|
Druga
rewolucja kulturalna
Rozparty
w fotelu przed telewizorem mężczyzna zajada pomarańcze, łupiny
wyrzucając beztrosko przez otwarte okno. Do mieszkania zaczynają
wlatywać muchy; wkrótce są ich już całe chmary. Telewidz zaczyna się
oganiać, ale na próżno. Następne ujęcie przedstawia stertę śmieci pod
oknem, wokół której roją się owady. Morał tej krótkiej kreskówki, którą
można obejrzeć w pekińskich autobusach, jest jasny – nie śmieć, bo
śmieci do ciebie wrócą.
W kolejnym filmie, tym razem aktorskim, kamera podgląda roześmianych
ojca i syna, fotografujących się na tle nowoczesnych budynków. Ojcu w
zrobieniu zdjęcia przeszkadza butelka wody, wyrzuca ją więc na trawnik.
Z rodzica przykład bierze syn. W następnej scenie nasi bohaterowie jadą
samochodem po szosie i śmiejąc się radośnie wyrzucają przez okna
opakowania po batonach i puszki po napojach. Nagle dzwoni komórka. Po
zakończeniu rozmowy ojciec machinalnie wyrzuca telefon za okno.
Powiastkę kończy nocne ujęcie dwóch postaci przeszukujących z latarkami
pobocze.
W Pekinie ani na chwilę nie zamierają przygotowania do Igrzysk
Olimpijskich w 2008 roku. Prace nie ograniczają się jednak tylko do
budowy obiektów sportowych. Równie zaciekła walka z czasem toczy się na
froncie dobrych manier. Ta swoista nowa „rewolucja kulturalna” napotyka
jednak na opór głęboko zakorzenionej mentalności.
Ulice wielu chińskich miast na co dzień wyglądają jak po hucznej
imprezie masowej. Foliowe woreczki o każdy centymetr kwadratowy
chodnika walczą z resztkami jedzenia, styropianowe pudełka z przeżutym
betelem, niedopałki ze zgryzionymi drzazgami trzciny cukrowej. Dzieje
się tak pomimo rozstawionych tu i ówdzie kubłów. Pod sklepikami i
lokalami gastronomicznymi gęstość zaśmiecenia jest największa.
Właściciel kramu z papierosami zamaszyście ciska niedojedzonym obiadem
na chodnik, byle dalej od siebie, a klient-nabywca kurzych łapek w
ostrym sosie pozbywa się próżniowego opakowania ledwo rzuci pieniądze
na ladę. Zapędziwszy się w okolice tanich jadłodajni na własne oczy
można sprawdzić, czy rzeczywiście co roku zużywa się tutaj sześć i pół
miliarda sztuk plastikowej zastawy. Ubodzy zbieracze wrzucą metalowe
puszki i plastikowe butelki do swoich bambusowych koszyków, jednak cała
reszta odpadków, których spieniężyć się nie da, spoczywa luzem lub w
niedbale zamiecionych stertach aż ktoś je litościwie podpali.
Powszechna reguła głosi „trzymaj śmieci z dala od siebie”. Kiedy tylko
ciastko zniknie w ustach, plastikowe opakowanie zamiast do kieszeni lub
kosza wędruje prosto na ziemię. „Ziemią” może być zresztą nie tylko
chodnik, ale też podłoga autobusu czy pociągu albo posadzka sklepu. W
transporcie publicznym wszystko zależy od zajmowanego miejsca oraz
pogody. Jeżeli ta ostatnia pozwala na otwarcie okna, butelki, woreczki
i łupiny owoców wylatują na drogę. Jeśli stoi się z dala od okien,
zbędne rzeczy wystarczy wypuścić z ręki, same znajdą dla siebie miejsce
na podłodze. Ofiara choroby lokomocyjnej bez żenady wystawia głowę za
okno. Amator chińskiej zupki, kiedy ta wystygnie, podczas postoju
chlusta resztkami przez otwarte drzwi. Efektem są choćby ciągnące się
kilometrami dzikie wysypiska na drogach wyjazdowych z miast.
Kiedy pociąg skończy bieg, wagony przedstawiają sobą opłakany widok.
Podłoga usłana jest śmieciem wszelkiego rodzaju, podeszwy butów tratują
pudełka, chrzęszczą na skorupkach i ślizgają się po plwocinie.
Utrzymania porządku nie ułatwia chińska mania opakowań. Ciasteczka i
inne produkty spożywcze niezwykle często pakowane są pojedynczo, co z
amatora przekąsek automatycznie czyni niebagatelnego producenta
odpadków.
Byłem świadkiem znamiennej sceny, kiedy kilkunastoletni chłopiec
zajadał pestki słonecznika w wagonie sypialnym. Łuski leciały wprost na
chodnik wyściełający korytarz, chociaż w zasięgu ręki leżała metalowa
tacka na odpadki. Umundurowana pani z miotełką bez słowa wszystko
uprzątnęła. Po jej odejściu chłopak przy milczącej aprobacie matki jak
gdyby nigdy nic kontynuował dzieło śmiecenia. Jego zachowanie to nie
wyjątek – to norma. Tabliczki „Nie pal”, „Nie pluj”, „Nie śmieć”,
rozwieszone w widocznych miejscach wagonów kolejowych są powszechnie
ignorowane.
„Takie zachowanie jest niemoralne”, stwierdza dwudziestojednoletni
student Hu Mingqien. „Ci ludzie powinni dbać o wygląd otoczenia.” Na
pytanie jednak, czy zdarzyło mu się zwrócić komuś uwagę, by nie
śmiecić, kręci głową. Jego rówieśniczka Peng Liping odpowiada bardziej
zdecydowanie:
„Tak, staram się przywoływać do porządku takie osoby. Kiedy ostatnio w
autobusie pewien mężczyzna zamierzał wyrzucić przez okno skórkę od
banana, powiedziałam mu, żeby poczekał aż wysiądzie i wyrzucił ją do
kosza. Przeprosił i zatrzymał skórkę przy sobie.” Niestety, większość
Chińczyków wybiera święty spokój i nie podejmuje żadnych działań.
Dym papierosowy snuje się ulicami miast niczym mgła. Pali się wszędzie,
gdzie tylko się da, włącznie z autobusami i sklepami. Nikt się nie
obraża, jeżeli w tłocznym autobusie palacz dmuchnie współpasażerowi
dymem w twarz lub koszulę obsypie popiołem. Kierowca nie reaguje, kiedy
w klimatyzowanym autokarze znudzony podróżny sięga po zapalniczkę,
pewnie dlatego, że sam nie rozstaje się z papierosem. Koncepcja
biernego palenia chyba jeszcze nie zyskała tu posłuchu, bowiem pali się
nawet w szpitalnych poczekalniach.
Epidemia SARS w 2003 roku i wprowadzony wtedy zakaz plucia w miejscach
publicznych nie przełożyły się na zmianę odwiecznych przyzwyczajeń.
Chińczycy, zarówno mężczyźni jak i kobiety, spluwają namiętnie i
obficie na ulicy, w sklepie czy taksówce. Przeciągłe charkanie i
smarkanie słychać niemal bez przerwy. Mimo powszechnej dostępności
chusteczek higienicznych ten użyteczny gadżet nie zagościł jeszcze na
dobre w ekwipażu szarego zjadacza ryżu, czego efekty widać dosłownie na
każdym kroku. W zwyczaju nie jest nawet zakrywanie twarzy dłonią
podczas kaszlu czy kichania.
Kolejka to na przeważającym obszarze Chin wciąż pojęcie nieznane.
Jeżeli nie ustawiono metalowych barierek, obowiązuje wolna amerykanka.
Elektroniczne wagi w supermarketach są celem bezlitosnego wyścigu, w
którym zwycięża ten, kto zwijającej się jak w ukropie ekspedientce
bardziej natarczywie podsunie worek z papryką. W godzinach szczytu
wejście do autobusu linii podmiejskiej wymaga wyzbycia się wszelkich
skrupułów. Ściśnięta w wąskich drzwiach armia eks-pasażerów zderza się
z pospolitym ruszeniem pasażerów in
spe. Krzykom, przepychankom i szamotaninie nie ma końca.
Najbardziej zdesperowani, kiedy od drzwi odeprze ich niemiłosierny
tłok, gramolą się do wnętrza przez okna. Południowoamerykańska zagadka
„Ile osób mieści się w autobusie? Jeszcze dwie” również i w tej części
świata trafia w sedno.
Reguły rządzące ruchem ulicznym czy raczej ich brak to kolejny problem.
W Szanghaju czy Pekinie często można być świadkiem wiele mówiącej
sceny, kiedy to pojedynczy przechodnie usiłują przejść przez ulicę na
czerwonym świetle, a na przywołanie do porządku przez policjanta
reagują obrażonym zdziwieniem. To najprawdopodobniej przybysze z
prowincji, gdzie do dziś sygnalizacja uliczna traktowana jest jako
nieszkodliwa dekoracja. „Prowincja” w tym przypadku oznacza również
milionowe miasta, gdzie nieliczna mniejszość tak kierowców jak i
pieszych zatrzymuje się na widok czerwonego światła. Trudno się dziwić,
że chińskie drogi cieszą się wątpliwą sławą najbardziej niebezpiecznych
na świecie.
Rozbrzmiewające dzikim trąbieniem skrzyżowania prowadzą nas do
następnej przykrej kwestii, jaką jest uwielbienie hałasu. Najmniejszy
motocykl wyposażony jest w potężny klakson, zdolny do trwałego
ogłuszenia przechodnia, dygocące głośniki przed sklepami nie pozwalają
zebrać myśli, pod nogami znienacka strzelają petardy. Syn nawołuje
matkę z drugiego końca hali supermarketu, dumny posiadacz telefonu
komórkowego wrzeszczy na cały autobus, targujący się o cenę kapusty
pekińskiej klient wszczyna ze straganiarzem straszliwą awanturę. Nikogo
nie wydaje się krępować, że swoją osobą absorbuje całe otoczenie.
Psów domowych nie ma w Chinach w nadmiarze, a jednak na ulicach często
zobaczyć można znajomo wyglądające kałuże oraz inne przejawy
zachodzącej przemiany materii. To nie psy tak szpecą okolicę, to…
dzieci. Próbujące wejść na chiński rynek firmy pieluszkarskie mają
godnego przeciwnika w postaci uświęconego tradycją wycięcia na pupie.
Dzięki takiemu krojowi garderoby dzieci w każdym wieku są w stanie
odpowiedzieć na zew natury zawsze i wszędzie. Aby dziecięciu ulżyć,
wystarczy, że matka przykucnie na krawężniku i potomka piastowanego w
ramionach „wyceluje” w kierunku ulicy. Fizjologia i grawitacja zajmą
się resztą. Starsze dzieci są w stanie same się o siebie zatroszczyć.
Milusińskim wolno robić wszystko nie tylko na ulicy, ale i np. w
sklepach. Do codziennych widoków należy rodzic trzymający nieletnią
pociechę nad koszem na śmieci. Jeżeli pacholę potrzeba dopadnie pod
działem mięsnym nikt nie podnosi larum, a odpowiednia osoba z mopem i
wiaderkiem wyrośnie jak spod ziemi.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Z jednej strony poziom
świadomości obywatelskiej jest w Chinach bardzo niski. W odczuciu
społecznym za dbałość o „wspólną przestrzeń” odpowiedzialne są władze –
niegdyś przedstawiciele dynastii panujących, dziś urzędnicy
komunistycznego rządu. To, co dzieje się za drzwiami mojego domu, nie
jest moim problemem, zdają się myśleć Chińczycy. Przecież ktoś te
śmieci musi pozbierać, a więc śmiecąc, daję pracę sprzątaczom – tak
uważa przeciętny przechodzień, rzucający ogryzioną kolbę kukurydzy obok
kubła. I w istocie, ktoś te śmieci sprząta. Wczesnym świtem przez
miasta i miasteczka ciągną oddziały nędzarzy-sprzątaczy ładujących
odpadki dnia poprzedniego na swoje wózki. Niestety zaledwie kilka
godzin później po ich pracy nie ma nawet śladu. Z drugiej strony jakby
w próbie odreagowania wieloletniego kolektywizmu w dzisiejszych Chinach
rozwija się coś na kształt kultu indywidualizmu. Kult ten nosi wiele
cech egocentryzmu, przejawiającego się właśnie w braku poszanowania
miejsc publicznych i reguł rządzących interakcjami społecznymi.
Szczęściem nie tylko zbliżające się igrzyska zmuszają władze Chińskiej
Republiki Ludowej do starań o zrewolucjonizowanie mentalności
obywateli. Zainicjowana ćwierć wieku temu polityka otwarcia i związany
z nią napływ obcokrajowców wymusiły zmiany w przepisach prawnych
dotyczących m.in. wywozu śmieci i recyclingu. W centrach większych
miastach nastawionych na zagraniczną turystykę i biznes, gdzie
wyposażone w metalowe szczypczyki brygady bez wytchnienia podnoszą z
chodnika to, co nań spadnie, widać już pozytywne efekty wieloletnich
starań. Odgórne postanowienia bywają jednak nie dość konsekwentnie
przestrzegane i wystarczy wyściubić nos poza „wizytówki Chin”, by
zobaczyć obraz prawdziwie zniechęcający. To właśnie z obawy przed
zepsuciem wizerunku wspaniałej cywilizacji w oczach przybyszów z
zagranicy władze inicjują programy nakierowane na zmianę społecznych
przyzwyczajeń, obejmujące m.in. wspomniane na początku medialne
kampanie umoralniające.
„Trzeba ludziom wyjaśnić, że śmiecić nie wolno”, przytakuje staraniom
władz Hu Mingqien. „Rząd powinien uświadomić obywatelom, że tak się nie
powinno robić.” Peng Liping podchodzi do problemu bardziej praktycznie:
„W Hongkongu za rzucenie papierka czy splunięcie na ziemię płaci się
wysokie grzywny. Myślę, że gdyby takie prawo wprowadzić u nas, ulice
zaraz wyglądałyby inaczej.”
Samo surowe prawo jednak nie wystarczy; trzeba jeszcze konsekwentnie i
wytrwale je egzekwować. Czy po Igrzyskach Olimpijskich w 2008 roku
zapał do nowej „rewolucji kulturalnej” nie osłabnie, za wcześnie dziś
wyrokować.
|