Ciszę jesiennego popołudnia
zburzył podejrzany dźwięk. Xiao zatrzymał konia i zaczął nasłuchiwać.
Po chwili nie miał wątpliwości – działo się coś niedobrego.
Młodzieńca od miasta dzieliło już tylko kilka li, ale okolica wciąż
pozostawała odludna. Na prawo od wijącej się pośród łagodnych wzniesień
drogi rosły kamforowce, na lewo ciągnęły się pola ryżowe, zrudziałe już
o tej porze roku. Dalej sterczały zwichrowane szczyty Gór Szczęścia.
Bakałarz marzył właśnie o kulinarnych i cielesnych uciechach
czekających go w Yangzhou, kiedy tuż przed zakrętem wierzchowiec jął
strzyc uszami.
Xiao, gdyby potrafił, też zastrzygłby swoimi. Gniewne posapywania,
trzaski i świsty nie ustawały. Przełknął ślinę i zeskoczył w czerwony
pył drogi. Nie miał broni, a jedynie nadzieję, że w razie czego zdąży
dopaść konia i czmychnąć z powrotem.
Odziany w biel chłopak nie zauważył bakałarza. Dysząc i złorzecząc,
siekł wąskim a cienkim mieczem gałęzie kamforowców. Szło mu tym
łatwiej, że przewyższał Xiao o dwie głowy. Był za to o połowę chudszy.
Sił miał jednak pod dostatkiem, o czym świadczyły rozmiary
spustoszenia, jakie zdążył poczynić w lesie.
Widząc, że sprawca zamieszania jest odeń młodszy, Xiao poczuł przypływ
śmiałości. Poprawił bakalarski czepiec, zapiął rozchełstany od upału
chałat i zdecydowanym krokiem postąpił naprzód.
– A cóż to wyrabiasz, hultaju? Twój to las? Godzi się dobra Cesarza,
oby żył dziesięć tysięcy lat, ciąć niczym polne chwasty? Uchodź stąd,
ale już!
Zwymyślany opuścił na chwilę oręż i ciężko sapiąc, spojrzał
samozwańczemu strażnikowi cesarskich lasów w oczy. Bakałarzowi zrzedła
mina. Wyrazu twarzy chudzielca nie podjąłby się ująć w słowa.
– Zaniechaj, chłopcze, tego dzieła zniszczenia – zdołał wydukać, zbity
z tropu. – Jeśli zobaczy cię jakiś uczony na urzędzie, postąpi srożej
niźli ja…
Wysoki chłopak nie odpowiedział, tylko wzniósłszy broń, ponowił
strącanie gałęzi. Xiao zmełł w ustach przekleństwo i zawrócił po konia.
Dopiero kiedy zza któregoś kolejnego zakrętu wyłoniły się mury
Yangzhou, przestał myśleć o oszalałych oczach nieznajomego.
***
Zapytany o dom uciech przechodzień nie wahał się ani chwili.
Podziwiając połyskujące w pożegnalnym blasku dnia zielone dachówki,
zdobiące okapy wrót wystawnej siedziby kurtyzan, Xiao w duchu jeszcze
raz podziękował opasłemu mężczyźnie za wskazówki. Przybytek kwiatów i
wierzb musiał być najlepszy w całym Yangzhou.
Poczerniała ze starości gęba stręczycielki rozjaśniła się, kiedy
bakałarz dobył z rękawa pierwszą sztukę srebra. Posadzony w
Hibiskusowej Altanie o wielobarwnych filarach, otoczonej donicami z
wonnym kwieciem, mógł wreszcie odpocząć.
– Długo jesteś, mój panie, w podróży? – zagadnęła stręczycielka Wang,
jednocześnie bijąc służkę po ciemieniu za uronienie kilku kropel
jaśminowej herbaty. – Widzę, żeś utrudzony.
– Z egzaminów wracam – wyjaśnił Xiao, wymownym gestem poprawiając
czepiec. Stara pojęła w lot:
– Najszczersze gratulacje! Wielki to zaszczyt gościć cesarskiego
urzędnika w skromnych progach „Domu Wiosennej Świeżości”. Zaraz każę
podgrzać dzban chryzantemowego wina.
– To zbyteczne – żachnął się bakałarz. – Do wysokich stanowisk daleka
jeszcze droga przede mną. Dopiero postawiłem pierwszy krok. Wprawdzie
duży, niemniej pierwszy.
– A gdzie dom rodzinny? Chyba nie w Yangzhou, bo o tak znakomitym
młodzieńcu musiałabym usłyszeć – przymilała się Wang.
– Pochodzę w prowincji Liaodong, w stolicy której zdawałem egzaminy.
– Cóż zatem sprowadza aż tutaj? – zdumiała się stręczycielka. – Chyba,
panie, nie zbłądziłeś?
– Nadłożyłem trochę drogi, to prawda. – Xiao uśmiechnął się i siorbnął
herbaty. – Ale tylko o kilka dni opóźni to mój powrót do rodzinnego
Hengshanu. Sława prowincji Jiangbei sięga daleko poza jej granice i
domaga się świadectwa własnych oczu. I rąk – dodał, zerkając na służkę.
Apetyczne to było dziewczę, o twarzy w kształcie pestki arbuza i cudnie
wykrojonych brwiach. Jedynie ślady po ospie cokolwiek ujmowały jej
urody.
Łakomy wzrok gościa nie uszedł uwagi Wang.
– Poczekaj, panie, aż ujrzysz Nefrytową Wazę. Ta tutaj to kuchenne
ścierwo, kurtyzaną nie zostanie, chyba że we łbie poprzestawia mi się
na starość dokumentnie i zapomnę, jak się interes prowadzi. Poczekaj, a
nie rozczarujesz się.
Do altany weszły trzy następne służki, niosąc strawę i wino. Na stole
wylądowały miseczki z gotowaną wieprzową głowizną, pieczoną baraniną,
duszonym kurczakiem i rybą na parze. Nadto przegryzki do wina, suszone
mątwy i krewetki, marynowane pędy bambusa oraz kluseczki z prosa. Xiao
nawet nie opłukał pałeczek w herbacie, tylko od razu jął pochłaniać
jadło.
Wang klasnęła dwukrotnie. Wnet zjawiła się śpiewaczka z księżycową
lutnią w oprawie z wężowej skóry. Odziana w niebieski kubrak i zieloną
spódnicę wyszywaną w ptaki wyglądała jeszcze powabniej niż ospowata
służka. Rozbrzmiała delikatna muzyka. Stręczycielka zabawiała Xiao
rozmową, a on odpowiadał półsłówkami między jednym kęsem a drugim.
Nie spałaszował nawet połowy rarytasów, gdy zza muru dobiegły głośne
pokrzykiwania i tętent kopyt. Harmider zagłuszył słowa Wang. Bakałarz
nasrożył się na tak obcesowe zakłócanie wieczerzy. Widząc, jak marszczy
brwi, stara czym prędzej dolała mu wina.
– To gwardia gubernatora. Im wolno mącić spokój na ulicach choćby
głuchą nocą, ale biada komu zwykłemu hałasować pod siedzibą Czerwonego
Tygrysa…
– A po cóż tak gromadnie tu zjechali? – zainteresował się Xiao. – Ze
słuchu wnoszę, że było ich dobre ćwierć setki!
– Nic nie wiesz, panie, boś przyjezdny, lecz całe miasto huczy. – Stara
wbrew własnym słowom nachyliła się i konfidencjonalnie ściszyła głos. –
Płatnerz tutejszy, najlepszy w prowincji, mistrz Zhao Quan, dostał był
zlecenie na miecz od samego gubernatora. Zadatek wziął, ale potem z
robotą cokolwiek zwłóczył. Rok ognia w kuźni nie rozniecał…
– Rok?! Toż ten płatnerz o łamanie palców się prosi!
– Gorzej, mój panie. Gubernator długo o zleceniu nie pamiętał, kiedy
jednak sobie w końcu przypomniał, posłał gońca do mistrza Zhao. Ten
wziął się wreszcie do pracy, ale coś nieskoro mu szło. Drugiego gońca
Czerwony Tygrys posłał…
– Czy temu Zhao życie niemiłe?
– Mistrz wreszcie pracę skończył i pojechał z mieczem do Beizhou,
stolicy prowincji. Wczoraj tylko jego pachołek wrócił.
– Czyżby…
– Tak, panie. Gubernator w gniew wpadł, że tyle musiał czekać, i miecz
próbując, zdjął mistrzowi Zhao głowę jednym cięciem.
– Nie do wiary!
– Oby skolopendra długa jak kij od szczotki ugryzła mnie w zadek, jeśli
kłamię! Biedna dusza Zhao Quana pęta się teraz po zaświatach, nie mogąc
znaleźć drogi. Na domiar złego gubernator czy to z niepamięci, czy
złośliwości ogłosił, że zadatek wniósł był za dwa miecze, i od rodziny
zwrotu chce żądać. Wieści te przyniósł pachołek. Wymknął się z pałacu
Czerwonego Tygrysa i wrócił, by ostrzec rodzinę. Wierny sługa!
Powiadają, że uciekł tej nocy.
– Więc ci gwardziści…
– Dziś rano przyjechali po rodzinę płatnerza. Syn jego, co go Wybujałym
Bambusem zwą, pono zemstę…
Bakałarz uciszył stręczycielkę ruchem ręki.
– Czy ten chłopak – zapytał powoli – nie jest aby wysoki a chudy i
mieczem sprawnie nie robi?
– A tak, wysoki jest, panie, nie po ojcu jednak. Mistrz Zhao kurdupel
był pokraczny.
– Chyba widziałem go dziś za miastem – mruknął Xiao. Kiedy Wang
wytrzeszczyła oczy, opowiedział jej o spotkaniu na drodze.
– To musiał być on, nikt inny! – Pokiwała głową. – Zniknął wczoraj bez
śladu, tylko broń z warsztatu ojca wziął. Jak go jeźdźcy Czerwonego
Tygrysa uzbrojonego znajdą, żywy nie ujdzie.
– Trzeba mu przysiąść nad księgami, zdać egzaminy cesarskie, a nie
myśleć o płochej zemście, bo życia szkoda – westchnął sentencjonalnie
Xiao i odstawił miseczkę. Wang klasnęła trzykrotnie. Jak spod ziemi
wyskoczył kolejny sługa i, łącząc dłonie w geście szacunku, pokłonił
się bakałarzowi.
– Zaprowadź gościa do komnat Nefrytowej Wazy i dopilnuj, by wszystko
stało się po jego myśli.
Pożegnawszy się z Wang, młodzieniec ruszył przez wypielęgnowany ogród,
teraz spowity wieczornymi cieniami i rozbrzmiewający owadzim
rozhoworem. Kurtyzana mieszkała w pawilonie otoczonym rabatkami róż i
piwonii. Zostawiwszy sługę pod drzwiami, wszedł do środka. W świetle
olejnych lampek ukazały mu się stojące wzdłuż ścian jedwabne parawany,
malowane w cztery piękności wyobrażające pory roku.
Nie czekał długo. Szelest bambusowej zasłony ogłosił przybycie
Nefrytowej Wazy. Oto, co ujrzał Xiao:
złote szpile wpięte w gęste pukle
biały kaftanik na gibkim niczym wierzbina ciało
kwietny wzór na fioletowej spódnicy okrywającej krągłe biodra
maleńkie stopy w czerwonych pantofelkach haftowanych w kaczuszki
umalowane oblicze, które chyba i bez makijażu zdolne byłoby zachwycić
Rozsiewając wokół woń piżma, dziewczyna złożyła ukłon i kryjąc twarz za
wachlarzem, poprosiła gościa, by spoczął na krześle. Potem, ująwszy
smukłymi palcami porcelanową czarkę z wonną herbatą, nachyliła się ku
Xiao.
Jej bliskość przyprawiła bakałarza o słodki dreszcz.
Jak powiada poeta:
Gdy zbiorą się chmury
brzemienne,
błyskawic blask niebo rozjuszy,
dudniący grom rozgrzmi potężnie,
rzęsisty deszcz wtenczas spaść
musi.
***
– Nie omieszkaj, panie, wspomnieć o przymiotach mych kurtyzan swym
krewnym i przyjaciołom. – Stara Wang zgięła się w ukłonie. Siedzący w
siodle Xiao uśmiechnął się i miał już odpowiedzieć, kiedy ich uszu
dobiegł zgiełk. Spojrzeli oboje w głąb ulicy.
Uliczni handlarze w pośpiechu zwijali stoiska, kolejki porannych
klientów jadłodajni rozpierzchały się, lektyki skręcały pod ściany, bo
oto całą szerokością drogi sunęli gwardziści gubernatora. Szyszaki z
pióropuszami, długie lance i płytkowe zbroje połyskiwały w słońcu,
kopyta ciężkich rumaków wzbijały kurz, wiatr przywiewał odór potu.
Bakałarz cofnął konia w cień bramy, Wang schroniła się za skrzydłem
wrót.
Xiao zmrużył oczy, gdy wraz z parskającymi wierzchowcami nadciągnął rój
much. Wreszcie nawała jeźdźców przerzedziła się. Nie zdążył odetchnąć z
ulgą, bo wtem ujrzał przerzucone przez grzbiet jednego z pędzonych na
końcu luzaków ciało.
Młodzieńcze, chude, w zakrwawionym białym chałacie. I bezgłowe.
– O, Nieba… – wybełkotał. Odwrócił się do stręczycielki. Przytaknęła
smętnie.
– Mówiłam, że nie ujdzie żywy.
Nie tylko oni dojrzeli trupa. Wielu przechodniów i przekupniów już
pędziło ile sił w nogach, by nadążyć za oddalającą się kawalkadą. Xiao
skinął starej Wang na pożegnanie i powodowany niewiadomym impulsem
popędził w ślad za gwardzistami.
Niebawem jeźdźcy zatrzymali się pod okazałym domem. U bramy wartował
gubernatorski żołnierz. Jeden z konnych wszedł do wnętrza, inny zdjął
ciało z wierzchowca i zawlókł pod wrota.
Po chwili z domu wypadła kobieta, a za nią trzy dziewczęta. Widząc
zwłoki rzuciły się na kolana i, bijąc się po twarzy, podniosły lament.
Tłum gapiów gęstniał z każdą chwilą. Z wysokiego siodła bakałarz miał
dobry widok na rozdzierającą scenę.
Wreszcie z wnętrza wolnym krokiem wytoczył się dostojny mandaryn we
wzorzystej jedwabnej sukni, czepcu ze skrzydełkami i ze złoconym
wachlarzem w dłoni. W ślad za nim dreptał sługa z parasolem. Ujrzawszy
zwłoki chłopaka, gubernatorski urzędnik gromkim głosem nakazał
wprowadzenie rodziny z powrotem do domu. Potem przywołał dowódcę
oddziału. Ten chwacko zeskoczył z konia i pokłonił się nisko:
– Czcigodny, zwiad nasz po okolicy nie przyniósł rezultatu w postaci
ujęcia zbiegłego sługi. Znaleźliśmy jednak ciało Zhao młodszego,
którego rozpoznaliśmy z opisu. Trafność naszych spostrzeżeń
potwierdziły łzy jego krewnych.
– Nie wy go zatem ścięliście? – surowo spytał mandaryn.
– Nie, czcigodny. Znaleźliśmy jego ciało przy drodze, sześć li za
miastem. W straszliwej walce musiał polec, bowiem drzewa wokół były
bardzo pokaleczone. Głowy mimo usilnych starań…
– Czcigodny! – niespodziewanie dla samego siebie wtrącił się Xiao. Na
samą myśl, że jego wiedza może okazać się przydatna w istotnym
śledztwie na wysokim szczeblu, aż drżał podekscytowany. – Nie było
żadnej walki.
Kiedy spoczął na nim groźny wzrok urzędnika, o mało nie pożałował swej
gorliwości. Przywołany skinieniem palca zakończonego długim paznokciem
poprowadził konia przez tłum. Gdy tylko tłok wokół zelżał, zeskoczył na
ziemię i zgiął się w pokłonie.
– Nazwisko moje brzmi Cheng, imię osobiste Chang, społeczne zaś Xiao
Long. Jestem nędznym bakałarzem z Hengshanu, o czcigodny.
– Mów – oschle rzucił mandaryn.
– Tego dziś już martwego człowieka spotkałem wczoraj na drodze do
Yangzhou. Ścinał gałęzie kamforowców i mimo mych usilnych namów nie
poniechał swej szkodliwej działalności.
– Czy byłeś obecny przy śmierci Zhao młodszego?
– Nie, czcigodny.
– Skąd zatem wiesz, że walka nie miała miejsca już po twym odejściu?
Xiao poczuł, że traci grunt pod nogami.
– Nie wiem, o czcigodny, ale wiem, że ścinał on gałęzie własnoręcznie…
– Wystarczy. Pojedziesz z nami do gubernatora.
Xiao otworzył usta, by zaprotestować, lecz jeden z gwardzistów już
stanowczo nakazał mu wracać na siodło, a drugi do wędzidła jego
wierzchowca przywiązał sznur i zaczepił sobie o łęk. Widząc, że słowa
ważą tu mało, bakałarz zagryzł wargi i pogrążył się w ponurym milczeniu.
Tymczasem z wnętrza domu dochodziły rozpaczliwe biadania i lamenty.
Wreszcie na ulicę wypchnięto matkę z córkami. Za nimi wybiegły służące,
żołnierze jednak kopniakami zagnali je z powrotem do środka. Opierające
się kobiety wsadzono przemocą na konie i związano. Xiao współczuł im,
ale nie mógł nadziwić się tym protestom. Zamiast okazać władzy
posłuszeństwo i wszystko spokojnie wyjaśnić, tylko pogarszają sytuację,
pomyślał z dezaprobatą.
Owinięte w płótno ciało chłopaka przełożono przez koński grzbiet.
Orszak z krytym powozem mandaryna w środku wreszcie ruszył. Do samej
północnej bramy towarzyszył im pochód mieszkańców. We wrzawie setek
głosów dało się słyszeć wyrazy współczucia, ale też złorzeczenia.
Rodzina płatnerza miała widać tyle samo przyjaciół, co wrogów.