomii
w granicach Chin miało miejsce powstanie, to kto zaręczy, że i dziś po
oddaniu części władzy w ręce Tybetańczyków nie wrócą dawne protesty.
Tymczasem tylko obecny, już 73-letni Dalaj Lama jest władny dojść z
Pekinem do rozwiązania, które będzie do przyjęcia dla obu stron, czyli
do ugody, która będzie cieszyła się respektem Tybetańczyków i nie
obrazi Chińczyków. A zarazem właśnie ten Dalaj Lama jest ostatnią
osobą, z którą Pekin chce rozmawiać. Niedawne wznowienie negocjacji
zostało wymuszone na Pekinie przez Zachód, który dzięki temu listkowi
figowemu mógł przemilczeć wezwania do bojkotu ceremonii otwarcia
Igrzysk Olimpijskich. Oczywiście i ta runda rozmów, jak poprzednie,
skończyła się niczym.
Tybetańczycy, domagający się tylko sensownej autonomii, doszli już do
ściany. Dalaj Lama chce, aby pozostając w granicach Chin Tybet mógł
samodzielnie zajmować się na swoim terenie sprawami edukacji,
środowiska, kultury czy religii, kwestie obrony i polityki zagranicznej
zostawiając Pekinowi. Mniej żądać już nie można. Ale to wciąż jest dla
strony chińskiej zbyt dużo. Chińscy dyplomaci na Dalaj Lamę zrzucają
odpowiedzialność za wszystkie kłopoty i przywołują chińskie
powiedzenie: Kto spowodował problem, ten powinien go rozwiązać. Trudno
się nie zgodzić. Szkopuł w tym, że przyczyna problemu tkwi nie w Dalaj
Lamie i w tybetańskich dążeniach do samostanowienia, lecz w Pekinie,
który rozwiązanie problemu widzi w bezkompromisowej i brutalnej
polityce przykręcania śruby. Chińczycy grają na „zmęczenie materiału”
powracającym jak bumerang tematem, tak na Zachodzie, jak pośród
Tybetańczyków, ryzykując eskalacją konfliktu. Czy ta strategia
nieustępliwości się im opłaci, pokaże czas.
|