Czerwony Mikołaj


Przed supermarketami stoją przyzwoicie iglaste i przybrane choinki. Z sufitu zwieszają się styropianowe śnieżynki i kolorowe łańcuchy, po których brawurowo wspina się Święty Mikołaj. Plakaty z przewiązanymi kokardką prezentami życzą „Wesołych Świąt”, między regałami wiszą rozpięte podobizny rumianej twarzy okolonej białą brodą, a specjalne stoiska oferują ozdoby choinkowe, maskotki bożonarodzeniowe i śniegowy sprej. Tak wygląda okres przedświąteczny w Chińskiej Republice Ludowej.


Większość mieszkańców Państwa Środka na pytanie o Shengdan Jie (szędandźie), czyli Święta Bożego Narodzenia, tylko wystawi z zakłopotaniem język. Mimo jednak programowego ateizmu kraju liczącego 1,3 miliarda obywateli, w którym wedle oficjalnych danych mieszka zaledwie 16 milionów chrześcijan, robiąc grudniowe zakupy w chińskich centrach handlowych można ulec złudzeniu, że sezon świąteczny trwa tu w najlepsze.

Boże Narodzenie to w Chinach głównie święto młodych mieszkańców wielkich miast, dwudziesto-trzydziestolatków, którzy dorastali już w warunkach otwierania się kraju na świat. Poza nazwą i terminem niewiele jednak łączy Shengdan Jie z zachodnim Bożym Narodzeniem. Egzotyczne święto obcokrajowców to dla Chińczyków pretekst do zabawy, a dla handlowców okazja do zbicia dodatkowych zysków.

Tradycyjne ozdoby są mało istotne, kontekst religijny jest całkowicie nieobecny, nieliczni tylko wiedzą, jak ubrać choinkę, co należy jeść i śpiewać. Większości chodzi wyłącznie o to, by spotkać się z przyjaciółmi, potańczyć przy popularnej muzyce i w łamanej angielszczyźnie krzyczeć „Merry Christmas”. Młodsi sprejują wszystko i wszystkich sztucznym śniegiem. Bawić się zresztą nie można zbyt długo, bo praca i szkoła czekają. W tym roku w świąteczny weekend na uczelniach odbywa się ogólnokrajowy test z języka angielskiego. To nic nadzwyczajnego – większość szkół i firm z reguły działa przez cały tydzień.

Im dalej na zachód, tym rzadziej przyjaciele spotykają się w święta i tym mniej sklepów wywiesza świąteczne dekoracje. Rozwinięte i dobrze prosperujące wschodnie obszary nadmorskie oraz największe miasta w głębi kraju przyjęły nową świecką tradycję, ale w miarę oddalania się od metropolii ujawnia się powierzchowność tego zjawiska. Przytłaczająca większość mieszkańców miasteczek i wiosek nigdy na oczy nie widziała świątecznych ozdób, bo nigdy nie była w większym mieście. Media na ogół nie poświęcają Bożemu Narodzeniu uwagi. Jeśli komuś coś obiło się o uszy, to nie słyszał nawet dobrze, na jaki ton dzwonią, a co dopiero wiedzieć, w którym kościele.

Jednak ogromy nacisk, jaki kładzie się we współczesnych Chinach na naukę języka angielskiego sprawia, że wiedza stopniowo przesącza się do społeczeństwa. Zagraniczni nauczyciele oraz podręczniki opisujące świąteczne rytuały, zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych, robią swoje. Anglojęzyczne czasopisma dla studentów wykorzystują Święta jako temat dla artykułów wzbogacających słownictwo. Nie bez znaczenia jest też popularność pirackich filmów na DVD, które, choć koszmarnie tłumaczone, niosą z sobą pewną dawkę wiedzy o życiu na Zachodzie. Tam, gdzie sięgnęły już macki okcydentalizacji, oprócz restauracji sieci McDonald’s i podróbek markowej zachodniej odzieży pojawiają się oznaki zmiany obyczajów. Zorganizowanie przyjęcia świątecznego, niechby tylko z nazwy, świadczy dziś w towarzystwie o światowości i postępowości urządzającego.

Dobrze sprzedają się Mikołajowe czapki oraz drobne maskotki do zabawy lub zawieszania w samochodach i domach. Oczywiście, górę bierze aspekt estetyczny. Czerwony strój Świętego Mikołaja doskonale wpasował się w chińską tradycję, gdzie czerwień jest znakiem powodzenia i sukcesu. Postać aż do przesady rumianego staruszka zdecydowanie wyparła nieciekawą z punktu widzenia Chińczyka zieloną choinkę w roli symbolu Świąt. Klienci nie muszą zresztą wiedzieć, z jakiej okazji sklep został udekorowany. Ważne, że ozdoby zachęcają do wejścia, a promocje do napełniania koszyka.

Analogia między Bożym Narodzeniem w Chinach a Halloween czy Walentynkami w Polsce narzuca się sama. I tam, i tu obce kulturowo święto zostało umiejętnie wykorzystane przez handlowców do zwiększenia obrotów. Zadziałały prawidła rynku i socjologii. Prowadzona od ćwierć wieku polityka ‘jedna rodzina - jedno dziecko’ spowodowała, że rodzice skłonni są swemu „małemu cesarzowi” przychylić nieba, każdy pretekst jest więc dobry, by przyciągnąć oko najmłodszych klientów. Ponaglani głośnym płaczem rodzice kupią swej pociesze pokracznego Mikołaja grającego na saksofonie czy spiczastą czapkę, nawet jeśli nie będą wiedzieć, o jaką tradycję się ocierają. Z powodzeniem wykorzystano też powszechną u młodzieży potrzebę bycia „cool” i na czasie.

Oficjalna liczba 16 milionów chrześcijan dotyczy tylko osób „zarejestrowanych” jako członkowie tzw. Kościoła Patriotycznego. Szacunkowe dane nieoficjalne mówią o kilkudziesięciu a nawet 130 milionach chrześcijan niezarejestrowanych, którzy spotykają się na nielegalnych mszach, za uczestnictwo w których grozi więzienie. Państwo decyduje, kto może zostać kapłanem w nielicznych usankcjonowanych przez państwo kościołach i ile Biblii można rocznie wydrukować. Jednocześnie to właśnie Chiny wytwarzają 2/3 wszystkich ozdób bożonarodzeniowych na świecie. Bo choć prawdziwa wiara może być groźna, uważają władze ChRL, to na blichtrze Świąt można świetnie zarobić.


Dawid Juraszek


[powrót do Czytelni]