|
Cztery
kółka na Jedwabnym Szlaku
Chińskie produkty kojarzą się
dziś głównie z tanizną, szkodliwością i tandetą. Czy niebawem zaczną
się kojarzyć z nowoczesnością i ochroną środowiska?
Przed wiekami Jedwabnym Szlakiem z Chin do Europy szły wspaniałe
produkty owych czasów – najcieńszy jedwab i najdelikatniejsza
porcelana, rozchwytywane przez bogatych Europejczyków i kreujące
wizerunek odległego Państwa Środka jako przebogatej krainy
doskonałości. W ostatnich dekadach do Europy – i na cały świat –
trafiają z Chin towary tanie i kiepskie, a nawet niebezpieczne. Dziś,
kiedy w kolejnych partiach świątecznych zabawek made in China odkrywa
się podwyższone stężenia i przekroczone normy toksycznych substancji,
trudno sobie wyobrazić, żeby w przewidywalnej przyszłości towary zza
Wielkiego Muru miały odzyskać blichtr sprzed stuleci. Ale być może tak
właśnie się stanie. I to w ciągu jednego pokolenia.
Proszę wziąć do ręki swój telefon komórkowy. Jest duża szansa, że
akumulator, który go zasila, wyprodukowany został przez pewną chińską
firmę z Shenzhen. Miasto to jeszcze trzy dekady temu było niewielkim
ośrodkiem rybackim przy granicy z kolonialną metropolią – Hongkongiem.
Dziś zamieszkuje je 14 milionów ludzi, a samo miasto jest kluczowym
ośrodkiem przemysłowym Chin. To tam właśnie siedzibę ma BYD –
przedsiębiorstwo, którego nazwa jest skrótem angielskiego Build Your
Dream, czyli „zbuduj swoje marzenie”. Akumulatory tej firmy znajdują
się dziś w 1/3 telefonów komórkowych na świecie. A to dopiero początek.
BYD istnieje zaledwie od 13 lat, a samochody zaczął wytwarzać dopiero
kilka lat temu. Pomimo tego, firma ma już muzeum, w którym chce
pokazać, jak daleko dotarła i dokąd chce jeszcze dotrzeć.
Przedsiębiorstwo założył Wang Chaunfu, specjalista od akumulatorów,
który rozczarowany pracą w sektorze publicznym postanowił pójść na
swoje. Sześć lat temu BYD przejął dwóch chińskich producentów
samochodów; dziś ma siedem fabryk i zatrudnia 130 tysięcy pracowników –
co najmniej dwa razy więcej, niż trzy dekady temu liczyła populacja
całego Shenzhen. Na miejscu nowej fabryki BYD jeszcze półtora roku temu
znajdowały się wzgórza i jeziora. Jak większość mieszkańców nowej
metropolii, pracownicy firmy imigrowali tutaj z mniej lub bardziej
odległych regionów kraju w pogoni za lepszym życiem. Patrząc na
błyskawiczny rozwój firmy trudno nie poczuć dreszczyku, kiedy
przedstawiciele BYD ogłaszają, że chcą być największym producentem
samochodów w Chinach do roku 2015, a do 2025 – na całym świecie… Czy to
naprawdę tylko puste hasło?
W połowie grudnia tego roku premierę miał BYD F3DM –
benzynowo-elektryczny samochód hybrydowy. Wyglądem nie wyróżnia się
raczej spośród większości przyjemnych dla oka sedanów wielu innych
marek, jeżdżących po naszych ulicach. Twórcy twierdzą jednak, że jest
to „prawdziwy” samochód hybrydowy, w przeciwieństwie do innych tylko
reklamowanych jako takie. Bowiem – twierdzą producenci – gdy tamte
samochody są w istocie benzyniakami z dodatkowym napędem elektrycznym,
F3DM zapewnia równowagę między oboma napędami. Zastosowany silnik
elektryczny jest zdolny do przyśpieszenia wyjątkowego w tej klasie aut,
a kiedy akumulator wyczerpuje się po 128 km, silnik benzynowy gładko
przejmuje rolę. Te i inne zalety mają pozwolić BYD zawędrować wysoko w
światowym przemyśle motoryzacyjnym.
Dzisiejsze niedole amerykańskiego przemysłu samochodowego istotnie
pozwalają wierzyć, że na samym szczycie niebawem znajdzie się miejsce
dla nowych, prężnych przedsiębiorstw z pomysłem na samochód
przyszłości. Produkcja aut jest według przedstawicieli BYD mniej
skomplikowana od wysokich technologii, a wiele technik nad którymi
pracowali wcześniej przy produkcji akumulatorów, można wykorzystać w
samochodach. Po podboju rynku chińskiego producenci chcą w 2010 ruszyć
na Europę, a później na USA. Tylko czy aktualna trudna sytuacja
gospodarcza świata nie rzuci im kłód pod koła?
Chiński eksport ucierpiał i pewnie ucierpi jeszcze mocno w warunkach
globalnej recesji, ale najlepsze fabryki, nie tylko z branży
samochodowej, podobnie jak BYD zaczynają już poświęcać uwagę wysokim
technologiom. Według krytyków BYD kopiuje rozwiązania innych firm;
istotnie. Co znamienne jednak, nie jest tu wyjątkiem. Chińskie
samochody na ogół są mniej lub bardziej wiernymi kopiami wiodących
modeli europejskich i azjatyckich, ale przecież w ten sam sposób
rozwinął się japoński przemysł samochodowy, dziś ustalający trendy
światowe. Na samej taniej sile roboczej i niskiej jakości daleko się
nie zajedzie, zdają się sądzić co bardziej przyszłościowo myślący
chińscy przedsiębiorcy. A podejrzeć, co i jak robią lepsi od nas, nie
zaszkodzi.
Zastrzykiem dodatkowej energii dla BYD jest fakt, że na firmę z
Shenzhen postawił słynny amerykański inwestor Warren Buffet.
Najbogatszy człowiek świata kupił w niej niedawno 10% udziałów.
Specjaliści twierdzą, że jego intuicji dla inwestycji długoterminowych
można zaufać. Jeśli tak, to znaczy to, że w szumnych zapowiedziach i
śmiałych planach BYD jest coś więcej, niż tylko hałaśliwa autoreklama.
A energii i reklamy chiński przemysł motoryzacyjny potrzebuje ostatnio
jak świeżego powietrza. Sprzedaż samochodów w Chinach zwalnia wraz ze
słabnięciem światowej gospodarki. W listopadzie bieżącego roku sprzedaż
aut spadła w Chinach o 14,6% w porównaniu z listopadem zeszłego roku.
Ogólna sprzedaż detaliczna także zwalnia. Pekin nie ukrywa, że spadek
wzrostu produkcji przemysłowej to poważny problem. Pomimo niepokojących
danych gospodarczych, rząd chiński jest przekonany, że uda się osiągnąć
8% wzrost gospodarczy w roku bieżącym. Zdrowie i siła gospodarki są
kluczowe dla zapewnienia ludności wystarczającej ilości miejsc pracy, a
zatem – dla uniknięcia niepokojów społecznych i zwątpienia w siłę
sprawczą i kompetencję rządu. Od sześciu lat Chiny nie odnotowały
jednocyfrowego wzrostu gospodarczego, niemniej w porównaniu z
największymi gospodarkami świata ośmioprocentowy wzrost to wciąż szczyt
marzeń.
Pośród poszkodowanych lub z trudem sobie radzących jest wielu z ponad
100 chińskich producentów samochodów. Tak duża ich liczba wynika z
boomu ostatnich lat i perspektyw rozwoju rynku samochodowego dla
rosnącej klasy średniej. Wielu z producentów rozwój zawdzięcza wsparciu
władz lokalnych. Połączone siły chińskiego przemysłu motoryzacyjnego w
zeszłym roku wyprodukowały 9,6 miliona samochodów; sęk w tym, że
sprzedało się tylko 8,8. Przed Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie
komentatorów zatroskanych o stan powietrza w zatłoczonej stolicy
przerażała liczba tysiąca nowych samochodów, trafiających na ulice
Pekinu… codziennie! Najgorsze już chyba jednak minęło – podczas gdy w
2007 roku wzrost zakupów samochodów wyniósł 22%, to w tym roku zapewne
nie przekroczy 5%. Jeden z producentów ogłosiła spadek dochodów
kwartalnych aż o 3/4. Sam BYD musiał zmniejszyć swój planowany eksport
na rok bieżący o połowę, do 10 000 pojazdów, ale nadal spodziewa się
blisko dwukrotnego wzrostu sprzedaży na rynku krajowym w roku
przyszłym. Niemniej najwięksi chińscy producenci aut, tacy jak
Dongfeng, SAIC czy Tianjin FAW Xiali (zapamiętajmy te nazwy, być może
wkrótce znów o nich usłyszymy) wciąż notują zyski.
Zmienia się także podejście rządu w Pekinie do krajowego rynku
samochodowego. We wrześniu podniesiono podatek na samochody luksusowe z
20% do 40%; w zamian pojawiły się plany zmniejszenia podatku na pojazdy
korzystające z alternatywnych źródeł energii. Samochody hybrydowe dotąd
nie zrobiły w Chinach furory – głównie z powodu wygórowanych cen.
Japońska Toyota w samym 2006 roku planowała sprzedać 3000 sztuk swojego
Priusa. Tymczasem ten cel udało się jej osiągnąć dopiero w 2008. Popyt
na auta luksusowe spada. Ale nie tylko BYD stawia na oczekiwane zmiany
w podejściu klientów. Oprócz shenzheńskiej firmy, w auta napędzane
alternatywnie inwestują także inni chińscy producenci. Chiny są już
drugim – po USA – największym rynkiem samochodowym świata,
wyprzedziwszy w zeszłym roku Japonię.
Atmosfera im sprzyja. Państwo Środka stopniowo zdobywa miano przyszłego
supermocarstwa, a w warunkach słabującej gospodarki zachodni klienci
robią się coraz bardziej wrażliwi na metki z cenami i ochronę
środowiska. Chińskie firmy próbują przedrzeć się na prestiżowy rynek
amerykański. I wzbudzają zainteresowanie, co pokazał choćby udział w
tegorocznych targach w Detroit. Wedle jednak słów chińskich wystawców,
prezentacja dla amerykańskiego nabywcy poświecona była nie tylko
promocji swoich produktów, ale także – a może przede wszystkim –
badaniu nastrojów. Chińczykom chodzi o to, by nie powtórzyć błędów firm
japońskich i koreańskich, które zaczęły od produktów nie dość dobrych
jakościowo i musiały długo nadrabiać stary wizerunkowe. To istotnie
problem dla mocno nadszarpniętej marki made in China – dalsze
pogorszenie jej wizerunku mogłoby być katastrofalne w dłuższej
perspektywie. Opinie po targach były rozmaite; część komentatorów
zwracała uwagę, że z nazwami takimi jak Geely czy Chery furory na
anglojęzycznych rynkach samochodowych się nie zrobi…
Ale nie tylko na nie nastawiają się chińskie firmy. Aby ułatwić sobie
dostęp do zagranicznych rynków, chińskie firmy budują samochody poza
granicami kraju: Geely montuje w Indonezji i Rosji, Changfeng myśli o
fabryce w USA, z kolei Jiangling planuje budowę fabryki w Polsce.
Chińczycy znów opierają się na doświadczeniach innych firm
dalekowschodnich – koszty produkcji w fabryce Kia na Słowacji są niższe
niż w Korei.
BYD, stawiający na ultranowoczesność i "zieloność" swoich produktów
jako na ich główną zaletę, jest jednak w mniejszości. Wiele innych
chińskich firm otwarcie stawia na cenę jako na swój główny atut.
Niestety, cierpi na tym bezpieczeństwo – na przykład terenowy Landwind
w 2005 roku na 5 możliwych punktów w niemieckich testach zderzeniowych
zdobył… 0. Zresztą wszystkie chińskie modele wypadają w nich kiepsko.
Można jednak założyć, że to konieczny skutek okresu przejściowego, w
jakim znajduje się obecnie chińska gospodarka, jak i cały kraj. Z tego
rozhukanego morza możliwości wyłoni się w końcu coś nowego. Chiny
wprost kipią od ambitnych ludzi, którzy chcą mieszkać w warunkach
lepszych, niż te, w których przyszło im się urodzić, od rzutkiej
młodzieży, która desperacko chce wyrwać się ze swoich wiosek i
miasteczek do metropolii, albo przekształcić te pierwsze w te ostatnie.
Droga ku temu prowadzi przez pękające w szwach uczelnie i rosnące jak
grzyby po deszczu firmy. Ostatnio ten deszcz osłabł, firmy zwalniają
obroty, a wielu Chińczyków niepokoi się o przyszłość. Ale można
wierzyć, że dla ludzi młodych, ambitnych i wykształconych dzisiejsze
problemy będą tylko dodatkowym impulsem do przewartościowania
priorytetów kraju.
Na toksycznych zabawkach, tandetnych ubraniach i kiepskiej elektronice
można zajechać pod drzwi XXI wieku, ale żeby się w nim rozgościć,
trzeba czegoś więcej. Firmy takie jak BYD, stawiające przed sobą
ambitne cele, dla których granicą jest tylko horyzont, to forpoczta
zmian, mogących przy odrobinie szczęścia zajść w całych Chinach.
Rosnąca chińska klasa średnia nie będzie już chciała siedzieć od świtu
do zmroku w szwalniach czy halach fabrycznych. Najprostsze prace
przenosić się będą do innych, biedniejszych krajów, a coraz więcej
Chińczyków pracować będzie w branżach wykorzystujących najnowsze
technologie i kupować – oraz produkować – ekologiczne samochody.
Przynajmniej taki jest różowy scenariusz. Ubierając w tym roku choinkę
chińskimi bombkami warto się zastanowić, z jakiego kraju za jedno
pokolenie pochodzić będą najtańsze świąteczne ozdoby, a z jakiego
najdroższe prezenty.
|