"Chiński syndrom"

felietony pisane z Chin dla Dziennika Polskiego
między listopadem 2009 a sierpniem 2010


Na Wschodzie nie bez zmian
Chińska grypa
Przychodzi Chińczyk do lekarza
Wolna chinka
Nieświęte Święta
Impreza po chińsku
My się zimy nie boimy...
Uliczka wielkiego miasta
Zakupy z przeszkodami
Zakupy z przygodami
Fast food à la Państwo Środka
Zakupy na (nie)świeżym powietrzu
Sinoelegancja
Państwo środka lokomocji
Krok w tył czy do przodu?
Teraz Polska?
Na zdrowie
Ostatnia droga
Na ostro
Impreza EXPOrtowa
Spacer po parku
Wystawianie języka
Lato, lato wszędzie
Obyś cudzy naród uczył
Kobiety na budowy!
Smak nie w smak
Egzamin z życia
Już za cztery lata...
Gdyby nie mur...
Aktywny wypoczynek
Na granicy


Na Wschodzie nie bez zmian

Powietrze pachnie tą samą mieszanką spalin i upału, co cztery i sześć lat temu. Wieżowce pną się w niebo z równie rutynową brawurą. Rowery nadal toczą skazaną na przegraną walkę ze skuterami. Ale za to mniej się pluje i smarka.

Kto był w Chinach, ten na pamięć zna ów godny filmu grozy odgłos charkania, po którym następuje miękki plusk plwociny padającej na ziemię. Nieprzerwanie towarzyszy on nienawykłemu obcokrajowcowi na ulicy, w supermarkecie, w autobusie, nawet w lokalach gastronomicznych. Podczas poprzednich pobytów w Państwie Środka zdążyłem się już przyzwyczaić, że oczyszczenie płuc z nadmiaru flegmy to bez względu na wiek i płeć priorytet dla przytłaczającej liczby Chińczyków. Teraz przez kilka pierwszych dni coś mi nie grało, Chiny zdawały się jakieś inne. A potem nagłe olśnienie – to przeciągłe chrrrrrrrrtf zniknęło z pejzażu dźwiękowego!

„Zniknęło” to rzecz jasna zbyt dużo powiedziane. Honoru plwaczy broni wciąż stara gwardia, lecz młodzi charkają znacznie rzadziej. Czy to efekt kampanii na rzecz poprawy kultury osobistej Chińczyków, wdrażanych odgórnie w zeszłym roku w związku z Igrzyskami Olimpijskimi? Zapewne. Jeśli tak, to dziedzictwem pekińskiej imprezy jest nie tylko komplet imponujących stadionów. Nie bez pewnego wpływu muszą być także kwestie czysto medyczne, które datują się co najmniej od czasu epidemii SARS – wisząca w powietrzu świńska grypa powinna działać mitygująco. Tak czy owak, zmiana na lepsze jest nie tylko widoczna, ale i słyszalna.

Nie trzeba więc już patrzeć pod nogi z obawą, że wdepnie się z żółtawą maź. Za to trzeba uważać, by nie wdepnąć w jeszcze ciepły dowód wzmożonej miłości Chińczyków do psów. Do tej pory jedynym miejscem, gdzie z dużą dozą pewności można było zobaczyć te sympatyczne zwierzęta, były zimowe targowiska – mięso Burków i Azorów ceni się tu jako przysmak rozgrzewający krew. Teraz wszelkiej maści i gabarytów czworonogi pojawiają się na ulicach w charakterze przyjaciół serca, nie żołądka. Dumnym właścicielom towarzyszą rottweilery, samojedy, buldogi i inne rasowce oraz mieszańce. Świeżo upieczeni psiarze wszelako nie bardzo chyba wiedzą, co z ekstrawaganckimi pupilami robić. Nadaremnie próbuję gwizdać, cmokać, wyciągać rękę – psy jeśli w ogóle raczą podnieść wzrok, patrzą na mnie jak na wariata. Czego ten cudak chce, zdają się myśleć i idą obojętnie w swoją stronę, a w skrajnych przypadkach wręcz kulą ogon pod siebie i pierzchają byle dalej.

O ile Chińczycy nie zapewniają najwidoczniej swoim ulubieńcom pieszczot takich, jakimi obdarzane są zwierzaki domowe na Zachodzie, to jeśli chcą, mogą zapewnić im iście zachodni wikt. Wyroby Pedigree i Whiskas szturmują chiński rynek, rozpychając się na półkach w supermarketach. Sympatyczne mordki patrzą z opakowań na klientów, pełne nadziei, że nikt nie weźmie zbilansowanej karmy dla psów i kotów za dietetyczną przekąskę z psiny i kociny…

Skoro już jesteśmy przy supermarketach: Chińczycy znacznie rzadziej gapią się do koszyka robiącego zakupy cudzoziemca. Wcześniej codzienne sprawunki wiązały się z koniecznością znoszenia nieomal bezustannego zaglądania przez autochtonów intruzowi na przemian w twarz i w koszyk. Ludzie, przecież jesteśmy w tym samym sklepie, wywracałem wtedy oczami. Dziś już nie muszę. Mniej też jest zwykłego ordynarnego gapienia się na „białego ducha”: niegdyś wcale nierzadko bywało, że niektórzy snuli się w ślad za mną, byle napatrzeć się na dziwoląga, albo prześcigali się, by zająć lepszy punkt widokowy. Dziś to już rzecz sporadyczna.

Niesporadycznie za to natknąć się można na Chińczyków znających angielski. Młodzi chętnie korzystają ze swojej angielszczyzny. Tak było i drzewiej, ale o ile wtedy najczęściej kończyło się na Hello!, o tyle teraz od tego zaczyna się jakaś tam rozmowa. Językiem Szekspira na różnym poziomie zaawansowania posługują się niektóre kasjerki w supermarketach, obsługa pociągów dalekobieżnych, pracownicy banków czy lekarze. Przyjemnie pomyśleć, że jako nauczyciel angielskiego mam w tym swój drobny udział.

Zanim jednak zrobi się nazbyt górnolotnie, wyznam otwarcie – moja szczytna chęć wspomożenia komunikacji międzykulturowej to jedno, a jeszcze mojsza ordynarna niechęć do nauki chińskiego drugie.



Chińska grypa

Jak nie urok, to sraczka, głosi ludowa mądrość. W mojej wersji brzmi ona: „Jak nie SARS, to ptasia grypa, względnie świńska”. Jak to jest, że za każdym razem w Chinach czeka na mnie inne choróbsko?

Kiedy po raz pierwszy wyjechałem do Chin, w drugiej połowie 2003 roku, SARS miał już za sobą największy impet, ale ślady strachu sprzed kilku miesięcy były wciąż widoczne. Między innymi dlatego ja, Polak, tak łatwo znalazłem posadę nauczyciela angielskiego w Chinach - wielu amerykańskich i brytyjskich nauczycieli po prostu bało się przebywać wtedy w Chinach. W południowej prowincji Guangdong, gdzie wirus się zalągł i zebrał największe żniwo, uliczni sprzątacze nosili na twarzach maski, w miejscach publicznych tabliczki przestrzegały przed pluciem, i wyczuwało się napięcie, gdy ktoś dostawał ataku kichania. Osobiście udawało mi się ignorować zagrożenie. Do czasu.

Był wrzesień, jak to w tamtym rejonie temperatury codziennie przekraczały 30 stopni, więc z radością przyjąłem propozycję kilkudniowego wyjazdu na plaże położonej jeszcze dalej na południe wyspy Hajnan. Po drodze miałem okazję zapoznać się z wrażeniem, jakie na pasażerach promu wywierały tabliczki zabraniające plucia na podłogę (nie było się z czym zapoznawać). Z plaży niewiele wyszło, ale nigdy nie zapomnę drogi powrotnej. Pokonywaliśmy ją prywatnym autokarem, z gatunku tych, które czyhają na naiwnych podróżnych nieopodal dworców obsługiwanych przez porządniejsze firmy przewozowe. Za nieco tańszy bilet pasażer takiego pojazdu otrzymuje znacznie dłuższą podróż zygzakiem przez wszystkie okoliczne wsie i miasteczka. W jednej z mieścin wsiadł i umościł się z tyłu na obskurnych leżankach – w które zamiast foteli wyposażony był autokar – ojciec z dwoma synami. Niemal od razu zaczęli kaszleć. I to tak rozdzierająco, że trzeszczały bębęnki w uszach. „Mają SARS!” brzmiała moja pierwsza myśl. I taka już została. Kolejne godziny dłużącej się ponad ludzką wytrzymałość jazdy spędziłem wystawiając twarz na podmuchy wpadającego przez okno powietrza i dziękując Niebiosom za dwa cudowne zbiegi okoliczności – że rozkasłana trójka usiadła z tyłu, i że autokar nie ma klimatyzacji.

Ładnych kilka dni strawiłem bacząc na jakiekolwiek niepokojące sygnały ze strony mojego organizmu. Na szczęście nie dopatrzyłem się niczego, chociaż przecież mogło być różnie.

Następnym razem znów mogło być różnie. Rok 2005, prowincja Hunan. Doniesienia o ptasiej grypie, zawsze wymieniające nazwy tak krzepiąco oddalonych miejsc, nagle zaczęły epatować nieprzyjemnie bliskimi lokalizacjami. W końcu ptasią grypę wykryto na fermie oddalonej zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów od miasta, w którym mieszkałem. W tej sytuacji trudno było nie czuć się cokolwiek nieswojo na widok pałętających się luzem po targowiskach kur, czy bez wątpliwości sięgać po sprzedawane z kramów jaja. Dmuchanie na zimne chwilami mocno uprzykrzało życie – choćby kurze mięso przed pokrojeniem dla świętego spokoju dobrze było uprzednio podgotować. Plucie czy kichanie w miejscach publicznych i komunikacji miejskiej nadal było na porządku dziennym, ale w tej mierze pocieszenie niosła świadomość, że skoro przeżyłem SARS, to przeżyję i to.

I przeżyłem. A teraz ponownie jestem w prowincji Hunan i ponownie po świecie pleni się groźny wirus. Tym razem świńskiej grypy. Ryzyko wydaje się jednak mniejsze niż w przypadku SARS, czego pośrednim dowodem jest choćby to, że na przejściu granicznym między Chinami a Hongkongiem groźnie wyglądające czujniki sprawdzające temperaturę stojącym w kolejkach podróżnym zostały zastąpione ręcznymi termometrami w dłoniach sympatycznego personelu. Na dodatek Chiny ponoć świetnie dają sobie radę i na razie trzymają wirusa pod kontrolą. Rzeczywiście – gdy w sześćdziesięciomilionowej Wielkiej Brytanii ilość zachorowań liczona była w tysiącach, to w ponadmiliardowych Chinach zaledwie w setkach.

A walka z wirusem nie toczy się tylko gdzieś w odległym Pekinie czy Hongkongu. Co rano studenci uczelni, na której pracuję, podlegają mierzeniu temperatury. Widok długich kolejek przed wejściem do budynku wykładowego zarazem niepokoi i krzepi. Widmo krąży po Chinach – widmo świńskiej grypy, ale na szczęście dość blade i nieruchawe. Przeżyłem SARS i ptasią grypę, świńskiej też dam radę.



Przychodzi Chińczyk do lekarza

I zapomina o prywatności. Zapomina o tajemnicy lekarskiej. Zapomina o zaciszu gabinetu. Jeśli w ogóle wie, że coś takiego istnieje!

Zdrowie jest najważniejsze, zdają się uważać Chińczycy. Po czym to poznać? Ano po tym, że dążąc do jego odzyskania, nie pozwalają żadnej błahostce stanąć im na drodze. Jak otóż wygląda poczekalnia w chińskim szpitalu? Na pozór normalnie, bo przecież krzesełka ciągną się jak należy wzdłuż korytarzy. Tyle tylko, że pacjenci zamiast grzecznie siedzieć i czekać na swoją kolej, dosłownie wpychają się do gabinetów lekarskich. Jest o to o tyle łatwe, że drzwi do tych ostatnich rzadko są zamknięte. Lekarz rozmawia z pacjentem, podczas gdy następni w kolejce stoją im obu za plecami, przysłuchując się diagnozie. Zresztą trudno mówić o kolejce z prawdziwego zdarzenia. W wyciągniętych rękach czekający na wizytę chorzy trzymają wszelkie dokumenty, natarczywie podstawiając je nieomal lekarzowi pod nos, by ktoś ich nie ubiegł. Ledwo jeden pacjent wstaje z taboretu, kolejny już czym prędzej siada na jego miejscu i głośno, zagłuszając konkurencję, skarży się na swoje dolegliwości. Trzeba podziwiać stoicyzm – a może konfucjanizm? – z jakim lekarz traktuje cały ten kram. Jeszcze kilka lat temu pojawienie się w chińskim szpitalu obcokrajowca wywołałoby zdziwienie wystarczające, by ów zdołał się przecisnąć przez chwilowo skonfundowany tłumek. Dziś opatrzyliśmy się już tubylcom i musimy swoje odczekać.

Jeśli lekarz zaleci badania krwi, rzecz przedstawia się bardzo podobnie. W otwartym na oścież punkcie pobrań kłębi się tłum podkasujących rękawy pacjentów. Za stołem stoi pielęgniarka, nakłuwając tę akurat rękę, która szybciej spocznie na poduszce. Cel badań znany jest wszystkim; pacjenci wtykają pielęgniarce karteczki ze zleceniami, obwieszczając wszem wobec co, po co i na co. Gastroskopię czy bronchoskopię również przeprowadza się przy drzwiach otwartych. Nie inaczej wygląda sytuacja w przypadku przyjmowania zastrzyków – również w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę… Jedyna rada to omijać szpitalne „godziny szczytu”, które jednak potrafią być bardzo niepunktualne.

Przestronna sala, rzędy wygodnych foteli, podwieszone pod sufitem telewizory – czyżby poczekalnia de luxe? Nie pasują jednak metalowe stojaki, umieszczone przy każdym fotelu, a przede wszystkim zwisające z nich kroplówki, spływające prosto do żył rozpartych w owych fotelach i wpatrzonych w owe telewizory pacjentów. Tak – to specjalne sale do przyjmowania kroplówek. Dożylne podawanie medykamentów to dla Chińczyków swoisty medyczny fetysz. Jeśli ktoś źle się czuje, może zawsze liczyć na kroplówkę. Drobna infekcja, przeziębienie, ból gardła kwalifikują tutaj do terapii dożylnej, choćby miała sprowadzać się do podania soli fizjologicznej czy glukozy. Siedzi więc rząd za rzędem pacjentów podłączonych do szpanerskich instalacji i zadowolonych, że są pod opieką lekarską, w otoczeniu dziesiątek podobnych sobie klientów biznesu zdrowia.

Ten brak poczucia zawstydzenia – żeby nie rzec „żenady” – sięga też dalej, poza szpitale. Gabinety dentystyczne z zasady mają tu wielkie całościenne okna wychodzące na ulicę, przez które można podejrzeć, jak na rzędach foteli wiją się jęczący pacjenci. Niezdecydowany potencjalny klient może podjąć decyzję przypatrując się z bliska tajnikom fachu stomatologa i nieledwie zaglądając cierpiącemu do jamy ustnej. Podobnie małe przyuliczne poradnie lekarskie otwierają szeroko swe iście garażowe drzwi, umożliwiając wybranie tej, której wystrój, wyposażenie i sposób traktowania pacjentów najbardziej nam odpowiada. Bywa, że w takich niepublicznych zakładzikach opieki zdrowotnej symbol nowoczesnej medycyny, czyli kroplówka, wystawiona jest na zewnątrz, a leczony za jej pomocą pacjent siedzi przed wejściem, pełniąc zarazem funkcję (ledwo) żywej reklamy.

O tak zdrowotnych, jak rekreacyjnych walorach chińskiej tradycji można także się przekonać spacerując ulicą. Szeroko – bo jakże by inaczej – otwarte bramy „salonów masażu” ukazują wygodne fotele, na których rozparci klienci oddają swoje stopy w fachowe, choć często bardzo młode ręce masażystów. Relaks na oczach przechodniów? Kuracja na oczach towarzyszy niedoli? A czemu by właściwie nie?



Wolna chinka

Niejednego turystę w Chinach zaskoczyć może fakt, że w tym autorytarnym kraju w wielu dziedzinach życia panuje istna wolna amerykanka.

Demokratyczny Zachód kontra komunistyczne Chiny: na takim czarno-białym podziale opierają się często dyskusje o potędze dalekowschodniego smoka. I rzeczywiście Chiny to państwo autorytarne, gdzie władzę od półwiecza dzierży jedna partia, media są cenzurowane, a za niesłuszne poglądy można pójść siedzieć. Niemniej istnieją w Chinach obszary wolności, o której mieszkańcy Zachodu mogą tylko śnić. Nie zawsze jednak będą to sny przyjemne.

Jednym z rezultatów polityki jednego dziecka jest przeistoczenie Chin w kraj jak mało który przyjazny dla dzieci (tych oczywiście, które zdołały się urodzić). „Małym cesarzom”, czyli ukochanym jedynakom, wolno tu wszystko. To kwestia kulturowa – nie pamiętam, bym kiedykolwiek widział rodzica tarmoszącego czy dającego dziecku klapsa, bez względu na jego zachowanie. Z tej swobody najmłodsi Chińczycy korzystają ile dusza zapragnie, a także ile zapragnie ciało. Jeśli chłopczyk czy dziewczynka usłyszy zew natury w miejscu publicznym, pragnący przychylić potomkowi nieba rodzic nie tylko pozwoli, ale i pomoże mu załatwić się na chodniku. Ba, mała ofiara fizjologii może bez obaw o skarcenie wysiusiać się nawet  w supermarkecie; obsługa bez słowa uprzątnie bałagan. Widok dziecka posadzonego wygodnie na kolanach klęczącej na krawężniku mamusi i załatwiającego się na jezdnię nie wywołuje niczyich protestów. Producenci pieluszek zgrzytają zębami – czerpać zysków z ogromnego rynku nie pozwala im tradycyjne wycięcie na pupie, w które wyposażone są ubranka dziecięce. Czyż można się dziwić, że milusińscy beztrosko korzystają z takiej palety możliwości?

Dorośli Chińczycy też mogą odetchnąć swobodnie tam, gdzie mieszkaniec Europy musi mieć się na baczności. Chiński savoir-vivre znacząco odbiega od zachodniego odpowiednika. Upraszczając, to, co u nas jest przejawem złego wychowania, w Chinach jest nie tylko tolerowane, ale wręcz mile widziane. Głośne mlaskanie i siorbanie zamiast o braku dobrych manier, świadczy o czerpaniu z jedzenia przyjemności i jest komplementem wobec gospodarza. Na bekanie po posiłku też nikt się specjalnie nie obruszy. Pałeczki, których obawia się wielu zachodnich turystów, zastępują większość sztućców, co w połączeniu z przystępną formą potraw sprawia, że stołowanie się w chińskiej restauracji nie wymaga opanowania prawie żadnych reguł. Jeśli zaś komuś transport jedzenia z miseczki do ust sprawia trudność, może śmiało zrobić coś, czego przy zachodnim stole powinien się wystrzegać – podstawić sobie naczynie pod sam nos.

Uciśnieni wciąż zaostrzanymi przepisami europejscy palacze w Chinach odnajdą krainę prawie niczym nieskrępowanej wolności. Wprawdzie znaki „No smoking” pojawiają się w autobusach czy budynkach publicznych, ale cóż one znaczą dla znającego swe prawa obywatela? Zapach dymu tytoniowego unosi się w pociągach, szpitalach, hotelach i w mieszkaniu po wizycie ekipy „fachowców”. Pali instalator butli z gazem i straganiarz handlujący mięsem przy ulicy, pali kierowca autobusu i urzędnik w gabinecie. I co? I nic! Można krzyczeć: Pali się!, ale nikt nie przybywa gasić.

A już na pewno nie policja. Radiowozy stoją przy skrzyżowaniach – i na tym ich rola często się kończy. W nowocześniejszych metropoliach sygnalizacja świetlna, znaki drogowe i pasy dla pieszych już coś znaczą, ale w wielu, często wcale nie mniejszych, miastach, pełnią rolę wyłącznie ornamentacyjną. Kierowca dowolnego pojazdu z dowolnym ładunkiem nie jest absolutnie niczym ograniczony w wolności przemieszczania się z miejsca na miejsce. Pieszego ogranicza tylko ryzyko zgonu pod kołami trąbiących ogłuszająco lecz nie zwalniających samochodów – bo na pewno nie jakieś tam czerwone światło.

Chiny są dziś wolne tam, gdzie Zachód pełen jest ograniczeń, tam zaś, gdzie mieszkańcy Zachodu korzystają z wolności, są wciąż totalitarne. Jeśli – kiedy? – w Chinach zapanuje demokracja i wolność słowa, kto wie, czy ogólny bilans wolności nie wypadnie na korzyść Chińczyków. Tylko czy słowo „korzyść” jest aby na pewno na miejscu?



Nieświęte Święta

Większość ozdób wiszących na naszych choinkach powstała w chińskich fabrykach. Zarazem większość osób je wytwarzających Boże Narodzenie zna tylko z widzenia.

Trudno dziś rzec, ile prawdy jest w krążącej kiedyś anegdocie o Bożym Narodzeniu w Japonii, a dokładniej w pewnym tokijskim centrum handlowym. Otóż wiedzący, że gdzieś dzwoni, lecz nie wiedzący dokładnie, w którym kościele japońscy marketingowcy postanowili uatrakcyjnić ofertę zachodnią symboliką. Wiedzieli, że z Bożym Narodzeniem związany jest Święty Mikołaj. Wiedzieli też, że symbolem chrześcijaństwa jest krzyż. Do sprawy podeszli jak trzeba – kreatywnie. W rezultacie klientów powitała wielka figura Świętego Mikołaja przybitego do krzyża.

Dziś już takie kulturowe faux pas raczej się nie zdarzają, przynajmniej nie w Chinach i nie na moich oczach. Jednak Boże Narodzenie i związane z nim symbole są widoczne na ulicach chińskich miast, dostarczając przybyszowi z Zachodu nie tylko prostej uciechy, ale i ciekawego wglądu w chińską mentalność.

Pośród świątecznych symboli prym wiedzie Święty Mikołaj, zwany tu Shengdan Laoren, czyli „świątecznym starcem”. Widać tu pewne reminiscencje dawnych tradycji. Słynne powiedzenie Mao Zedonga, który wrogów jedynie słusznego systemu nazwał „papierowymi tygrysami” wzięło się stąd, że w dawnych czasach Chińczycy wywieszali u drzwi ochronne wizerunki bóstw lub właśnie tygrysów – groźne z wyglądu, lecz w istocie nieszkodliwe. Dziś w tę tradycję poniekąd wpisuje się Święty Mikołaj: czerstwa brodata twarz spogląda z wystaw i podwojów sklepowych na klientów udających się po codzienne (bo przecież nie świąteczne) zakupy. Kto chce, może kupić sobie wielobarwny, złocony, a nawet trójwymiarowy wizerunek Świętego Mikołaja. Zresztą nie tylko. Za Dziadka Mroza można się też przebrać – charakterystyczne czerwono-białe czapki cieszą się pewnym powodzeniem pośród lubiącej zachodnie nowinki młodzieży. Nie wiadomo, co o tym sądzą kasjerki supermarketów, zarządzeniem szefostwa ubierane w mikołajowe czapki; na pewno z punktu widzenia klienta Święty Mikołaj przy kasie, choć mile się uśmiecha, ma jedną wadę – zamiast rozdawać prezenty, za wszystko żąda pieniędzy.

Z ozdób świątecznych dostępne są głównie papierowe lub plastikowe dzwony i gwiazdy. Trochę gorzej z bombkami; choinka jakoś nie może zakorzenić się w chińskiej świadomości, choć niezawodne supermarkety robią, co mogą i wystawiają drzewka. „Drzewka” te jednak niekiedy wzbudzają wątpliwości – obok takich, których nie powstydziłyby się i niektóre polskie miasta, są stożkowe konstrukcje z desek albo prętów, oplecione lampkami, z gwiazdą zamiast na szczycie, to wewnątrz, bardziej przypominające piramidy nie wiadomo jakiej religii. Dostępne w sklepach mikrochoinki też często nie tylko kolorem, ale i kształtem nie przypominają tradycyjnego drzewka.

Za to bałwanki chwyciły Chińczyków za serce. Korpulentne postacie w kapeluszach uśmiechają się nie tylko z plakatów na ścianach, ale też z regałów z zabawkami i breloczkami do telefonów komórkowych. To one wraz ze Świętym Mikołajem starają się, by po Hello! kolejnym powszechnie znanym przez Chińczyków angielskim zwrotem było Merry Christmas! Nic to, że czasem życzenia Wesołych Świąt pisane są nie jak należy od lewej do prawej, a odwrotnie...

Na stoiskach z płytami kupić można kolędy, tak w wersjach angielskich, jak i chińskich, z głośników zaś sączy się Jingle Bells w wykonaniu najmłodszego pokolenia Chińczyków, choć tekst „Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań” nijak się ma do tego, co mieszkańcy ogromnych połaci Chin kojarzą z zimą. W kraju, na którego wielu obszarach śnieg nie pojawia się wcale, albo sporadycznie, sanie, bałwanek i śnieżne święta to całkowita abstrakcja. Ale czy to znaczy, że zwykli Chińczycy nie mogą poczuć się przez chwilę członkami ogólnoświatowej społeczności, choćby za tymi chińskimi „świętami” nie stało nic, poza powierzchownym zainteresowaniem zachodnią kulturą, o marketingu nie wspominając? „Świętujący” Halloween i walentynki Polacy wiedzą, o czym mówię.

Gdy polskie sklepy, szkoły i firmy zamkną swe podwoje, a Polacy świętować będą w domu z rodzinami, Chińczycy będą pracować, robić zakupy i uczyć się, jak co dzień – tyle tylko, że pod okiem patrzącego na nich zewsząd „świątecznego starca”.



Impreza po chińsku

Karpia, kutii, czy nawet angloamerykańskiego indyka, że o opłatkach nie wspomnę, w Chinach na Boże Narodzenie się nie uświadczy. Ale zabawić przecież jakoś się trzeba!

Obcokrajowiec ma w Chinach używanie. Jako przybysz z daleka – rzecz wciąż dość tutaj wyjątkowa – często bywa zapraszany a to do domów, a to do restauracji, a to wreszcie na imprezy. Uświetniając swą obecnością dane wydarzenie towarzyskie, ma możność obserwowania Chińczyków w ich naturalnym środowisku i zdania o tym relacji dla potomności. Co niniejszym czynię.

Młode pokolenie Chińczyków, snobujące się na Christmas, czci narodzenie Jezusa na swój specyficzny sposób – czyli tłumnie i hałaśliwie. Młodzież zbiera się pośród wszechobecnych wizerunków Świętego Mikołaja, by świętować nie do końca wiadomo co; chyba to, że w ogóle można.

Bez względu na wiek, Chińczycy uwielbiają śpiewać. To jedna z najbardziej widocznych, a raczej najlepiej słyszalnych różnic między mieszkańcami Zachodu a Orientu. Gdy dla tych pierwszych publiczny śpiew to często źródło ciężkiego stresu i źródło złych wspomnień nawet po wielu latach (bez względu na talenta wokalne ujawniane pod prysznicem), dla drugich to rzecz zwyczajna, której oddają się z lubością i bez żadnej zachęty, w obecności ludzi mniej lub bardziej obcych. Parafrazując: oni po prostu niestety mają talent.

Nic tak wyraźnie nie świadczy o chińskim zamiłowaniu do śpiewu, jak popularność karaoke. Szyldy lokali KTV są tu wszechobecne. Wynająć tam można różnej wielkości sale z ekranami lub projektorami, potężnymi głośnikami oraz zestawem teledysków. Napędzani orzeszkami, arbuzami i tym podobnymi przekąskami Chińczycy łapią mikrofon w garść i wtórują artystom ile sił w płucach.

Nie inaczej jest podczas Bożego Narodzenia. Zamiast szacownego odśpiewywania kolęd w rodzinnym gronie, tu wyśpiewuje się w wynajętych salach największe chińskie szlagiery; co odważniejsi próbują się z piosenkami anglojęzycznymi.

Ale któż by długo wytrzymał nawet najlepszy amatorski śpiew? Zabawę trzeba sobie jakoś urozmaicić. Jedna dziewczyna wyciąga skrzypce i przepięknie gra do mikrofonu. Druga każe sobie puścić Britney Spears i na tle wyświetlanego z projektora teledysku odstawia figury taneczne, których nie powstydziłaby się – w więcej niż jednym podtekście tego słowa – żadna gwiazdka muzyki pop. Trzecia tańczy z partnerem bliżej nieokreślone dla niżej podpisanego zachodnie tańce klasyczne z wprawą godną europejskich parkietów. A wreszcie urządza się ogólną łapankę i zaczynają się gry i zabawy.

Do najpopularniejszych należy przerzucanie się lokalnymi dialektami. Ten ostatni punkt programu nieodmiennie wywołuje entuzjazm i salwy śmiechu, zwłaszcza, gdy kogoś udaje się nabrać. Próbowano mnie kiedyś wkręcić w głośne powtórzenie zdania „Jestem przystojny”. Na szczęście w porę zamieniłem wo (ja) na ni (ty) i zamiast podbijać sobie bębenka, pochwaliłem urodę stojącego obok Chińczyka. Tylko on i ja nie wyglądaliśmy na zawiedzionych.

Najciekawsze jednak, że przy tym wszystkim na stół nie wjeżdża alkohol. Są najrozmaitsze przekąski – pestki do łuskania, lizaki, przegryzki sojowe i mięsne, do picia zaś soki owocowe i napoje mleczne, ale alkohol nie jest traktowany jako nieodzowny element imprezy. W pewnym lokalu, gdzie miałem okazję się znaleźć, kelnerki zaserwowały amatorom śpiewu solidne półlitrowe kufle z grubego szkła z obiecująco złocistą cieczą, która po bliższym zbadaniu okazała się... herbatą. W osłupienie wprowadziło to jednak tylko czwórkę zaproszonych cudzoziemców.

Jeśli nawet przy podobnych okazjach alkohol się pojawia, to raczy się nim głównie płeć męska, a że przy tym chińskie piwo ma najczęściej około 3% alkoholu, fakt ten nijak nie przekłada się na nastrój imprezy. Młodzież bawi się więc „na sucho”, śpiewa, śmieje się, chrupie ziarna, podrzuca baloniki i gada w najlepsze.

I tylko ja, zakompleksiony przedstawiciel zachodniej cywilizacji, gdzie mało się śpiewa a dużo pije, siedzę na imprezie, gdzie mało się pije, a dużo śpiewa, jak na tureckim kazaniu. A kiedy wreszcie daję się wyciągnąć do odśpiewania Hej Jude Beatlesów, biedny John Lennon musi przewracać się w grobie. Oczywiście Chińczycy są innego zdania, problem wszakże w tym, że chwalenie urody i talentów rozmówcy to tu mus. Ale to już temat na inny felieton.



My się zimy nie boimy...

Temperatura rzadko spada poniżej zera, śnieg to ewenement – zima w południowych Chinach to fraszka! Więc dlaczego trudniej ją przetrzymać niż w skutej lodem Polsce?

Chiny Południowe to termin tak rozległy, jak sam obszar. Rozciągają się od tropikalnej wyspy Hajnan po prowincję Hunan, na przestrzeni ponad 1200 km z południa na północ. Gdy mieszkańcy Hajnanu spacerują po słonecznych plażach Morza Południowochińskiego, Hunańczycy pod parasolem drałują szarymi ulicami wzdłuż ołowianej rzeki Xiang. Ci ostatni są jednak zdeterminowani wykazać, że nazwa „Chiny Południowe” coś znaczy, i nawet pogoda nie może im w tym przeszkodzić.

W Europie zima szaleje, ale zakładam, że ten tekst czytają Państwo lekko ubrani, w ciepłych domach, przy kaloryferze czy piecu. U mnie za oknem temperatura wynosi śmieszne kilka stopni powyżej zera, ale piszę ten felieton w polarowych rękawiczkach. Jest cieplej niż jeszcze niedawno, gdy bywało, że musiałem po domu chodzić w czapce. Czy to awaria centralnego ogrzewania? A może ścisnęła zima stulecia? Nie. Tak żyją tu prawie wszyscy. Co gorsza, wcale się temu nie dziwią!

Mogę uważać się za osobę uprzywilejowaną – jestem szczęśliwym posiadaczem klimatyzacji, bojlera i elekrycznej dmuchawy. Wystarczy wszakże wyłączyć sprzęt grzewczy na pół godziny, by różnica temperatur między wnętrzem a zewnętrzem mieszkania przestała mieć większe znaczenie. Dlaczego? Otóż w klimacie, gdzie latem 40ºC nie jest rzadkością, standardem są okna aluminiowe, przesuwne i jednoszybowe . I to chyba wyłącznie z myślą o lecie buduje się tu domy, tak jakby po każdej zimie architekci doznawali amnezji.

Przy kilku stopniach na plusie marznę w Chinach bardziej, niż w Polsce przy kilkunastostopniowych mrozach. Problemem nie jest dojście z domu do uczelni, na której pracuję. Problemem jest sama uczelnia, nowoczesny, wielki kampus, gdzie pod sufitami wiszą wentylatory, ale nie ma grzejników, a korytarze wychodzą na otwarte dziedzińce, skąd w lecie wiatr przynosi zapach kwitnących drzew, ale w zimie tylko chłód i wilgoć. Efekt? Wykładowcy i studenci odbywają lekcje okutani w co się da. I wcale się nie skarżą, choć po paru godzinach w takich warunkach pięć stopni na plus odczuwa się jak dziesięć na minus. Z konieczności Chińczycy uczynili cnotę – fanatycy zimnego wychowu byliby w Chinach zachwyceni, słysząc zewsząd pochwały spania w temperaturach bliskich zera i brania zimnych pryszniców.

Szkoły to żaden wyjątek – to reguła. Nawet lekarze w szpitalach (tu nie ma przychodni jako takich, z byle przeziębieniem idzie się do lekarza w szpitalu, oczywiście jeśli ma się pieniądze na leczenie) pod kitlami noszą kilka warstw grubej odzieży, a nierzadko i kurtki. Sprzedawcy w sklepach spożywczych, komputerowych czy odzieżowych także pracują w kurtkach, i chyba tylko restauracje oraz supermarkety w trosce o portfele klientów instalują klimatyzację.

Nie dziwota więc, że handel ciepłą odzieżą kwitnie. Hitem są pikowane piżamy, tak grube, że przez niektórych traktowane jak stosowny strój wyjściowy. Z czapkami konkurują nauszniki, dostępne w wersjach dla dzieci (w kształcie myszek, kotków itd.), młodzieży (w szpanerskim kroju sportowym lub słuchawkopodobnym) i seniorów (w postaci osobliwych pochewek zatykanych na same małżowiny uszne). Amatorów rękawiczek kuszą mufki, podobnie jak te pierwsze aż grube od pomponów, misiowych pyszczków itd. Z innych metod walki z zimnem, uczniowie szczególnie chwalą sobie termofory, ale nie prymitywne, napełniane wodą z czajnika, tylko ultranowoczesne, podłączane na przerwach do gniazdek elektrycznych. Świetnie sprzedają się domowe lampy grzewcze różnego kalibru, zaś atrybutem człowieka przedsiębiorczego prócz teczki jest podręczny termos.

Bardziej tradycyjne metody preferują straganiarze, ogrzewający dłonie nad zasilanymi węglowymi brykietami piecykami. Jeszcze dalej idą czyhający na klientów motocykliści-taksówkarze, robotnicy oraz ludzie bezdomni – na ognisko dobre jest każde miejsce i każdy opał.

Na pytanie o centralne ogrzewanie Chińczycy odpowiadają, że takowe jest w Chinach północnych, gdzie jest „naprawdę zimno”. A potem wtulają szyje jeszcze głębiej w kołnierze. Najważniejsze, że już za parę miesięcy zacznie się długie hunańskie lato, temperatury tak w dzień, jak w nocy oscylować będą około 30 stopni, a lejący się z nieba żar pozwoli zapomnieć o nieuchronnej, lecz przecież tak lekkiej zimie.



Uliczka wielkiego miasta

Wielki Mur, rozległe dachy Zakazanego Miasta, szanghajskie drapacze chmur – to znane symbole chińskiej egzotyki. Bywa jednak, że byle uliczka zawiera jej nie mniej. A nawet aż nadto.

Cóż może być nudniejszego niż wyprawa do supermarketu? Trzeba wziąć torbę czy plecak, przejść czy przejechać tych parę ulic, zrobić zakupy i wrócić. Czasem człowiek nawet nie pamięta, co widział po drodze.

Tutaj jest inaczej. Kwadransowy spacer między mieszkaniem na kampusie a supermarketem sieci Xiangjiang (nazwanej tak na cześć rzeki przepływającej przez miasto i całą prowincję) jeszcze nigdy mnie nie znudził. Po drodze jest targowisko spożywcze, gdzie zawsze mogę liczyć na dreszcz emocji, ruchliwe ulice, gdzie adrenalina skacze, oraz ładny park, gdzie można w spokoju poobserwować tubylców. Ale gwoździem programu jest niedługa, bo kilkadziesiąt zaledwie kroków mierząca uliczka Yanfeng między ponurymi kilkupiętrowymi budynkami.

Zaczyna się niepozornie, bo między przystankiem autobusowym a murem, za którym trwają prace budowlane. Ale wnet przed nami wyrasta podświetlona reklama restauracyjki z nazwami potraw, cenami i fotografiami. Jest tam więc kura, ryba, koza, żółw i... pies. Ten ostatni, zwykły żółty kundelek, ślinianek do pracy raczej nie pobudza. Przed wejściem zaś stoi klatka. Przeważnie jest zakryta brudną szmatą, ale bywa, że oczom przechodniów ukazuje się jej wnętrze, w którym na smutny koniec czeka kilka psów.

Coś błyska z lewej strony. To w zakładzie handlującym artykułami metalowymi pracuje spawacz. Naprzeciwko na przenośnym straganiku pani sprzedaje przekąski. Nieco dalej przez przeszklone dzwi widać wnętrze salonu pedikiuru i masażu stóp, gdzie panowie i panie w co najmniej średnim wieku przychodzą oddać stopy w ręce młodego personelu. Przed masażem lub po można wpaść tuż obok do „monopolowego” – wybór trunków i nalewek wszelkiej maści oszałamia tak, jak i procentaż, bowiem dojrzali mężczyźni lubują się w jiu, czyli „winach”, przekraczających rutynowo 50 procent.

Uwaga, ogień! To kolejna restauracyjka. Bez przeszkód można zajrzeć do kuchni, bo ta jest otwarta na oścież. Płomienie buchają spod rozżarzonego do czerwoności woka, w którym wielobarwną zawartość smaży kucharz w stroju domowym. Ściany są czarne od dymu, ale o czystość potraw dba się tu tak bardzo, że aż publicznie: pęczki warzyw leżą w tackach na chodniku lub bezpośrednio na nim, a pan lub pani leje wodę ze szlaucha do wielkiej misy.

Idźmy dalej, bo cisnące się tu motocykle i samochody dostawcze trąbią niecierpliwie. Przed kolejną jadłodajnią koło misy pełnej zmokłych kurczaków kuca pani i zdziera z nich pierze. Dalej na drewnianej desce do krojenia – znów położonej bezpośrednio na chodniku – pan skrobie rybę; obok następne, ledwo co wyjęte z wody, czekają na swoją kolej. Nic dziwnego, że chodniki są podejrzanie poplamione, a wszędzie unosi się nieświeży zapach. Po drugiej stronie następny lokal gastronomiczny, nawet spory i ładny; pomarańczowo-czerwony wystrój zachęca do wstąpienia. Niestety, widok talerzy i miseczek walających się na chodniku i tamże mytych w zimnej wodzie ze szlaucha nieco odbiera apetyt. Gdyby kto jeszcze się wahał, może zajrzeć do kuchni przez oczywiście otwarte drzwi. Lokal jest względnie nowy, więc ściany są od dymu zaledwie szare. Przecież to wszystko zaraz się usmaży w głębokim oleju, o co w ogóle chodzi? zdaje się myśleć personel, podnosząc warzywa wprost z posadzki. Przynajmniej kucharze odziani są w fartuchy... Niestety, odziedziczone chyba po innej knajpce i od tamtej pory nie prane.

Zbliżamy się do wylotu. Tu czasem stoi namiot żałobny rozbrzmiewający stosownie ponurą lub niestosownie hałaśliwą muzyką. W płóciennej konstrukcji pośród barwnych ozdób pogrzebowych siedzą na zydelkach żałobnicy, a na stole w głębi leży okryty tkaniną zmarły, nad którego czarno-białym zdjęciem migoczą lampki choinkowe. I tak przez kilka dni, podczas których na intencję jego pomyślnego istnienia po śmierci odpala się niezliczone petardy; czerwone strzępki papieru walają się po jezdni.

Jeszcze krok, i opuszczamy uliczkę Yanfeng. Po lewej dwa kamienne słonie strzegą wejścia do siedziby firmy, po prawej dwa metalowe smoki pilnują wrót restauracji, a naprzeciwko na skale wznosi się piękny pawilon widokowy o wywiniętych okapach, niczym rodem z czasów jakiejś dawno minionej dynastii.

Niestety, skała jest sztuczna, a pawilon liczy ledwo kilka lat.



Zakupy z przeszkodami

Chyba każdy przeżył chwilę frustracji, chcąc w supermarkecie zasięgnąć informacji i nie mogąc znaleźć żadnego pracownika obsługi. W chińskich supermarketach źródła frustracji są zupełnie inne.

Zacznę oczywiście od koniecznego zastrzeżenia, że supermarketów w Chinach jest multum i nie wszystkie stosują podobną politykę. Supermarkety sieci zagranicznych, jak na przykład Carrefour czy Walmart, choć przystosowały się do klienta chińskiego, rządzą się jednak trochę innymi prawami. Supermarkety lokalne także różnią się między sobą w sposobie podejścia do klienta. Odwiedziwszy jednak wiele spośród tych „świątyń współczesności” mogę pokusić się o pewne spostrzeżenia natury ogólnej.

W Chinach stwierdzenie, że obsługi jest w sklepie więcej niż klientów, nie oznacza wcale, że dzień jest wyjątkowo kiepski. Raczej dzień musi być wyjątkowo dobry, by pogłowie klienteli przekroczyło liczbę personelu. Czy to świadoma polityka przeciwdziałająca bezrobociu, czy tradycja metoda podejścia do klienta, czy też po prostu wykoncypowany w dziale marketingu chwyt, dość rzec, że obsługę nie tylko łatwo tu znaleźć – wręcz trzeba się przed nią ukrywać.

Zacznijmy od ochroniarzy, najczęściej szczupłych młodzieńców w garniturach, którzy stoją przy wejściach, wyjściach, bramkach i ruchomych schodach. Nie tylko baczenie na bezpieczeństwo i zapobieganie kradzieżom jest ich zadaniem. Aby się nie nudzili, przydzielono im dodatkowe obowiązki: głośne witanie i żegnanie każdego klienta, a także inspekcję rachunków. Tu nie można nonszalancko nie odebrać rachunku przy kasie. Bez niego ochroniarz przy wyjściu nas nie wypuści, musi bowiem po fachowym przejrzeniu rachunku przystemplować go na czerwono lub przejechać po nim paznokciem, zostawiając siną smugę na znak... no właśnie, prawdopodobnie na znak, że pozycje na rachunku i zawartość koszyka pasują do siebie, choć tej drugiej z tym pierwszym nikomu jakoś nie chce się porównywać.

Jeszcze więcej jest asystentek regałowych. Tak chyba należy nazwać te panie, czekające, czy raczej czyhające na klientów przy regałach, czasem pojedynczo, ale częściej po dwie lub po trzy. Rekordową liczbę zanotowałem kilka dni temu między dwoma długimi na kilkanaście kroków regałami z płatkami owsianymi, proszkiem sezamowym i mlekiem sojowym – pań w czerwonych bluzeczkach z logo supermarketu było tam aż dziewięć.

Ich rolą jest informowanie klienta o walorach wystawionych produktów, wskazywanie promocji i ogólna pomoc. Niestety, nader często zamiast pomagać, przeszkadzają. Wystarczy przez jedną nanosekundę zawahać się przy półce, zwolnić kroku, nie daj Bóg przystanąć, by opadły nieostrożnego klienta. Także w sytuacji, gdy jest nim przybysz z zagranicy. Panie często nie chcą zrozumieć, że waiguoren, czyli obcokrajowiec, nie rozumie chińskiego i niczego z oferowanych wyjaśnień się nie dowiaduje, a zresztą ma swój rozum i supermarket nie jest mu dziwny; i tak trajkoczą w najlepsze, wręczając artykuły niepotrzebne, a nawet wręcz zgoła niepożądane. Bywa, że odmowa przyjęcia jakiegoś produktu spotyka się ze spojrzeniem zdolnym zabijać.

Inna sprawa, że jeśli waiguoren jednak musi zasięgnąć porady i próbuje na przykład na migi pokazać, jakiego produktu mu potrzeba, między regałami odbywa się prawdziwa burza mózgów, dzięki której zwykle pośród uśmiechów udaje się dojść do porozumienia.

Kluczową rolę w każdym supermarkecie pełnią oczywiście kasjerki. W Chinach rola ich jest tak kluczowa, że aby zmniejszyć presję, ujmuje się im jak najwięcej obowiązków. Asystentki pakujące towary do torebek to nic szczególnego. Ciekawsze jest, że kasy nie są zlokalizowane tylko przy wyjściu – w całym sklepie, szczególnie przy „newralgicznych” działach, takich jak kosmetyki, sprzęt sportowy, pościel czy artykuły papiernicze (ale o dziwo nie alkohole!), znajdują się kasy „pomocnicze”. Jeśli pewnych produktów nie skasuje się na miejscu, mogą wystąpić kłopoty, z koniecznością biegania z powrotem włącznie.

Wreszcie w trosce, aby kasjerki się nie przedźwigały, w kasach nie ma wag do warzyw czy ryżu. Samoobsługa? Gdzieżby! Specjalne stanowiska wagowe, obsługiwane przez znane nam już panie w czerwonych bluzeczkach, oblegane są przez klientów, którzy próbują na wyścigi położyć na wagach swoje papryczki czili, korzenie lotosu, owoce liczi czy grzyby „białego kraba”.

Brak tylko bagażowych, czy raczej koszykowych do dźwigania zakupów za klienta.



Zakupy z przygodami

Supermarkety i centra handlowe w wielu polskich miastach ze zwyczajnych miejsc do robienia zakupów stają się ośrodkiem życia towarzyskiego. Chiny poszły krok dalej – supermarkety tutaj to także zoo, cyrk i gabinet grozy.

Jedno z prawideł, na których opiera się kuchnia chińska głosi, że potrawy muszą być przygotowywane z jak najświeższych składników. Efektem są nie tylko akwaria z żywymi rybami i klatki ze zwierzętami, obecne w – zależnie od tradycji danego regionu – niektórych lub licznych restauracjach, ale także przeistoczenie supermarketów w prawdziwe ogrody zoologiczne.

Cóż bowiem widzimy na stoisku rybnym? Ryby mrożone? Tak, jest gablota chłodnicza z takowymi. Ryby świeże? Oczywiście, leżą ładnie ułożone na lodzie. Ryby żywe? Oczywiście, w kilkudziesięciu akwariach. I to ryby wszelkiego gatunku, od czarnych wijących się węgorzyków, przez sumopodobne albinosy, po średniej wielkości płaszczki.

Jeśli kogoś boli przedświąteczny los polskiego karpia, powinien trzymać się z dala od chińskich supermarketów – nie wspominając o targowiskach – o każdej porze roku. Jeśli ryba ma szczęście, wyjęta z wody zdąży wyzionąć ducha, zanim pracownik obsługi puści ją w ostatnie tango z ostrym nożem. Jeśli nie, cóż... Widok odciętego rybiego łba z wciąż unoszącymi się skrzelami nikogo tu nie szokuje.

Za to badacz fauny znajdzie się tu w swoim żywiole. Prócz pływających, a raczej cisnących się w akwariach ryb znajdzie także mnogość żywych i żwawych owoców morza. Krewetki kłębią się w głębokich tacach, zanim trafią na lód, a stamtąd do foliowych woreczków. Kraby z przewiązanymi odnóżami nie mogą zrobić nic ponad wystawianie czułków; zapakowane do siatek muszą przecierpieć drogę przez miasto do kuchni nabywcy. Nie brakuje też owoców rzek i jezior. Powodzeniem cieszą się żaby, niekoniecznie tylko dobrze nam znane zielone, ale na przykład czarne z białym brzuchem. Te siedzą w mętnej wodzie, czekając, aż klient wyciągnie je za nogę i obejrzy z bliska przed wrzuceniem do siatki. Żółwie o skórzastych skorupach próbują wydrapać się z metalowej kadzi, a przewracając się podejmują następną próbę, lub dają za wygraną i popadają w letarg. Węgorzyki straszy wąż wodny, chyba z nudów zaglądający leniwie do sąsiedniej kadzi.

Nie w samych supermarketach, ale pod nimi zaopatrzyć się może miłośnik świeżej strawy pierzastej. Uliczni sprzedawcy oferują nie tylko kwaczące kaczki czy rozgdakane kury, ale także pięknie upierzone ptaki gołębiopodobne, a nawet... sowy.

Nie tylko domorosły, ale i dyplomowany anatom znajdzie w supermarkecie pełno materiału do badań. Podobnie wielbiciel horroru w odmianie gore poczuje się tu w swoim żywiole. Sprawnie wypatroszone ryby leżą na lodzie, z dumą wypinając wzdęte jeszcze pęcherze pławne. Równo niczym laserem rozcięta płaszczka prezentuje światu swe bogate wnętrze. Lśniące ośmiorniczki wystawiają macki na widok publiczny. Świeże i suszone mątwy przywodzą na myśl istoty z filmów SF. Krokodyl czeka na chętnych podzielony już na trzy części – najszybciej znika ogon...

Dział rybny nie jest wyjątkiem – na dziale mięsnym z haków zwieszają się krwawe zajęcze tuszki czy ćwiartki bliżej niezidentyfikowanych przedstawicieli zwierzyny płowej. Nic nie stoi na przeszkodzie, by z bliska obejrzeć układ mięśni czy budowę żeber. Na pełnych lodu tacach pośród tłumu leżą nie tylko elegancko wycięte piersi kurczaka, ale także wszelkiego typu i rozmiaru organy wewnętrzne. Przemyślnie zdarte z czaszek świńskie pyski patrzą groteskowo z haków w towarzystwie całych warchlaczków i ususzonego drobiu, że nie wspomnę o takich opatrzonych polskiemu klientowi widokach, jak wieprzowe nóżki.

Nad wszystkim zaś unosi się zgoła nie przystający ani do zoo, ani nawet do horroru rejwach. Krzyki nacierają falami, zagłuszając nawet z zasady głośniejszy niż w Polsce szum klienteli. Czy to ktoś cisnąc się do rzuconych właśnie bydlęcych żołądków nadepnął komuś na odcisk i słyszy teraz reprymendę? Czy też złodziej sklepowy ucieka z piórem wiecznym Hero w garści, ścigany krzykiem ochroniarzy? A może jakiś niespełniony ubogi grajek uliczny na widok całego tego bogactwa oszalał i pieje sobie a muzom?

Nie – to obsługa wysypała właśnie na palety świeże papaje i teraz zachwala je wniebogłosy, tak, aby nawet klient przebierający na drugim piętrze w bogatej ofercie bambusowych, plastikowych, metalowych i porcelanowych pałeczek rzucił wszystko i popędził na dział z owocami.



Fast food à la Państwo Środka

Pomimo kryzysu finansowego Chiny wciąż rozwijają się w szybkim, a wręcz zawrotnym tempie. W pędzie do sukcesu celebrowanie posiłków to strata czasu. Co więc jedzą Chińczycy, gdy się śpieszą?

Amerykańscy giganci przemysłu fast food obecni są na chińskim rynku od dobrych dwudziestu lat. Szyldy McDonald's i KFC spoiły się już z krajobrazem urbanistycznym do tego stopnia, że trudno wyobrazić sobie bez nich centra nawet niewielkich – oczywiście jak na chińskie standardy – miast. Smutny rezultat jest taki, że dla Chińczyków amerykański fast food jest wizytówką zachodniej kuchni. Taśmowo produkowane burgery z frytkami i coca-colą postrzegane są jako to, co Zachód ma dla smakosza najlepszego do zaoferowania. I choć wielu Chińczyków stołuje się tam z apetytem, poczucie kulinarnej wyższości jest pośród nich wyczuwalne. Dlatego w menu oprócz znanych na całym świecie „okrętów flagowych”, znaleźć można także pozycje przygotowane specjalnie z myślą o chińskim podniebieniu. Chińczycy, wielcy amatorzy słodyczy, nie wyobrażają sobie zjedzenia BigMaca bez „popchania” go choćby tradycyjnym chińskim ciastkiem jajecznym. Całe rodziny spędzają tu jednak całe godziny, zaprzeczając tym samym stojącej za pierwotnym sukcesem obu firm idei „szybkiego jedzenia”. Jeśli zatem nie w McDonaldzie i nie w KFC, to gdzie zjeść coś na szybko może zabiegany Chińczyk?

Przede wszystkim, wcale nie musi nigdzie specjalnie się udawać. Na jedzenie dobre jest każde miejsce – i każda czynność. Można jeść w autobusie, idąc śpiesznym krokiem po chodniku, czy nawet jadąc na motocyklu-taksówce. Widok śniadających na ulicy przechodniów nie jest tu niczym wyjątkowym. Wystarczy zalać dostępną od razu w wygodnych pojemnikach tzw. „chińską zupkę” – która trzeba przyznać jest tu zwykle smaczniejsza niż wietnamska wersja popularna w Polsce – wziąć w drugą rękę jednorazowy widelczyk czy pałeczki, i w drogę.

Komu jednak szkoda tracić w domu czas na przyrządzenie nawet takiego posiłku, może kupić świeżo przyrządzone miantiao, czyli „nudle” od sprzedawcy na motorze albo straganie za równowartość kilkudziesięciu groszy. Straganów takich – często przenośnych – nie trzeba specjalnie szukać. Stoją przy szkołach, centrach handlowych, skrzyżowaniach, przystankach autobusowych i dworcach. Wyczuć można je z daleka, bo przyrządzane na nich potrawy mocno pachną. Popularnością cieszy się też tofu – ser sojowy – przyrządzane na różne sposoby, gotowana kukurydza, „jajka herbaciane” (czyli gotowane na twardo w wodzie z przyprawami), kiełbaski, pieczone i smażone mięso, i SARS wie co jeszcze. Na deser zaś można spałaszować kawałek arbuza lub trzciny cukrowej. Czasem na chodniku rozciąga się cała restauracja pod gołym niebem, gdzie stragany sąsiadują z sobą o krok, dla klientów wystawia się krzesełka i stoliki, a zwykły przechodzień ledwo jest w stanie się przecisnąć.

Bywa, że takie otwarte garkuchnie zajmują całe boczne uliczki przy popularnych deptakach. Z jednej strony takich „zaułków niewybrednych” ciągną się stragany, na których warzą się głośno zachwalane przez właścicieli potrawy. Naprzeciwko zaś stoją tłumy klientów, którzy pałaszują na stojąco zakupione za grosze potrawy, a po konsumpcji rzucają plastikowe i papierowe pojemniki oraz jednorazowe pałeczki na ziemię i idą w swoją stronę. Elegantsza wersja takich zaułków obejmuje przeszklone stoiska specjalizujące się w konkretnych potrawach, zadaszone ławy, kosze na śmieci a nawet anglojęzyczne objaśnienia. Wędrując od stoiska do stoiska można w krótkim czasie skosztować wielu potraw o rozpiętości smakowej zdolnej wywołać zawrót głowy.

Kłęby dymu snujące się nawet na kilkadziesiąt metrów reklamują potrawy równie udatnie, co szyldy „makdonaldów”. Z takiej reklamy korzystają przybywający na wschód kraju z położonej daleko na zachodzie prowincji Xinjiang Ujgurzy, którzy najchętniej stawiają swoje straganiki na skrzyżowaniach. Ci mężczyźni o często uderzająco europejskich rysach twarzy i czymś w rodzaju toczków na głowach specjalizują się w mięsie w postaci obficie posypanych intensywną w smaku przyprawą pasemek na patyczkach, które pieką, czy może raczej wędzą nad rozżarzonymi węgielkami, podsycając płomienie wachlarzami.

A jeśli kogoś głód dopadnie w supermarkecie, wystarczy podejść do regału z przekąskami pakowanymi próżniowo. Czego tam nie ma! Do wyboru są liczne rodzaje tofu, pikantne rybki, suszona wołowina, jajka i jajeczka, no i drób przyrządzany na różne sposoby, z których najbardziej uderzające są łapki i szyje w ostrym sosie. Za złotówkę czy dwie można zaspokoić domagający się uwagi żołądek na czas dość długi, by przeczekać do porządnego posiłku w domu. Albo w „zaułku niewybrednych”.



Zakupy na (nie)świeżym powietrzu

Chińskie supermarkety nie tylko w okresie przedświątecznym pękają w szwach, ale tradycyjne targowiska wciąż mają się świetnie. I dobrze, bo urozmaicają więcej niż tylko bukiet miejskich zapachów.

Chińczycy to naród kucający. Na dowody tego stanu rzeczy natrafić można wszędzie. Najpopularniejszy tu nadal model toalety to ceramiczna lub blaszana płyta z dziurą, nad którą się kuca. Strudzony piechur zamiast przysiąść na krawężniku, kuca na lub przy nim. Zgłodniały klient przydrożnego lokalu śmiga pałeczkami między ustami a papierową miseczką kucając pod murem. Nic dziwnego więc, że stragany to na chińskich targowiskach najczęściej rozłożone wprost na ziemi płachty, a czasem po prostu zdjęte z ramion bambusowe nosidła z koszami na obu krańcach, przy których wielu straganiarzy zwyczajnie kuca w oczekiwaniu na klienta. I wcale nie wydają się być tym zmęczeni.

O bliskości targowiska w Chinach świadczyć może swąd, dobywający się z piecyków i ognisk, przy których w zimne dni grzeją się straganiarze. Wskazówka to jednak nie nazbyt precyzyjna, ponieważ popularność piecyków na węglowe brykiety jest tutaj duża i z co drugiego przydrożnego lokaliku z potrawami na gorąco dobiega podobna woń. Charakterystyczny zapach może świadczyć o obecności „stoiska rybnego” – i rzeczywiście na większości, jeśli nie na wszystkich targowiskach żywnościowych znajdziemy misy z żywymi i/lub leżące na ziemi płachty z dogorywającymi rybami. Jako że klienci zwykle życzą sobie sprawienia zakupionej ryby, woń jest tym mocniejsza. Niestety jednak w deszczowy dzień ta wskazówka też może zawieść. Przyjemne zapachy niosą się za to ze stoisk z przyprawami i ciastami, ale tu znów w błąd wprowadzić mogą uliczne restauracyjki.

To może w takim razie dźwięki? Z targowiskami rzeczywiście związane są tu pewne charakterystyczne odgłosy. Niektórzy straganiarze nie zawierzają swego dobrobytu li tylko wyglądowi wyłożonych towarów i zachęcają do kupna werbalnie, niekiedy wpomagając struny głosowe elektronicznie, czyli przy użyciu zestawu z zakładanego na głowę mikrofonu i głośnika. Podobnie reklamują swoje towary i usługi handlarze obwoźni – powtarzany w kółko przez megafon nagrany komunikat melodyjnie lub kakofonicznie ogłasza, że tu ostrzy się noże i nożyczki, sprzedaje szybkie obiadki lub łapki na szczury. Takie jednak dźwięki mogą mylić, bo owi handlarze, jak to obwoźni, na targowiskach stoją tylko wyjątkowo. Ich rowery i motocykle, obładowane sprzętem do reperacji wszystkiego lub garnuszkami ze strawą jeżdżą w poszukiwaniu klienta bocznymi uliczkami miast.

Obwoźnie raczej nie handluje się żywym inwentarzem, a ten potrafi drzeć się na całe gardło. Skrępowane kury leżą spokojnie, gdy nic się nie dzieje, ale kiedy tylko sprzedawca i potencjalny klient zaczynają dobijać targu, namacalnie sprawdzając walory wystawionego drobiu, ów głośnym pianiem wyraża swój protest. Kaczki i gęsi zachowują więcej godności, ale i im zdarza się kwaknąć i zasyczeć, gdy narusza się ich nietykalność cielesną i godność osobistą. Inwentarz żywy bywa zresztą na miejscu zmieniany w inwentarz martwy, co rzecz jasna wiąże się z osobnymi wrażeniami dźwiękowymi.

Słowa protestu nie słychać ze strony świń, krów i (o ile znam się na zooanatomii) kóz, których mięso jest tu w cenie. Dlaczego? Ponieważ na targu pojawiają się już w kawałkach. I to niekiedy całkiem sporych. Na okrwawionych deskach, znów często leżących wprost na ziemi, piętrzą się grudy mięsa i tłuszczu. Chłodziarek brak, a muchy latają, więc sprzedawca lub jego asystent nieustannie wywija nad obmacywanym przez klientów towarem patykiem z przywiązanym woreczkiem foliowym. Zestaw noży i tasaków pozwala straganiarzowi w mig spełnić każde życzenie amatora mięsa. Gorzej, gdy ktoś zażyczy sobie mielonego – wtedy w ruch idą obie dłonie i śmigające ostrza siekają wybrany kawałek, aż obróci się w jednolitą masę.

Wegetarianin też się pożywi. Wybór warzyw i owoców cieszy oko. Wygląd to pieniądz, zdają się myśleć straganiarze i w pięknie równych szeregach układają czyste pęczki cebulki, pora, główki kapusty i inne rośliny, które czasem trudno mi nazwać. Ślinka przestaje jednak kapać na widok poletek uprawnych rozsianych po całym mieście. Takie działeczki warzywne, często mierzące kilka metrów kwadratowych, położone są koło budynków mieszkalnych, fabryk, a nawet wzdłuż zatłoczonych ulic, dzięki czemu nasza dieta obfituje w najróżniejsze pierwiastki.

Obecności metali ciężkich nie da się niestety zbadać wagą, nawet elektroniczną. Te pojawiają się na targowiskach coraz częściej, ale odwieczne wagi dźwigniowe wciąż mają się dobrze. Taki patyk z podziałką i podwieszoną na jednym końcu tacką jest zaskakująco precyzyjny. Przesuwając uchwyt ze sznurka i mrucząc coś pod nosem straganiarz jest w stanie przeliczyć na juany każde warzywo. Podziałka jest nieczytelna a pomruki nieartykułowane, więc konieczna jest wiara w uczciwość sprzedawców, ale że ceny są z reguły nawet kilkakrotnie niższe niż w supermarketach, pozostaje ona we mnie niezachwiana.

A jeśli klientów na ryby, mięso czy warzywa brak, znudzeni straganiarze zawsze mogą zasiąść z do partyjki madżonga.



Sinoelegancja

Wysokościowce Szanghaju, pełne nowych samochodów ulice Pekinu, wszechobecne telefony komórkowe, największa społeczność internetowa, najszybsza kolej – to wszystko do lamusa odsyła wizerunek Chińczyka zgarbionego na polu ryżowym w stożkowym kapeluszu... Czy aby na pewno?

Powtarzana do znudzenia fraza, że Chiny to „kraj kontrastów” jest wciąż aktualna. Długo można by mówić o wewnątrzchińskich przepaściach językowych, kulturowych, gospodarczych. Ale różnice między tym, co stare i nowe, co własne i obce, widać tu już na pierwszy rzut oka – w modzie.

Stożkowe kapelusze, w które jako dziecko wyposażałem malowanych kredkami Chińczyków, wciąż trzymają się mocno. Oczywiście nie noszą ich ludzie młodzi ani pracownicy umysłowi. Jednak już choćby sprzątacze oprócz odblaskowych pomarańczowych kamizelek noszą właśnie plecione żółte kapelusze, wypisz-wymaluj z wyobrażeń o Chinach jeszcze z epoki cesarstwa. Podobnie rolnicy, którzy warzywa i owoce dźwigają na bambusowych nosidłach, zaprojektowanych dobre kilka tysięcy lat temu i wciąż niezrównanie skutecznych, osłaniają się od słońca i deszczu właśnie szerokim stożkowymi kapeluszami.

Kto nie pracuje fizycznie, ale żywi szacunek do nieco bliższej przeszłości, nosi mundur. Często bywa to uniform wojskowy, ale także tzw. mundurek Mao, czyli prosty zapinany strój bez kołnierza w ciemnym kolorze, który nota bene był w użyciu jeszcze przed dojściem do władzy Wielkiego Sternika. To starsi mężczyźni, a kobiety? Te nie stronią od kubraków w zawiłe orientalne wzory, często zapinanych nie na guziki, ale węzły.

Zresztą da się tu zauważyć silny fetysz munduru. Byle portier (bez obrazy) nosi tu bez mała galowy mundur z lampasami i lśniącymi odznakami. W efekcie mundury policjantów i żołnierzy nie robią już większego wrażenia. Odpryskiem tej mody jest niezwykła popularność garniturów. Strój kojarzący się u nas z biznesem i maturą, tutaj święci triumfy pośród tragarzy i robotników. Nawet w sezonie egzaminacyjnym jedyną osobą noszącą na uczelni garnitur bywa pracownik fizyczny roznosząsy butle z wodą do popularnych dystrybutorów...

Młodzież bowiem mundurom wszelkiej maści mówi nie. W tej grupie wiekowej dominuje strój zachodni – czy raczej jego wersja lokalna. Wielu Chińczyków bardzo chce wyglądać jak ich rówieśnicy na Zachodzie, ale często zbaczają raczej w kierunku japońskiej mody na zaskakujące zestawienia kolorów i części garderoby. Im barwniej, tym lepiej – tak zdaje się brzmieć dewiza wielu młodych Chińczyków. Róż, połysk, jaskrawe wzory, anglojęzyczne (a raczej pseudoanglojęzyczne) napisy robią furorę. Miłości do kontrastów nigdzie nie widać wyraźniej, niż w nowoczesnym chińskim stroju ślubnym – panny młode do śnieżnobiałej sukni zakładają czarne kozaki z futerkiem i ozdóbkami.

Skoro już jesteśmy przy butach, tu uwidaczniają się wyraźnie różnice między płciami. Kobiety lubią mieć przy obuwiu koraliki, diamenciki, frędzelki i tym podobne. Mężczyźni hołdują z kolei żałobnej ascezie, wbijając stopy w skórzane trzewiki z absurdalnie spiczastymi noskami. Osobną kategorię stanowi obuwie sportowe, choć słynne chińskie trampki przegrywają rywalizację w wyrobami adidasopodobnymi. Za to sandałów się tu prawie nie uświadczy.

Wyluzowany stosunek do stroju wyjściowego prezentują z kolei niektóre panie w średnim wieku. Te idąc rano, w południe czy wieczorem na zakupy nie tracą czasu na przebieranki. Piżama jest dla części Chińczyków strojem uniwersalnym, nawet w zimie. Ba – zwłaszcza w zimie, bo piżamy owe są grubo pikowane i grzeją jak najlepsza kurtka. Do tego kapcie z kożuszkiem, i można zasuwać na ulicę. O schludność trzeba jednak dbać – stąd popularność rękawków z gumkami, zakładanych na przedramiona dla ochrony odzieży przed zabrudzeniem. Z takim gadżetem żaden uwalany kontuar czy ławka nie jest już straszny!

Przy tym wszystkim do najlepiej sprzedających się kosmetyków należą najprzeróżniejsze specyfiki wybielające. Wzbogacone wyciągami z jedwabiu czy ze słynnych ptasich gniazd kremy i maseczki prosto z półek trafiają na twarze Chinek, co skutkuje obecnością w przestrzeni publicznej istnych trupich masek.

Na koniec słowo o fryzurach. Mężczyźni w średnim wieku lubią fryzury „w kwadrat” – przycięte płasko od góry włosy sprawiają, że patrząc w twarz takiemu delikwentowi ma się wrażenie, że ma on na głowie kanciasty hełm. Młodsi modnisie stroszą się namiętnie, strasząc istnymi strzechami. Dziewczyny stając się kobietami porzucają zaś warkoczyki i końskie ogony, przerzucając się na różne odmiany włosów kręconych. Co zaś do kolorystyki, to wszyscy Chińczycy rodzą się z pięknie czarnymi bujnymi włosami, których można im tylko pozazdrościć. Ale cóż zrobić, skoro na Zachodzie włosy są o tyle ciekawsze! I tak młodzi Chińczycy idą w ślady swoich japońskich rówieśników, tleniąc i farbując swoje włosy na potęgę, byle dorównać w palecie barw narodom Europy.

Proszę sobie zatem wyobrazić taką oto postać: białe kozaczki z koralikami, kolorowe rajstopy, kusa sukieneczka, kurteczka z futerkiem, pod nią tęczowa bluzeczka, strzecha jasnobrązowych włosów, bardzo ostatnio „trendy” okulary w grubych oprawkach, za to bez szkieł, i diamencikowe przyklejki na siekacze – to młoda Chinka idąca z duchem mody, a nawet galopem go wyprzedzająca, i to o kilka długości.



Państwo środka lokomocji

Po niegdysiejszej rowerowej stolicy świata – Pekinie – jeżdżą dziś cztery miliony samochodów, nowe autostrady przecinają niedawne chińskie pustkowia, krajowe linie lotnicze łączą wszystkie metropolie. A jednak najważniejszym środkiem transportu pozostaje tu kolej.

Wejść sobie do hali dworca, stanąć w kolejce po bilet, przejść na peron, poczekać na pociąg, znaleźć wolne miejsce... Polski scenariusz wydarzeń pokrywa się z chińskim tylko w jednym punkcie: stawania w kolejce.

Zacznijmy od tego, że zazwyczaj hale są dwie: z kasami i z poczekalniami, i ta pierwsza z tą drugą rzadko tworzy całość. Halę biletów poznać można po kolejkach, które w sezonach szczytu, jak na przykład okolice Księżycowego Nowego Roku (ostatnie takie święto przypadło 14 lutego) wylewają się na ulicę, choć kas jest rzadko mniej niż kilkanaście. Obecność ambony z wyposażonym w megafon strażnikiem pośrodku hali dziwi tylko za pierwszym razem – żądny podróży tłum to potencjalnie broń masowej (samo)zagłady. Komputeryzacja jest pełna, więc przy okienku szybko dostajemy czerwonawy prostokącik z dwiema najważniejszymi informacjami – numerem pociągu i miejsca; wszystkie siedzenia, nie wspominając o łóżkach, podlegają tu rezerwacji.

Gotowi do drogi możemy przejść do hali z poczekalniami. Poznaje się ją po barierkach pilnowanych przez strażników wyposażonych w metalowe szczypczyki. Dopiero po przedziurkowaniu biletu i przeskanowaniu bagażu możemy wejść do poczekalni. Na rzędach metalowych foteli siedzą oraz między nimi stoją setki, nawet tysiące pasażerów in spe. Wymuszone układem sali długie kolejki prowadzą do kolejnych barierek, nad którymi świecą tablice informacyjne z numerem pociągu.

Bywa, że ktoś krzyczy, tłum faluje, niektórzy przeskakują siedzenia i przebiegają bokiem do tunelu wiodącego na perony. Czyżby kolejarze puszczali po znajomości? Zresztą nieważne – przytłaczająca (literalnie) większość czeka posłusznie, aż bramka pod tablicą z numerem pożądanego pociągu zostanie uchylona. Kolejna kontrola biletów, i obładowana tobołami rzesza zaczyna sunąć przez hale i tunele. Rzeką ludzi sterują stojący w newralgicznych punktach strażnicy, niekiedy z megafonami w dłoniach. Na peronie wielowagonowy pociąg już czeka –  jego końca, a czasem obu końców dosłownie nie widać zza cisnących się tłumów. Pasażerowie wysiadający zostali już wcześniej ewakuowani innym wyjściem; ich następcy szybkim krokiem, turkocząc walizkami i sapiąc pod tobołami, maszerują do swoich wagonów. Przy wejściu najczęściej stoi następny kolejarz/kolejarka i po raz n-ty sprawdza bilety. Tłum wtłacza się do środka. Posiadacze biletów „stojących” szukaj wolnych miejsc, posiadacze biletów „siedzących” przeganiają z foteli uzurpatorów, a wszyscy próbują upchnąć gdzieś bagaże.

Zależnie od klasy pociągu, może być on wyposażony w klimatyzację, wiatraczki pod sufitem lub nic. Jeśli podróżujemy w najgorszym okresie, możemy nabawić się klaustrofobii, bowiem wracający do rodzinnych miast lub wyjeżdżający do pracy pasażerowie zajmują każdy centymetr kwadratowy powierzchni. W takim tłoku można śmiało spać na stojąco – ryzyko upadku jest mikre... Palić niby nie wolno, ale komu może zaszkodzić odrobina dymu?

W podróży posilić się trzeba. Pasażerowie wagonów sypialnych wyciągają zupki chińskie w jednorazowych miseczkach i zalewają je gorącą wodą z dystrybutorów opodal ubikacji. Pasażerowie siedzący wolą przekąski gotowe. Na podłogę spadają opakowania po smażonych rybkach, kurzych łapkach czy suszonych mątwach, łupiny owoców, łuski z pestek i wszelakie inne odpadki. Nieodłącznych towarzyszy pasażera PKP, kanapek, się nie uświadczy, są za to jajka na twardo, ale przyrządzane na sposób chiński – czerwone, brązowe lub czarne od przenikającego popękaną skorupkę sosu. Jeśli ktoś nie zabrał na drogę prowiantu, może liczyć na wózek z przekąskami pchany przez kolejarzy na przekór tłokowi.

Główną rozrywką są telefony komórkowe, przynajmniej dopóki nie zapewnią jej konduktorzy, dorabiający do pensji akwizycją. Godnie umundurowane panie i panowie zachwalają pasażerom wszystko, począwszy od świecących długopisów, przez szczoteczki do zębów, po wkładki do butów. Pod koniec trasy sprzątaczki przechodzą przez wagon, wymiatając śmieci spomiędzy nóg pasażerów i pchając przed sobą istne pryzmy.

Gdy pociąg zajeżdża na stację, gardła przejść podziemnych zatykają się ciżbą. Tłum sunie tunelami w kierunku bramek strzegących wyjścia, za którym najczęściej czeka pełen autobusów, taksówek i motocykli plac. Tu rzeka pasażerów rozdziela się na niezliczone strumyczki i wsiąka w miasto.

Rozrastająca się sieć najszybszej na świecie kolei powoli zmienia obyczaje. Iście lotnicze wnętrza nowych pociągów wypełniają siedzący rzędem i nie palący pasażerowie. Jeśli przeniosą tę dyscyplinę do „wolnej” kolei, podróż chińskim pociągiem straci sporo barwności ... A jeśli stanie się odwrotnie?



Krok w tył czy do przodu?

Czyżby coś zaczęło się zmieniać? Czyżby po latach zginania karku przed rządem w Pekinie zachodnie firmy powiedziały sobie „dość”? A może powody wycofania się Google z Chin są zupełnie inne?

Kiedy w 2006 roku Google uruchamiało chińską wersję najpopularniejszej wyszukiwarki na świecie, wszystko wydawało się jasne. Zgodzono się na cenzurę, bo taki był klimat – trzeba docenić, że Chiny otwierają się na świat, nawet w okrojonej formie wyszukiwarka oferuje chińskim użytkownikom bardzo wiele, a z czasem reżim osłabnie, bo osłabnąć musi... Zachodnie firmy i rządy szły na ustępstwa, wmawiając sobie i innym, że warto uchylać drzwi, choćby to Komunistyczna Partia Chin miała decydować o szerokości tego uchylenia, grubości futryn i wytrzymałości zamków, bo prędzej czy później od samego uchylania zawiasy puszczą. Najlepszym przykładem tej strategii były żenujące zabiegi wokół niedoszłego bojkotu ceremonii otwarcia Igrzysk w 2008 roku po krwawej rozprawie Pekinu z Tybetańczykami.

Zawiasy nie puściły; wręcz przeciwnie. Ośmielone bezradnością Zachodu Chiny coraz mocniej przykręcają śrubę. Kiedyś przy okazji wizyt amerykańskich prezydentów w ramach gestu wypuszczano z więzień dysydentów; teraz za kraty trafia najwięcej opozycjonistów od lat (niektórych schwytano dzięki informacjom dostarczonym przez zachodnich potentatów internetowych). Każda krytyka czy niemile widziane zachowanie ze strony Zachodu komentowane jest na zasadzie „nie narażajcie naszych interesów na szwank”, a wolność – dostępu do informacji, głoszenia poglądów, internetu – zamiast rosnąć, maleje.

W tej sytuacji decyzja Google o zaprzestaniu cenzurowania wyników wyszukiwania zgodnie z wytycznymi chińskiego rządu jawić się może jako pierwsza jaskółka zmian. Użytkownicy korzystający z www.google.cn przekierowywani są na niecenzurowane strony hongkońskiej wersji wyszukiwarki. Hongkong, choć wcielony do Chin w 1997 roku, cieszy się wciąż bardziej liberalnymi przepisami niż reszta kraju. Podczas gdy w wersji chińskiej obrazy wyszukane według hasła „Tiananmen” przedstawiały ukwiecone skwery, portrety Mao i mury Zakazanego Miasta, to w wersji hongkońskiej (jak i angielskiej, polskiej itd.) widać serię słynnych ujęć z samotnym człowiekiem zatrzymującym kolumnę czołgów. Na strony poświęcone masakrze w 1989 roku nadal wejść nie można – tak działa cenzura – lecz wiedza, co jest cenzurowane, staje się widoczna jak na dłoni. Jak długo to potrwa, trudno powiedzieć, jednak obawy o przyszłość dostępu do hongkońskich i innych wersji Google są już głośno wyrażane.

Tylko czy rzeczywiście zadecydowały względy etyczne? Niektórzy w to wątpią. Google nie zrobiło w Chinach kariery. Jego chiński odpowiednik – wypełniający wszystkie zalecenia rządu serwis Baidu – dzierży dwie trzecie rynku. Stąd głosy, że decyzja Google jest próbą zamaskowania biznesowej porażki.

Wśród Chińczyków nastroje są mieszane. Wieść odbiła się tu szerokim echem, zwłaszcza pośród młodzieży, dla której internet to niezbywalna sfera życia. Część, zwłaszcza na monitorowanych stronach krajowych, zionie nenawiścią do Google i popiera cenzurę w imię „harmonii” społecznej. Inni, często ci wypowiadający się na stronach zachodnich, wyrażają żal, ale i szacunek dla spóźnionej, bo spóźnionej, ale pryncypialnej decyzji Google. Dyskusja, choć nie w pełni swobodna, jest przejawem rodzącego się w Chinach społeczeństwa obywatelskiego.

Zapytałem kilku swoich studentów o opinię. Xie Linkan, student anglistyki o specjalizacji biznesowej, trochę się obraził zawartą w moim pytaniu niezamierzoną sugestią, że może nie wiedzieć o tym wydarzeniu:

„Przecież wiem, co się wokoło dzieje. Dowiedziałem się z internetu. To tutaj ważna wiadomość. Trudno mi uwierzyć, że Google mogłoby zostać w Chinach bez cenzury. Gdyby to tylko było możliwe!”

Z kolei Xia Chenhui, studentka handlu międzynarodowego, przyznaje, że choć w jej środowisku prym wiedzie Baidu, to żal jej będzie, jeśli – kiedy – Google zniknie z rynku:

„Wcześniej rzadko używałam Google, ale teraz postanowiłam sprawdzić i okazało się, że daje więcej możliwości! Baidu jest pełne reklam i wprowadzających w błąd linków.”

Rozmowa jest dość ostrożna. Podczas poprzedniego pobytu zostałem oficjalnie ostrzeżony, o czym ze studentami nie rozmawiać. Mam złe doświadczenia z poruszania tutaj „tematów drażliwych”, jak Tybet czy Tajwan. Dlatego kiedy czasem bywam pytany przez studentów, czemu nie mogą już korzystać z tak popularnych stron, jak Youtube czy Facebook, trudno mi odpowiedzieć wprost, że to wina przepełniającego władców w Pekinie strachu przed samodzielnym myśleniem poddanych.

Czas pokaże, czy decyzja Google przyspieszy, czy opóźni pozytywne zmiany w Chinach. I czy w ogóle będzie miała jakikolwiek wpływ.



Teraz Polska?

Chiny rosną w siłę, a ludzie żyją dostatniej, i nawet kryzys finansowy niewiele tu zmienił. Na portfele coraz liczniejszej klasy średniej chrapkę mają firmy nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.

Odkąd w końcu lat 70. zainicjowano reformy otwierające Chińską Republikę Ludową na świat, paranoicznie szczelne wcześniej granice przepuszczają coraz szerszą strugą pieniądze i towary z całego globu. Część produktów importowana jest wprost z zagranicy, inne wytwarzane są na miejscu na licencji, a wszystkie udowadniają niezbicie, że po okresie tragicznej w skutkach izolacji Chińczycy stali się obywatelami świata.

Na tej transakcji wszyscy zyskują. Zaufanie do zagranicznych marek jest ogromne. Po skandalu z zanieczyszczonym mlekiem w 2008 roku, kiedy to 300 tysięcy dzieci zachorowało, a sześcioro zmarło, wielu chińskich rodziców podejmuje wyprawy do Hongkongu, by kupić tam japońskie, holenderskie albo amerykańskie mieszanki dla niemowląt. Ale Chińczycy mają dostęp do produktów zachodnich także jako producenci. Transfer technologii i dobrych praktyk jest jednym z celów reform gospodarczych. Chińczycy uczą się po swojemu wykorzystywać cudzoziemskie technologie. Najlepszym dowodem nowe chińskie pociągi – wzorowane na japońskim Shinkansenie i francuskim TGV, ale od nich szybsze.

Firmy zachodnie z kolei uzyskały dostęp do olbrzymiego i wciąż rosnącego chińskiego rynku. Wszyscy chcą być dziś trybami w niezmordowanej maszynerii chińskiej gospodarki. Google, mający dość babrania rąk w oficjalnej rządowej cenzurze, jest wyjątkiem.

Ale korzyści są nie tylko finansowe. Ba, powiedziałbym wręcz, że dzisiejsze profity to kwestia drugorzędna. Walka o chińskiego klienta to coś więcej niż tylko walka o dostęp do jego portfela. To walka o przyszłość.

Zanim jednak szerzej o tym, garść przykładów zagranicznych marek i produktów, z jakimi na co dzień styka się Chińczyk:

Na ulicach widzi się amerykańskie, niemieckie i francuskie samochody, z centrach handlowych na wielkich plakatach lśnią szwajcarskie zegarki. Trudno wręcz zliczyć importowane kosmetyki i środki czystości. Marki znane także w Polski dostarczają chińskiemu klientowi wszystko, począwszy od luksusowych szamponów, przez przystępne cenowo pasty do zębów, po najtańsze płyny do mycia naczyń.

W sektorze napojów i słodyczy prym wiedzie rzecz jasna wszechobecna Coca-Cola. Chińczykom coraz bardziej smakuje także czekolada i czekoladki. Amerykańskie, belgijskie, szwajcarskie czy włoskie łakocie w lśniących opakowaniach trafiają przez oczy do żołądka i serca. Ceny nie są najniższe, ale przydaje to im tylko nimbu luksusu. Pośród zagranicznych ciastek furorę robią pudła duńskich herbatników.

Piwoszy rozczaruje słabość i ogólna nijakość lokalnych piw. Na szczęście z półek patrzą także etykiety Heinekena i Budweisera... niestety zachodni piwowarzy dostosowali się do chińskiego klienta i oferują „napoje piwne” o zmniejszonej w stosunku do oryginałów mocy. Za to puby w turystycznych dzielnicach oferują szeroki wybór belgijskich i niemieckich piw klasztornych.

Tu i ówdzie znaleźć można przyprawy Kotanyi, niemieckie ogórki konserwowe i takież kiełbasy. W domach handlowych swoje stoiska mają liczne zachodnie firmy odzieżowe, pośród producentów obuwia jest i czeska Bata. W największych miastach obecne są piekarnie francuskie. Sklepy z alkoholami oferują importowane koniaki i whisky.

Sprawy idą jeszcze dalej w autonomicznej byłej kolonii brytyjskiej – Hongkongu. Tu napić się można piw z najsłynniejszych browarów (a także np. z Trynidadu i Tobago), a ze stoisk z napojami wziąć oprócz nieśmiertelnej Coca-Coli serbskie soki owocowe.

A co z Polską?

Niestety, jesteśmy słabo widoczni. Kilka lat temu w Pekinie widziałem ryby w konserwach – puszeczka szprotek z Władysławowa kosztowała w przeliczeniu prawie dziesięć złotych. W Hongkongu trafić można na kosmetyki lesznowolskiej Eveline. No i jest wódka, nasz produkt eksportowy – butelka Wyborowej w pokazowym pudle kosztuje ok. 80 zł.

Robotę poniekąd odwala za nas Shineway, chiński potentat przetwórstwa mięsnego, od kilku lat produkujący Bolan kaochang, czyli... polską kiełbasę. Istotnie na tle egzotycznie przyprawianych chińskich wędlin ta, jak głosi angielski napis, „Poland style roasted sausage” smakuje zadziwiająco zwyczajnie, żeby nie rzec banalnie. Ale najważniejsze, że w ogóle jest.

Być może mamy tu więcej marek, ale nie rzucamy się w oczy. I w tym problem. Przecież właśnie teraz tworzy się nowoczesne chińskie społeczeństwo, w życie zawodowe wkraczają pokolenia zwrócone na świat. Młodzi ludzie, którzy dziś, kosztując szwajcarskich czekoladek, stosując francuskie kremy i wciągając amerykańskie dżinsy, stykają się bezpośrednio z niedostępnym dla pokolenia ich rodziców Zachodem, jutro będą biznesmenami, urzędnikami i turystami, którzy z tym Zachodem będą handlować, negocjować i doń podróżować. Dziś tworzą się pośród nich stereotypy, zarówno pozytywne i negatywne, które jutro będą się przekładać na wymierne korzyści i straty. A nas w tej grze nie ma.

Polska powinna kojarzyć im się z czymś, czym warto się zainteresować, co imponuje, daje radość. Nie produkujemy samochodów ani zegarków, ale słodycze, odzież oraz kosmetyki i owszem. Obecność naszych marek w Chinach wyrobiłaby nam samym markę kraju liczącego się i wartego poznania.

No i niechże ten Polak w chińskim supermarkecie poczuje trochę dumy na widok swojskiego produktu na stoisku z towarami importowanymi!



Na zdrowie

Po raz pierwszy na sugestywną literacką wizję Chin natknąłem się chyba w książce „Okrążmy świat raz jeszcze” Tadeusza Perkitnego i Leona Mroczkiewicza. Przeczytałem ją na długo zanim myśl o wyjeździe do Państwa Środka postała mi w głowie...

Ale choć Chiny były tylko krótkim epizodem wyprawy tych dwóch przedwojennych podróżników dookoła świata, pośród ich licznych działających na wyobraźnię relacji z dalekich stron jedną z najmocniejszych jest ta z Szanghaju. Razem zapuścili się w mroczne zaułki największego miasta ówczesnej Republiki Chińskiej. W tradycyjnej aptece ujrzeli liczne zwierzęta spreparowane na różne okrutne sposoby – ryby, koguty, szczury, gady, małpy... Ale największym skarbem aptekarza, panaceum na wszelkie choroby, najdroższym lekiem była zatopiona w słoju, odcięta w łokciu, na wpół zgniła... ręka człowiecza.

Apteki chińskie i dziś robią wrażenie, choć części ludzkiego ciała się w nich już nie uświadczy. Firm pamiętających cesarstwo nie ma już w Chinach wiele, ale te, które się ostały, służą dziś jako muzea farmakologii. I pozostawiają niezatarte wspomnienia. Niedawno odwiedziłem Hangzhou, dawną siedzibę dynastii Song, o której Marco Polo pisał, że „bez ochyby jest to najsławniejsze i najpiękniejsze miasto na świecie”. Istniejąca tam od XIX wieku apteka wciąż wytwarza i sprzedaje medykamenty, a za niewielką opłatą udostępnia turystom swoje wnętrze. Budynek jest obszerny i pełen korytarzy, w których unosi się mocny zapach ziołowych leków. Tradycyjny wystrój oszałamia egzotyczną ornamentyką i orientalnym przepychem. Gdybyż takich budynków zachowało się w Chinach więcej! W upajająco wonnym powietrzu, pośród pogrążonych w półmroku chińskich dekoracji można przez chwilę zapomnieć, że na zewnątrz kipi życie całkiem współczesnego miasta.

W tym zapominaniu pomagają eksponaty. Przez szkło można obejrzeć tradycyjne medyczne ingrediencje. Obok flory jest i fauna. Spreparowane chrząszcze, żaby, jeże, jaszczurki, węże, ryby leczą wiele codziennych i niecodziennych dolegliwości. Przed wprowadzeniem regulacji chroniących dzikie zwierzęta nietrudno było o leki także i z grubszego zwierza. Dla potwierdzenia w gablotach stoi szkielet małpy, wypchana sarenka niczym z kreskówki, a nawet... tygrys i niedźwiedź. Niestety, to wcale jeszcze nie zamierzchła przeszłość. Do dziś łupem kłusowników w Rosji padają niedźwiedzie, które są następnie przemycane do Chin właśnie na leki oraz na stoły bogaczy. Podobnie jest z tygrysami.

Codzienność życia w Chińskiej Republice Ludowej nie jest jednak wcale tak odległa od prastarej praktyki. Mimo popularności medycyny zachodniej (lekarze stosują tu antybiotyki w leczeniu szpitalnym dwukrotnie częściej niż zaleca WHO) tradycyjne receptury wciąż mają się dobrze.

Pierwsze wrażenie po wejściu do współczesnej chińskiej apteki jest takie, że przez pomyłkę weszliśmy do supermarketu. Wysokie i długie regały ciągną się w szeregach przez całą salę, zastawione kolorowymi pudełkami. Można spacerować swobodnie między nimi z koszykiem lub bez, choć na oku wszystko cały czas mają liczne ekspedientki, zawsze skore do podsunięcia żądanego leku. Mogą to być konwencjonalne środki zachodnie, kosztujące tu śmieszne pieniądze. Choćby pokaźna tubka maści z acyklovirem, lekiem antywirusowym stosowanym m.in. na opryszczkę, kosztuje w przeliczeniu kilkadziesiąt groszy! Antybiotyki? Nie dość, że kosztują po kilka złotych, to jeszcze nie trzeba na nie recept - wystarczy poprosić np. o kelinmeisu (klindamycynę), by ekspedientka bez zwłoki podała nam opakowanie.

Jeśli jednak ktoś nie ufa nowomodnym chemicznym lekom, są tu i niezliczone leki tradycyjne, dostępne w formach unowocześnionych i odwiecznych. Np. przeziębienie i związane z nim dolegliwości jak ręką odjął usuwa róg antylopy (sprawdziłem na sobie) w formie praktycznych tabletek. Można jednak też skorzystać z leków o tradycyjnej tak zawartości, jak formie.

I dlatego upiorny obraz tamtej przedwojennej szanghajskiej apteki wraca do mnie za każdym razem, gdy w dwudziestopierwszowiecznych Chinach potrzeba zmusza mnie do kupna lekarstw. Bo na tackach wciąż leżą tu takie medykamenty jak suszone koniki morskie czy rozgwiazdy, a w wielkich ozdobnych butlach marynują się w alkoholu nie tylko korzenie żeń-szenia, ale także całe, wzmagające siły i dające długowieczność węże i żółwie, wyglądające jak żywe i najpewniej żywcem tu wsadzone.

Czy naprawdę taka wysokoprocentowa „wężówka” albo „żółwiówka” odnosi deklarowany efekt? Bez względu na to, co może o tym sądzić zachodnia medycyna, siła sugestii wsparta tysiącletnim autorytetem tradycyjnej farmakologii ma tu swoją wagę. Co odzwierciedla cena tych leczniczych napitków, idąca w grube setki i tysiące.



Ostatnia droga

Dowiedziałem się od przyjaciela w Polsce esemesem o 15:55 czasu pekińskiego. Niebawem zaczęły przychodzić esemesy od moich chińskich studentów. Jeden, drugi, trzeci...

Pisali, że nie wiedzą, czy już słyszałem o katastrofie, choć przecież w dzisiejszej epoce nawet z drugiego końca świata można na bieżąco śledzić polskie portale internetowe, programy telewizyjne, czasopisma... Sami dowiedzieli się – jak to młodzież – przeważnie z internetu, ale chińska telewizja i gazety też relacjonowały tragedię w dalekiej Bolan. Pytali, kto teraz rządzi, kiedy będą nowe wybory, wyrażali żal i współczucie, wspominali żałobę narodową po trzęsieniu ziemi w Syczuanie w 2008 r. Na pierwszych lekcjach po czarnym weekendzie ten i ów podchodził nieśmiało, żeby powiedzieć, że jest mu przykro.

Ale to tyle. Śledząc relacje z Polski odczułem to samo odarcie, co pięć lat temu, gdy umarł Jan Paweł II. Odarcie ze wspólnego przeżycia, które będzie stanowić, ba, już stanowi element polskiej historii i wspólnoty. Wtedy też mieszkałem w Chinach i przeżywane przez rodaków emocje obserwowałem z niechcianym, wymuszonym, nienawistnym dystansem. Bo gdy w ojczyźnie świat na chwilę, a nawet kilka chwil stawał w miejscu, to tutaj, w Chinach, życie toczyło się jak zwykle. Jak gdyby nigdy nic.

Ale tym razem nie do końca. Tym razem nasza Wielkanoc zbiegła się w czasie z chińskim Świętem Zmarłych – Qingming. Święto Czystej Jasności, znane także jako Dzień Sprzątania Grobów, choć głęboko zakorzenione w kulturze, jeszcze niedawno uznawane było przez władze za zabobon. Dopiero w 2008 r. stało się świętem oficjalnym. W poniedziałek 5 kwietnia, gdy w Polsce urządzano śmigus-dyngus, Chińczycy oddawali hołd przodkom. Kampus przycichł, pod sklepami jaskrawiły się ozdoby pogrzebowe, sprzedawano papierowe ofiary, towarzyszące ulatującym duszom zmarłych.

10 kwietnia ta atmosfera prawie całkowicie ulotniła się już z chińskiej przestrzeni publicznej. Ale nie wszędzie. W niedzielę, gdy Polacy wciąż nie mogli znaleźć słów, by ogarnąć ogrom tragedii pod Smoleńskiem, zza okien mojego mieszkania dochodził ogłuszający huk na zmianę z irytującym trzaskiem. To petardy odstraszały zło krążące wokół duszy zmarłego.

W ojczyźnie prochu petardy to rzecz codzienna. Odpala się je przy byle okazji, a czasem bez okazji. Zaraz pierwszego wrześniowego poranka po przyjeździe na nogi poderwał nas huk tak porażający, że cała okolica w jednej chwili musiała zostać pozbawiona wszelkich duchów. Wyjrzałem za okno – w kłębach dymu i błyskach czerwonych sznurów petard wąską uliczką szła procesja w długich białych nakryciach głowy.

Tym razem do petard dołączyła i muzyka. Nieznośnie ponure melodie ryczały na przemian z ludowymi piosenkami. Idąc późnym popołudniem na konieczne zakupy zobaczyłem, że mała restauracyjka przy wjeździe na teren kampusu, w której bywało po kilku, czasem kilkunastu studentów, z mrocznej dziupli zmieniła się w barwną wystawę. Centralne miejsce zajmowała trumna z czarno-białym zdjęciem mężczyzny; obok leżały ofiary z owoców. Z ustawionych przed wejściem głośników dobiegała muzyka, wzdłuż muru naprzeciwko stały wielkie, srebrzyste i kolorowe koła na sztalugach z plastikowymi i papierowymi kwiatami, liśćmi, ozdobami, ideogramami; po chodniku walały się czerwone strzępy petard...

Zrozumiałem, że ktoś – najpewniej właściciel lub krewny właściciela restauracyjki – umarł i zgodnie z rytuałem ciało zostało wystawione na widok publiczny. Kiedy wracałem jakąś godzinę później, już po zachodzie słońca, z daleka usłyszałem obezwładniająco posępną muzykę. Wokół restauracyjki zebrał się tłum, głośniki aż trzęsły się w posadach, a obojętny mężczyzna w garniturze obsługiwał syntezator Yamaha. Pomyślałem, że elektroniczne dźwięki wypierają chyba tradycyjne zawodzenie krewnych... Ktoś miał na głowie długie białe nakrycie, dzieci tuż pod głośnikami zajadały arbuzy, a tłum zamiast dostojnej powagi przejawiał raczej życzliwe zainteresowanie. I dobrze – przecież ktoś, tłum ciekawskich albo gracze w madżonga, musi pilnować zwłok, póki nie nadejdzie pora, by przenieść je na cmentarne wzgórza.

Pośród tej kakofonii i jaskrawości trudno komuś wyrosłemu w naszej tradycji odnaleźć majestat śmierci. Ale on tam niezaprzeczalnie jest. Bo choć ostatnia droga w Polsce i Chinach wygląda i rozbrzmiewa inaczej, to jej kres jest wszędzie ten sam.



Chiny na ostro

Mówić o kuchni chińskiej to trochę jak mówić o kuchni europejskiej. Rozpiętość geograficzna, klimatyczna, kulturowa Państwa Środka oznacza, że granice regionów to także granice filozofii kulinarnych.

Moje pierwsze zetknięcie z prawdziwą kuchnią chińską nie było najszczęśliwsze. Piszę „prawdziwą”, bo potrawy uważane u nas za chińskie to często kiepskie namiastki pierwowzorów. O wiele podstawowych ingrediencji, przypraw, sosów i dodatków niezwykle u nas trudno. Nawet restauracje mieniące się „chińskimi” powinny często zwać się „pseudochińskimi”, bo oferowane w nich potrawy tak się miewają do oryginałów, jak ciepła kapusta wymieszana z kiełbasą do bigosu.

Wylądowałem otóż w południowej prowincji Guangdong, ostoi kuchni kantońskiej. Dla niezorientowanych – kuchnia ta nie gardzi chyba żadnymi wyobrażalnymi składnikami i zestawieniami smaków. Jest zarazem chyba najlepiej znaną z chińskich kuchni na świecie, a to dzięki przeszłości Kantonu jako bramy Chin na świat oraz emigrantom z tego regionu osiedlającym się na Zachodzie. Na dodatek pierwsze skrzypce (czy może raczej bardziej z chińska „pierwszą pi-pę”) grają w niej owoce morza, za którymi nigdy nie przepadałem. Efekt – pełen zaskakujących zwrotów akcji i mocnych wrażeń serial tragikomiczny z grającymi marsza kiszkami zamiast ścieżki dźwiękowej.

Szczęśliwie potem trafiłem do położonej dalej na północ prowincji Hunan. Tu urodził się, wykształcił i wyrósł na rewolucjonistę sam Mao Zedong. Nawet jako późniejszy władca Chin Ludowych lubił czasem wracać do hong shao rou, czyli hunańskiej tłustej wieprzowiny na ostro. Miałem przyjemność skosztować tej potrawy. Stanowi ona jeden z licznych dowodów na to, że Chińczycy potrafią nawet słoninę przyrządzić tak, że ślinka cieknie. A jeszcze gdy tłuste grudy przeniknięte pasemkami kruchego mięsa pływają w oleistym sosie pełnym krążków ostrej jak brzytwa papryki czili, to żyć nie umierać...

Ale śmierć zdaje się krążyć wokół stolika, i to bynajmniej nie z powodu końskiej dawki cholesterolu. Kuchnia hunańska bowiem – podobnie jak syczuańska – słynie z ostrości. A jest to ostrość pełną gębą. I to dosłownie. Papryka, która zawitała do Chin jakieś trzysta lat temu, podbiła serca Hunańczyków. Towarzyszą jej liczne inne przyprawy, spośród których wyróżnia się huajiao: pieprz syczuański, słynący z przedziwnego, uporczywego, kwaskowo-drętwiącego smaku.

I co z tego, powie czytelnik-amator ostrej musztardy, chrzanu i pizzy „meksykańskiej”. Cóż dziwnego w ostrych przyprawach? Ano ich powszechność i natężenie. Ostrą paprykę kupuje się tutaj prawie jak u nas ziemniaki – jest nie tyle przyprawą, co wręcz podstawą wyżywienia. Kawałki czerwonych i zielonych papryczek, okraszone czasem czarną grudką huajiao, straszą tu na każdym zastawionym potrawami stole. Z ulicznych obwoźnych jadłodajni ciągną kłęby gryzącego dymu. W porze obiadowej wyziewy kuchenne zatykają dech w piersiach. A kiedy trzeba wbić pałeczki w apetycznie wyglądające potrawy, warto mieć pod ręką dobrze schłodzone piwo – lub, bardziej po chińsku, herbatę chryzantemową.

Pierwszy kęs nie jest taki straszny. Czili to nie pieprz czarny, który zaczyna piec szybko i równie szybko przestaje; jest bardziej podstępne. Nie pomoże omijanie jaskrawych krążków – jad przenika tłuste sosy i wszystkie składniki potraw. Zrazu daje o sobie znać całkiem interesującym, rozgrzewającym odczuciem. Ale już przy drugim, trzecim kęsie odrzuca pozory i atakuje bez zmiłowania. Wargi zaczynają mrowić, w ustach szaleje pożar. Potem nadpobudliwe mrówki nawiedzają nos. Zaatakowaniu ulegają okolice ust. Twarz zdaje się płonąć, od żołądka promieniuje ciepło. W skrajnych przypadkach fale gorąca rozlewają się po klatce piersiowej. Wraz z przyspieszeniem akcji serca zwalniamy tempo jedzenia, ale nawet zaniechanie konsumpcji nic już nie pomoże. Czekają nas długie minuty walki o życie z przyprawiającym o siódme poty paleniem górnej połowy ciała przy pomocy butelki zimnego piwa w jednej ręce i paczki chusteczek higienicznych w drugiej...

Dla wielu Chińczyków zdolność do wytrzymania starcia z połączonymi siłami czili i huajiao to kwestia nieomal honorowa. Istnieją lokale specjalizujące się w arcyostrej kuchni, do których chodzi śmietanka chińskich smakoszy, dostępująca w ten sposób swoistej nobilitacji.

Jest w tym coś z masochizmu i z uzależnienia. Dreszcz ekscytacji przed skosztowaniem nowej ostrej potrawy, strach o kubki smakowe, walka z własną słabością, tryumf po zmożeniu ostatniego czerwonego krążka, obietnica, że nigdy więcej, a potem niecierpliwe oczekiwanie na kolejny raz – amatorzy sportów ekstremalnych wiedzą, o czym mówię.



Impreza EXPOrtowa

Ostatni piątek kwietnia był pierwszym dniem mającego trwać sześć miesięcy EXPO w Szanghaju. Po raz pierwszy liczącą 159 lat imprezę organizuje kraj rozwijający się. Wystawy 189 krajów i 57 organizacji ma odwiedzić co najmniej 70 milionów osób. Tyle liczby.

Cel jest jeden – pokazać się. „Proszę sobie wyobrazić, co pomyśleliby sobie Chińczycy, gdyby nas tu nie było”, powiedział BBC pewien australijski dyplomata. Trafił w sedno. Trudno o bardziej banalne stwierdzenie niż to, że obecność na rynku i w świadomości rodzącego się supermocarstwa to dzisiaj nieomal imperatyw dla krajów i przedsiębiorstw. Ignorowanie Chin to więcej niż błąd – to bojkot, prowokacja, wypowiedzenie wojny. Przyciągające wzrok, pełne atrakcji pawilony mają udowodnić, że wszystkim zależy na zwróceniu na siebie uwagi Chińczyków. To w końcu oni stanowić mają 95% odwiedzających.

Ale pokazać się chcą także i same Chiny. Ba – przede wszystkim Chiny. Impreza ma dowieść, że Państwo Środka czuje się pewnie na arenie międzynarodowej i w światowej gospodarce.

W świetle tego wszystkiego pewnym rozczarowaniem jest fakt, że na razie największym powodzeniem wśród odwiedzających cieszy się pawilon... chiński. Bardziej od obcych krajów interesuje Chińczyków to, czy ich kultura zalśni wystarczająco mocnym blaskiem. A zatem Chińczycy będący na miejscu od zgłębiania prezentacji obcych krajów wolą zapoznawać się z własną, obcokrajowcy zaś w przeważającej mierze zapoznają się z Expo za pośrednictwem mediów, nie mogących z oczywistych względów przekazać wszystkiego, co impreza ma do zaoferowania.

A zresztą może to i dobrze? Bo nie wszystko idzie tak gładko, jak chcieliby organizatorzy.

Przede wszystkim na razie zawodzi frekwencja. Pomimo nowoczesnego blichtru władze wciąż zdają się działać zgodnie z przekonaniem, że jak za starych dobrych czasów wystarczy coś zadekretować i ogłosić, by korne społeczeństwo gremialnie ruszyło wypełniać plan. Tymczasem z pół miliona biletów na otwarcie, które według organizatorów rozeszły się jak świeże bułeczki (czy raczej „stuletnie jaja”), wykorzystanych zostało zaledwie 207 tysięcy. Przypominają się pustki na widowniach podczas Igrzysk w Pekinie w 2008 roku, gdzie również cały naród miał ruszyć z radością wypełniać patriotyczny obowiązek. Wygląda na to, że władza wierzy we własną propagandę „chińskiej duszy”, choć rosnący poziom życia i przemiany społeczne już od dłuższego czasu przekładają się na coraz wyraźniejszą indywidualizację obywateli, którzy kierują się przede wszystkim własną, nie narodową korzyścią. I boi się, że coś może zburzyć ten budowany pieczołowicie wizerunek.

W weekend miałem okazję odwiedzić Hongkong i porównać informacje o Expo w anglojęzycznych mediach chińskich i hongkońskich. Te ostatnie, choć Hongkong już w 1997 r. „wrócił do macierzy”, pozostają wciąż w dużej mierze niezależne od oficjalnej polityki medialnej rządu. I tak, gdy rządowy dziennik China Daily przytaczał bombastyczne opinie chińskich komentatorów o szansie, jaką Expo stanowi nie tylko dla Chin, ale i całego świata, hongkoński South China Morning Post cytował mieszkańców Szanghaju znużonych wszechobecną propagandą. Gdy rządowe media informowały o pełnych entuzjazmu rzeszach odwiedzających, hongkońscy dziennikarze pisali o 15 procentach mieszkańców skwapliwie korzystających z wydłużonego weekendu by opuścić miasto na czas pierwszych dni wystawy. Gdy oficjalne doniesienia podkreślały korzyści rozwojowe dla Szanghaju i całych Chin, artykuły w bardziej niezależnej prasie przytaczały wypowiedzi szanghajczyków mających powyżej uszu prac budowlanych i obostrzeń zmieniających życie w mieście w pasmo utrudnień, oraz kwestionujących sensowność gargantuicznych wydatków (na organizację Expo wydano więcej niż na Igrzyska) w sytuacji, gdy wiele biednych i dotkniętych klęskami żywiołowymi rejonów kraju wymaga wsparcia.

Ale najlepiej strach Pekinu przed rysami na wymarzonym wizerunku „doskonałej organizacji imprezy” widać było w relacjach telewizyjnych. Gdy rządowy kanał anglojęzyczny CCTV 9 informował w kółko wyłącznie o tym, jak to prezydent Hu Jintao wita szanowne delegacje, a Chińczycy grzecznie stoją w kolejkach, któraś z telewizji hongkońskich pokazała brutalne przepychanki i awantury w usiłującym zdobyć bilety tłumie. I nie chodzi tyle o same te incydenty, które przecież zdarzyć się mogą wszędzie, co o styl myślenia i działania rządu oraz kontrolowanych przezeń mediów – wciąż pełnych przemilczeń, półprawd i zamaskowanych kłamstw.

Igrzyska miały oszołomić świat. I tak się stało, ale towarzyszące im wydarzenia – od poważnych, jak bezpardonowe stłumienie protestów w Tybecie, po drobniejsze, jak zastąpienie ładnie śpiewającej, ale nie dość ładnie wyglądającej dziewczynki inną, urodziwszą, a więc bardziej pasującą do olśniewającej ceremonii otwarcia – pozostawiły niesmak. Póki Pekin nie wyleczy się z obsesji „utraty twarzy”, póty nawet największe sukcesy okupywać będzie podejrzanym smrodkiem.



Spacer po parku

Pchający dziecięce wózki rodzice, hasające po trawnikach psiaki, relaksujący się na ławeczkach piwosze... tego w chińskich parkach się nie uświadczy. Jeśli więc nie to, to co?

Chińskie parki to coś więcej, niż namiastka natury w centrum miasta, szansa na spacer w cieniu drzew z dala od ruchu ulicznego. To labirynty, muzea i ośrodki kultury w jednym.

Jakieś pojęcie o chińskiej sztuce ogrodowej dać mogą zabytkowe parki w stylu angielskim. Anglicy nie tylko jak Chińczycy opierali się na idei imitacji natury, ale także wyposażali swoje parki  w otwarcie dalekowschodnie elementy. Stąd widoczne na przykład w parkach w Pszczynie, Żywcu czy czeskiej Karvinie uwypuklone piękno kontrolowanego chaosu pozornie bezładnych grup drzew, wijących się ścieżek i kanałów, bywa urozmaicane altanami czy bramami w stylu chińskim.  Charakterystycznie wygięte ku górze krawędzie dachów i okapów tych ostatnich pozwalają przenieść się myślą do czasów sprzed stuleci, gdy ówczesne odpowiedniki etykiet „made in China” kojarzyły się z luksusem i tajemnicą Orientu, a klasy wyższe żyły modą na chinoiserie.

W parkach na chińskiej ziemi styl ten jest rzecz jasna jeszcze dobitniejszy. Odwiedzających wita zazwyczaj imponująca brama z ciężkim wielospadowym okapem o lśniących kolorowych dachówkach, na której podczas świąt zawiesza się czerwono-złote lampiony. Za nią rozciąga się istny labirynt alejek i schodków, wiodących ku różnym atrakcjom. Należą do nich przewiewne altanki, gdzie można podziwiać dzieło architektów krajobrazu, porozmawiać na ławeczkach lub zapalić papierosa. Bywają też i źródełka, bijące spod skał siłami natury lub pompy elektrycznej, świątynki i pawilony widokowe, w których oknach zamiast szyb tkwią tradycyjne kratownice. Jeśli park ma dłuższą historię, tabliczki – często także w języku angielskim – informują o dziejach okolicy i dokonaniach związanych z nią sławnych osobistości.

Alejki ciągną się wzdłuż strumyczków i rzeczek, czasem przeskakując je śmiałym łukiem mostów. Te ostatnie to niekiedy tylko kilka wystających nieco ponad wodę kamieni. Koryta uformowane są tak, by nawet mała strużka szemrała jak najgłośniej. Bywa, że rzeczki te spływają do jeziora, po którym płyną łódki lub nad którym siedzą wędkarze. Poukrywane pośród drzew lub rozłożone nad brzegami restauracyjki pozwalają posiedzieć, pojeść i pograć w karty lub madżonga.

Przeważająca część terytorium Chin to góry – widać to i w parkach. Na wzgórza, naturalne i sztuczne, wejść można wygodnymi schodami lub dróżkami wyłożonymi kamieniami. Głazy urozmaicają także trawniki i zbocza pagórków. Często są one sztuczne, co ujawnia się w nocy, gdy od środka podświetlają je lampki. Podświetlana jest też flora – soczyście zielonym naturalnym bambusom czy kamforowcom towarzyszą drzewka plastikowe. Efektem jest istna feeria barw, która zrazu może zdawać się kiczem, ale ów szybko przestaje przeszkadzać – krajobraz jest tak bajecznie kolorowy, że aż uroczy.

Sieć ścieżek, dróżek i alejek jest tak gęsta, że zwiedzenie wszystkich zakątków zabiera dużo więcej czasu, niż sądziłoby się na pierwszy rzut oka. Zarazem jest poprowadzona tak przemyślnie, że nigdy, nawet gdy parki pękają w szwach, nie trzeba spacerować w tłumie. Każdy metr kwadratowy powierzchni wykorzystany jest z głową, i nie ma bocznej odnogi, która by nie kusiła do zapuszczenia się w nią przy kolejnym spacerze. W ten sposób trudno znudzić się takim parkiem – zawsze pozostaje tu coś do odkrycia.

Nic zatem dziwnego, że tak przyjemnych okolicznościach przyrody nie brakuje amatorów parkowego wypoczynku. A jest to wypoczynek aktywny; oczywiście aktywny w stylu chińskim. Jedni robią wymachy ramion, inni rozciągają mięśnie oparci o ławeczki, inni wreszcie truchtają – tyle, że do tyłu. Jedni pod bambusami wykonują powolne, precyzyjne ruchy tai-chi, inni klepią się po kolanach i strzepują dłonie, wytrząsając złą energię. Jeszcze inni stoją bez ruchu, koncentrując się nie wiedzieć na czym, lub w tradycyjnych strojach machają równie tradycyjnymi mieczami. Niektórzy ćwiczą talenty muzyczne, racząc otoczenie dźwiękami płynącymi ze strun głosowych lub tradycyjnych instrumentów. Ktoś wreszcie – a raczej ktosie, bo zwykle jest to kilkunasto lub kilkudziesięcioowobowa grupa kobiet, rzadziej mężczyzn – tańczy lub ćwiczy razem do wtóru muzyki.

Nikt nie włazi sobie w drogę; wszyscy się widzą i słyszą, ale każdy znajduje w parku zakątek dla siebie. Jeśli jeszcze po niebie szybują latawce, to czyż jest lepsze miejsce, by siąść, odpocząć i rozkoszować się chwilą?



Wystawianie języka

„Przepraszam, ale słabo mówię po angielsku”. Czy to wyznanie zagadniętego przechodnia? Kasjerki? Taksówkarza? Nie – to słowa studentki biorącej udział w konkursie językowym.

Chińczycy chcą nie tylko uczyć się od świata, ale także uczyć ten świat o sobie, a do tego trzeba znać angielski. Zapotrzebowanie jest tak duże, że szkoły i uczelnie nie stronią od zatrudniania nauczycieli nie tylko amerykańskiej, brytyjskiej czy australijskiej narodowości. Gdyby nie to, nie byłoby mnie tutaj.

W TV furorę robi Crazy English, program, w którym Chińczycy wyrzucają z siebie mowę Szekspira z prędkością i hałasem karabinu maszynowego. Podręczniki, samouczki, elektroniczni tłumacze to codzienność wielu młodych ludzi. Proces wciąż trwa i natknąć się na sprawnie posługujących się angielszczyzną Chińczyków nie jest łatwo, w przeciwieństwie do porażających błędami tekstów informacyjnych, ale z roku na rok tych pierwszych jest więcej, tych drugich zaś mniej.

Umiejętności dowieść można na konkursach studenckich. Organizuje się je na różnych szczeblach – w ramach wydziału, szkoły czy kilku uczelni. Miałem niedawno okazję przyjrzeć się paru takim imprezom. Na jednej dziewięciu uczestników prezentowało się kilkudziesięcioosobowej widowni, na drugiej i trzeciej – dwudziestu jeden kilkusetosobowej. Każdy z uczestników poza imieniem i nazwiskiem przedstawiał się mottem. A te były inspirujące: „Jeśli życie cię kopie, spraw, by kopało cię do przodu!”, „Przemawiam, olśniewam, spójrz na mnie i zadziw się!”, „Jedno dzisiaj warte jest dwóch jutr”, „Niczego nie szukam, niczego nie znajduję, i dlatego tu jestem!”, „Każdy pies ma swój dzień – dziś jest mój dzień!”, „Muszę, chcę, i dam radę!!!”

Im wyżej w hierarchii, tym bardziej sformalizowane są to imprezy. Przemówienia na zadany temat, jedno podobne do drugiego, rutynowe pytania, te same procedury... Im jednak niżej, tym ciekawiej.

Przemówienia ujawniają sposób myślenia młodych Chińczyków o sobie i świecie. A może raczej ujawniają ich przekonanie, jaki sposób myślenia zrobi najlepsze wrażenie na sędziach i publiczności? W każdym razie dominuje jedna postawa wobec rzeczywistości - wystarczy chcieć, a wszystko się uda! Ten entuzjazm zrazu imponuje, a potem martwi. Bo czy naprawdę wszystko w życiu można osiągnąć samymi dobrymi chęciami i ciężką pracą? Gdzie miejsce na plan B, gdzie strategia radzenia sobie z porażką? W ramach pytań sędziowskich podsuwam taką myśl temu i owemu uczestnikowi, ale nadaremno - słyszę tylko więcej argumentów o konieczności podążania bez wytchnienia za marzeniami, bo przecież wystarczy porządnie się przyłożyć, by osiągnąć zamierzony cel. Pozostaje szczerze życzyć powodzenia.

Chińczycy nie mają zupełnie poczucia „obciachu” w dziedzinie śpiewu. Gdy statystyczny Polak dostaje gęsiej skórki na myśl o zaśpiewaniu czegoś publicznie, Chińczycy bez skrupułów ćwiczą struny głosowe w autobusie, na ulicy czy dworcu. Uczestnicy konkursów nie są wyjątkiem. Mikrofon w dłoń, i już widownia słucha jednej piosenki za drugą. Większość śpiewa przy muzyce z komputera, ale jedna dziewczyna siada na krześle z gitarą niczym Eric Clapton.

Kolejna konkurencja – odgrywanie scenek z filmów. Disneyowska komedia rodzinna w interpretacji chińskich studentów staje się autentycznie zabawna. Robi się jeszcze śmieszniej, gdy para uczestników wciela się w Kate Winslet i Leonardo DiCaprio. Projektor wyświetla niemą wersję niezwykle tu popularnego Titanika, a uczestnicy dbając bardziej o tempo niż intonację odczytują napisy, dzielnie znosząc psikusy płatane przez odtwarzacz. W miarę narastania stężenia romantyczności na ekranie rośnie i napięcie na widowni... Niestety, scena, gdy Kate i Leo już-już mają się pocałować, okazuje się ostatnią, co widownia przyjmuje nieledwie buczeniem i gwizdami.

Atmosfera staje się cięższa, gdy do akcji znów wkraczają sędziowie. Czym innym jest odegrać przygotowaną scenkę czy zaśpiewać ulubioną piosenkę, czym innym odpowiedzieć na podchwytliwe pytanie. No bo jak tu z miejsca i z głowy wygłosić minutowe przemówienie na temat: Mowa jest srebrem, a milczenie złotem; czy mowa też może być złotem? Zaskoczony uczestnik jąka się, powtarza w kółko jedno zdanie, ale powstrzymuje się od wystawienia języka (co oznacza tu zakłopotanie). Następna uczestniczka, zapytana przez inną jurorkę, co uznaje za swą największą słabość, a co za zaletę, traci wątek, wystawia język, a wreszcie wyznaje, że zbyt słabo mówi po angielsku. Wracamy do sędzi numer jeden. Ta przeprasza pierwszego uczestnika za sprawienie mu kłopotu i zadaje pytanie kolejnemu nieszczęśnikowi: czy miłość w internecie to zagrożenie dla miłości prawdziwej? Wyjaśnianie, czym jest cyberlove trwa dłużej, niż samo przemówienie...

Imprezę wieńczy guzheng, na którym studentka gra niepokojącą melodię. Ten antyczny instrument strunowy można podziwiać np. w filmie Trzy Królestwa, gdzie bohaterowie grają na nim brawurowy duet. Nagle opleciona kablami sala w sercu roztrąbionego klaksonami miasta przenosi nas muzycznie do czasów, gdy o angielszczyźnie w Państwie Środka nikt nie słyszał. Ale, cytując jeszcze jedno motto, przyświecające niepełnosprawnemu uczestnikowi podpierającemu się bambusowym kijem, „Przeszłości nie da się zmienić, ale przyszłość tak!”



Lato, lato wszędzie

Gdy słońce sięga zenitu, a upały 35 stopni, najlepiej byłoby wyjechać na Islandię. Dla całej populacji Chin nie starczyłoby tam jednak pewnie metrów kwadratowych. Co więc robić?

Jeśli spojrzeć w kalendarz, jest jeszcze wiosna, ale i żar lejący się z nieba, i zmiana dekoracji w supermarketach nie pozwala mieć wątpliwości, że zaczęło się lato. I to zaczęło nie dając mieszkańcom prowincji Hunan wiele czasu na przygotowanie. Drastyczne zmiany temperatury to tutaj norma – jeszcze parę tygodni temu do rzadkości nie należały skoki z 10 do 25 stopni z dnia na dzień. Teraz wygląda na to, że trzydziestostopniowe upały zaległy nad miastem na dobre i nawet, jeśli pada deszcz, to zamiast ochłody przynosi duszną parność.

Odwieczna chińska mądrość mówi w takiej sytuacji – otwórz parasol. Absurdalnie kolorowe parasolki, które kłuły w oczy podczas mokrej zimy, teraz ukazują swoje prawdziwe przeznaczenie, ukryte w źródłosłowie polskiej nazwy, sięgającym włoskiego para sole – „przeciw słońcu”. Większość chroniących się w ten sposób przed żarem to kobiety. W połączeniu z popularnością wybielających kremów i maseczek, które zapełniają półki supermarketów i drogerii, staje się jasne, że prócz prozaicznej troski o nieprzegrzanie organizmu przyświeca im cel czysto estetyczny – uniknięcie opalenizny. Rzeczywiście – smagła cera to znak spędzania czasu na polu, i to dosłownie, a przecież Chiny starają się czym prędzej uciec od swej rolniczej przeszłości.

Część mężczyzn także nie stroni od kolorowych parasolek, ale gdzieś swoje machismo muszą zaznaczyć i pewnie dlatego nie zmieniają długich spodni na krótkie. Te ostatnie nosi głównie młodzież, a i to nieczęsto. Dominują dżinsy i wyroby dżinsopodobne, dresy, bojówki. Podobnie jest z obuwiem: sandałów prawie się tu nie widuje, jest trochę klapek i japonek, część kobiet nosi zadziwiająco misterne plątaniny paseczków na obcasie, ale ogólnie dominują adidasy, nieśmiertelne trampki, oraz skórzane – lub skóropodobne – buty stosowne raczej na garniturowe spotkanie w dobrze wentylowanym biurze, niż na wyjście do sklepu w środku upalnego dnia. Ba, nawet przy trzydziestu stopniach wielu nie zdejmuje marynarek, kurtek, a wręcz bluz i sweterków! Takie zachowanie ma sens, gdy temperatury przekraczają ciepłotę ciała i trzeba odizolować się od otoczenia, ale widok kurtki przy zaledwie trzydziestu stopniach nie jest tutaj niestety nigdy fatamorganą. Mirażem nie są też odsłaniane przez mężczyzn spocone brzuchy, kontrproduktywnie wachlowane podwiniętym sweterkiem.

Z pomocą zgrzanym przychodzi technika. Słynne chińskie wachlarze, symbol tajemniczości Orientu, za którymi kryły się pokryte makijażem oblicza, zastępowane są wytworami nowoczesnej techniki, począwszy od miniwiatraczków na baterie – stosowanych do wywoływania złudzenia chłodu na twarzy tak w szkolnej klasie, jak na górskim szlaku – przez wentylatory, aż po klimatyzatory. Te ostatnie dwa typy urządzeń zastąpiły jeszcze nie tak dawno obecne na sklepowych stoiskach grzejniki i zachęcająco dmuchają na zakupowiczów ile wlezie.

Ale i przed wynalezieniem elektryczności ludzie chłodzili się jak mogli. Na przykład w nocy, gdy nie było jak się wachlować, potrafiono zadbać, by samo łóżko nie nasiąkało potem zmordowanego śpiącego. Ta tradycja cieszy się popularnością do dziś. Stąd dziesiątki, jeśli nie setki wystawionych na sprzedaż modeli prześcieradeł i poszewek na poduszki – kołdry są rzecz jasna bardzo niemile widziane – wykonanych z włókiennych plecionek, źdźbeł mocno pachnących sianem, drewnianych patyczków, a nawet deszczułek. Pierwszą noc na takiej bambusowej pościeli przypłaca się czerwonymi wzorkami i pręgami na ciele, ale wnet docenia się jej przewiewność i chłód.

Na koniec, można poratować się jedzeniem. Arbuzy, rambutany, liczi i inne soczyste, by nie powiedzieć wodniste owoce przygniatają stragany i stoiska, w górach zaś uczynni straganiarze sprzedają w roli orzeźwiającej przekąski świeże ogórki. No i, jak na prowincję słynną z ostrych potraw, jest jeszcze pikantne jedzenie – palony od środka konsument nie tylko zaczyna się gwałtownie pocić, a więc oddawać w ten sposób ciepło, ale i upał wokół zdaje mu się nagle dziecinną igraszką.



Obyś cudzy naród uczył

Angliści przybywają do Chin z kontraktami jasno określającymi dni i godziny lekcji. Szybko się jednak okazuje, że praca jest całodobowa i całotygodniowa. A na dodatek uczymy nie tylko angielskiego!

Nauczyciel to tutaj więcej niż tylko specjalista od określonej dziedziny wiedzy. To człowiek doświadczony, mentor, wręcz mędrzec, do którego udać się można z każdy problemem. A jeszcze jeśli jest to obcokrajowiec, otoczony nimbem egzotyki wytworzonym przez hollywoodzkie filmy i angielskie książki, to można się do niego zwracać ze wszystkim.

Indagacje o gramatykę czy wymowę nie dziwią mnie, wręcz się ich spodziewam. Na powtarzane do znudzenia pytanie „Jak poprawić mój angielski?” jestem już w stanie odpowiedzieć wyrwany ze snu w środku nocy. Trudno mi jednak ukryć zdziwienie, gdy studenci szukają u mnie pomocy w takich kwestiach egzystencjalnych jak np. co robić po zakończeniu szkoły, jak poradzić sobie psychicznie z odrzuceniem wniosku o wizę na wyjazd do Anglii, albo wręcz gdzie znaleźć swoją drugą połówkę...

Ucieczka z klasy i uczelni na miasto nie rozwiązuje problemu. Chińczycy zwykle nie mają żadnych oporów, by nawiązać rozmowę z obcym człowiekiem. Na domiar złego zastraszające ilości młodych ludzi traktują obecność waiguorena – obcokrajowca – jako szansę na popisanie się angielszczyzną przed nim, a przynajmniej przed kolegami.

Ten drugi przypadek objawia się werbalnymi napaściami w formie uprzykrzonego Hello! rzucanego w moim kierunku na chodniku, w autobusie, na przejściu dla pieszych czy w sklepie. Pojedynczym delikwentom można odpowiadać, ale w przypadku grupek lepszą strategią jest ignorowanie, bowiem odpowiedź przeważnie witana jest rechotem. Można też odpowiedzieć po chińsku: tradycyjne pozdrowienie Ni hao! często działa najlepiej, jako realizacja prostej zasady wet za wet.

Czasem jednak na tym się nie kończy. Pół biedy sympatyczne Welcome to China – witaj w Chinach – ale gorzej, jeśli wywiązuje się rozmowa. Piszę „gorzej”, bo rozmówcom często się zdaje, że waiguoren to darmowa maszynka do rozmawiania, wprawiana w ruch rzeczonym Hello!

Obcokrajowiec może więc czytać książkę w autobusie, drzemać w pociągu albo stać w kolejce – co z tego? Niech gada! A raczej słucha, bo młodzi ludzie inicjujący rozmowę często radośnie wygłaszają swoje z dawna przygotowane kwestie, nie poświęcając większej uwagi odpowiedziom cudzoziemca. W ramach zaś przedstawiania swoich referencji napomykają, że znają osobiście wielu obcokrajowców, i już wyciągają komórkę, by zapisać numer kolejnego.

Ochota do rozmowy bywa tak duża, że skłania do bardziej asertywnych działań. Jadąc kiedyś nocnym pociągiem do Kantonu zauważyłem przyglądającego mi się młodzieńca. Kontakt wzrokowy dał mu impuls do działania – przecisnął się przez tłum, poprosił siedzącego obok mnie mężczyznę o zamianę miejsc i przysiadłszy się od razu zaczął zwyczajową litanię: czy to twój pierwszy raz w Chinach, co tu robisz, skąd jesteś. Odpowiadałem standardowo, dopóki nie zrobiło się na tyle późno, że można było wykręcić się potrzebą drzemki.

Będąc końcem maja w leżącym w górach zachodniego Hunanu miasteczku Dehang, słynącym z krasowych szczytów i zamieszkującego je ludu Miao, zostałem zagadnięty przez dwie dziewczyny również odbywające tam wycieczkę krajoznawczą. Rozmowa byłaby ciekawa, gdyby nie to, że do autobusu zostało mi kwadrans, a chciałem jeszcze zaopatrzyć się w kilka pamiątek. Dziewczyny były moim pośpiechem bardzo zdziwione...

Azylu nie oferuje nawet dom. Wprawdzie na pytania o numer QQ – chińskiego odpowiednika Gadu Gadu – zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie korzystam z komunikatorów internetowych, ale temu i owemu zdradziłem swój numer telefonu i adres e-mail. Efekt? Esemesy, e-maile i telefony dotyczące wszystkiego, począwszy od troski o moje samopoczucie, przez pytania o hobby, po zwierzenia z ciężkiej doli studenta. Najgorsze są zaproszenia na spotkania, zwykle wystosowywane wieczorami i w weekendy – kiedy każdy rozsądny człowiek oraz student powinien myśleć tylko o odpoczynku po ciężkim dniu/tygodniu – albo wręcz w ostatniej chwili przez rzeczonym spotkaniem.

Rozmowy z młodymi Chińczykami potrafią być bardzo przyjemne i interesujące – sam nie tylko od nich nie stronię, ale wręcz sam je inicjuję, nie tylko w klasie, ale i poza nią. Problem tylko we właściwym czasie i miejscu. Jako nauczyciel nie tylko angielskiego, ale i życia, powinienem chyba więcej uwagi poświęcić tłumaczeniu, że waiguoren to nie automat konwersacyjny, a żywy człowiek.



Kobiety na budowy!

Błotnisty plac budowy, niknące w brunatnej ziemi ocembrowania, daszki osłaniające od bezlitosnego słońca, ryk generatorów prądu... a pośród tego wszystkiego kobiety z łopatami. I tylko one!

Taki widoczek mam przyjemność oglądać w drodze na przystanek. Miasto w ostatnich miesiącach na gwałt zmienia image – ponoć władze lokalne ambitnie planują w dłuższej perspektywie spróbować odebrać Changshy pozycję stolicy prowincji. Przy głównych ulicach sadzone są więc szpalery drzewek, stare mury padają w gruzy pod naporem maszyn budowlanych lub kilofów, nowe wznoszone są w objęciach bambusowych rusztowań. A sporą część siły roboczej stanowią kobiety.

Na pierwszy rzut oka równouprawnienie w Chinach jest faktem. Prócz hasła "Kobiety na budowy!" realizowane jest także "Kobiety na autobusy!" Na widok kobiet za kierownicą nie przygotowała mnie komunikacja miejska w rodzinnym Bielsku-Białej, ale zjawisko to opatrzyło mi się w Chinach. Wrażenie mocnej reprezentacji płci pięknej nie tylko w miejscach kojarzonych z pracą fizyczną, ale także perspektywami na przyszłość odniosłem dzięki pracy na uczelni wyższej. W liczących około 50 osób grupach studiujących „angielski w biznesie” dziewczęta stanowią jakieś 90 procent stanu, zaś na kierunku „handel międzynarodowy” proporcje są idealne, bo bliskie pół na pół. Jeśli do tego dojdzie fakt, że w sklepach klienta obsługują głównie kobiety, szpitalne korytarze patrolują przeważnie kobiety, a w bankowych okienkach też większość stanowią kobiety, to trudno o konstatację inną niż ta, że od czasów, gdy krępowanie stóp oznaczało dla Chinek wegetację w domu na łasce męża, zmieniło się wszystko.

Władze zdają sobie sprawę ze znaczenia kobiet. I to przynajmniej od czasów Mao. Wprawdzie już rządy narodowców po 1912 r. zaczęły proces wdrażania równouprawnienia, włącznie z zakazem krępowania stóp, ale to komunistom trzeba oddać, że po proklamacji republiki ludowej w 1949 r. ostatecznie położyli kres starym tradycjom aranżowania małżeństw i wielożeństwa oraz ułatwili branie rozwodów. Mao potrzebował entuzjastycznych aktywistów, a kobiety, dotąd bezskutecznie pragnące samodzielności i wpływu, idealnie się do tej roli nadawały. Dziś konstytucja głosi, że kobieta w Chinach ma równe z mężczyzną prawa we wszystkich sferach życia, a rząd przeprowadza inspekcje by sprawdzić, czy organa ścigania odpowiednio chronią prawa kobiet.

Ale spójrzmy głębiej. Oto na całej uczelni dużo łatwiej natknąć się na studenta płci męskiej niż żeńskiej. W szpitalach lekarze to prawie wyłącznie mężczyźni. Z przeprowadzonego przed tegorocznym Dniem Kobiet badania wynika, że mniej niż jedną trzecią kadry zarządzającej przedsiębiorstw stanowią kobiety, a dwie trzecie respondentek czuje, że mężczyźni są faworyzowani względem kobiet o tych samych kwalifikacjach. Kobietom trudniej o awanse także dlatego, że wiek emerytalny dla kobiet wynosi w Chinach 55 lat – o pięć mniej niż dla mężczyzn. Co jednak najważniejsze, samych Chinek w Chinach jest mało – na każde 100 kobiet przypada 118 mężczyzn. I będzie jeszcze gorzej. W 2005 roku chłopców do dwudziestego roku życia było tu już 32 miliony więcej niż dziewcząt i szacuje się, że do 2020 r. liczba samotnych mężczyzn wynieść może 40 milionów.

Właśnie to odsłania ponurą prawdę o pozycji kobiet w ChRL. Kobiety pragną dziś więcej i mogą więcej, ale społeczeństwo jako całość pragnie ich mniej. Przyczyną tej zdumiewającej nierównowagi jest głęboko zakorzenione w chińskiej duszy przekonanie, że dziecko płci męskiej jest szczęściem ojca i matki. To syn kontynuuje ród, to syn zarabia więcej i stanowi dla rodziców lepsze zabezpieczenie na starość. A odkąd badania USG umożliwiają ustalenie płci płodu, szacuje się że co roku tylko z tego powodu wykonuje się pół miliona aborcji. Rząd próbuje walczyć z tym procederem, ale bez większego skutku.

Ta „gorszość” kobiety widoczna jest także w ogromnej liczbie kobiet pracujących na roli. Mężowie, ojcowie, bracia i synowie emigrują ze wsi do pracy zarobkowej w miastach, pozostawiając na polach kobiety. Szokującym rezultatem tej ekonomicznej i społecznej izolacji jest fakt, że Chiny mają najwyższy na świecie odsetek samobójstw pośród kobiet na wsi. Jeśli zaś kobiety uciekają do miast, czekają tam na nie źle płatne, pozbawione perspektyw prace fizyczne, często „na czarno” – ot, choćby na budowie takiej jak ta, którą mijam w drodze na przystanek.

Jak to wszystko ma się do oficjalnych haseł o postępie i harmonii, które są rzekomo celem polityki rządu? Nijak. Dziesiątki milionów samotnych mężczyzn to społeczna niestabilność, a w dalszej perspektywie większe obciążenie dla i tak słabo rozwiniętej opieki społecznej. "Szklany sufit" dla pracujących zawodowo kobiet to zmniejszenie potencjału społeczeństwa. A naród zapatrzony w świetlaną przyszłość może się fatalnie potknąć o wstydliwe relikty przeszłości.



Smak nie w smak

„Czy polska kuchnia też jest taka ostra jak nasza?” „Nie.” „O, to kuchnia szanghajska będzie wam smakować!” „Dlaczego?” „Bo jest słodka!”

Od tematu kuchni trudno uciec. Nie tylko dlatego że jedzenie zaprząta uwagę co najmniej trzy razy dziennie; przede wszystkim dlatego, że Chińczycy są dumni ze swojej sztuki kulinarnej i lubią o niej mówić. Zwłaszcza tu, w słynącej z ostrych potraw prowincji Hunan, widać przyjemność, jaką sprawia Chińczykom fakt, że jedzenie, na którym wyrośli od małego, to dla obcokrajowców wyzwanie.

Kuchnia chińska jest bardzo różnorodna, ale najwyraźniejsza chyba linia podziału biegnie między ostrą kuchnią Hunanu i Syczuanu, a słodką Chin wschodnich, zwłaszcza Szanghaju i okolic, oraz południowych, ucieleśnianą przez trudną do ujęcia w jednym przymiotniku kuchnię kantońską.

Przytoczona na początku rozmowa ukazuje ten właśnie podział. Odbyła się otóż pięć lat temu między niżej podpisanym i jego polską narzeczoną, a urodzonym w Hunanie nauczycielem angielskiego, tuż przed wspólną wyprawą do Szanghaju. Nasze wyjaśnienie, że polska kuchnia nie jest ani wyjątkowo ostra, ani też szczególnie słodka, ma za to sporo potraw słonych i kwaśnych, wywołała chwilową konsternację. Bo czyż kuchnia „Zachodu” może być niebanalna?

Dla większości Chińczyków źródłem wiedzy o zachodniej sztuce kulinarnej są McDonald's i KFC. Mniejszą popularnością cieszą się restauracje tzw. zachodnie, które zresztą i tak przeważnie serwują steki i inne specjały kuchni amerykańskiej. Krążą też wątpliwej proweniencji plotki, np. iż spaghetii to takie włoskie „nudle” (kto jadł chiński makaron z dodatkami ten wie, że podobieństwo jest w dużej mierze tylko symboliczne). Proszę sobie zatem wyobrazić moją frustrację powtarzanymi co jakiś czas opiniami młodych ludzi, że lubią/nie lubią kuchni zachodniej, więc odwiedzają/nie odwiedzają KFC. Niedawno zaczepiony zostałem przez studenta, który pochwalił mi się, że nie tylko lubi, ale wręcz sam przyrządza potrawy kuchni zachodniej. „Jak to?” zdumiałem się. „Pół roku pracowałem w McDonald's i umiem przygotowywać różne burgery!” Na szczęście chłopaka trochę zbiła z tropu informacja, że wyrabiać sobie opinię o kuchni zachodniej na podstawie hamburgera to jak uznać się za speca od kuchni chińskiej po spożyciu zalanej wrzątkiem zupki made in Vietnam z paczki.

Niestety po doświadczeniach z fast food wielu Chińczyków jest dalece sceptycznych wobec zachodnich obyczajów żywieniowych. Kilka miesięcy temu delegacja mojej uczelni wyjechała na tygodniową wizytę do USA. Według informacji z pewnego źródła, obawa o stan żołądka popchnęła wysokiego rangą członka do zabrania na obczyznę próżniowo pakowanej kaczki i ryb. Zapas był jednak ograniczony i delegacji groziłaby śmierć głodowa, bowiem krwiste amerykańskie steki jakie zaserwowali podczas pierwszego posiłku gospodarze nie przypadły gościom do gustu. Na szczęście w USA nie brakuje restauracji chińskich; przez resztę  pobytu szanowna delegacja stołowała się tylko tam...

Dosłownie kilka dni temu, podczas wyjazdu do stolicy prowincji, Changshy, miałem wątpliwą przyjemność obserwowania konfrontacji na linii Chińczyk – kanapka. W mieście, gdzie pracuję, praktycznie nie można dostać „normalnych” wędlin czy dobrego chleba (o serze nawet nie wspominam, żeby się nie denerwować), więc w Changshy z ulgą odwiedziliśmy lokal sieci Subway. Towarzysząca nam studentka zrazu chętnie przyjęła propozycję spróbowania przygotowywanej na widoku kanapki. No bo jak tu odmówić – smaczny chleb, spory wybór wędlin od szynki po salami, żółty ser, świeże warzywa, no i ogórki konserwowe! Gdy my jednak pałaszowaliśmy z ekstatycznym apetytem, tempo konsumpcji naszej towarzyszki szybko spadało. Wkrótce w ruch poszły palce i na naszych szeroko otwartych z oburzenia oczach kanapka zaczęła chudnąć, a stos wydłubanej cebuli i sałaty rosnąć... Gdyby jeszcze wypluty został ser, nie wiem, czy obeszłoby się bez rękoczynów.

Chińczycy nie przepadają za serem – to rzecz dowiedziona. Nie przepadają też za surowymi warzywami. Wszystko tu się dusi albo smaży – nawet ogórki! – a w najgorszym razie marynuje. Jednak surowe warzywa w burgerach i rosnąca liczba restauracji serwujących pizzę, a także obecność mrożonek w supermarketach (choć tłuste ciasto z zieloną fasolą pizzą jest tylko z nazwy) powoli otwierają oczy Chińczyków na inne smaki. Czy jednak te smaki przypadną im do gustu, to całkiem inna rzecz.



Egzamin z życia

Egzamin ustny to dla studentów stres – a dla mnie szansa. Pod pretekstem pytań sprawdzających znajomość angielszczyzny mogę dowiedzieć się wiele migiem i hurtem.

Przeegzaminować ponad stu pięćdziesięciu studentów na kierunku Angielski w biznesie można w sposób, do jakiego przywykli będąc wychowankami chińskiego systemu edukacji, czyli kontrolowany, precyzyjnie odmierzony i skwantyfikowany. Można też puścić rzeczy na żywioł i zobaczyć, co z tego wyniknie. No to zobaczmy!

Swoim studentom poleciłem przygotować krótkie rozmowy albo jednoosobowe prezentacje. Temat – dowolny. Żeby nie było za prosto, zapowiedziałem pytania dodatkowe i dałem jasno do zrozumienia, że cenić będę kreatywność.

Z tym ostatnim było akurat kiepsko. Prezentacje okazały się w przytłaczającej większości na żywca  zerżniętymi artykułami z internetu i prasy, pośród rozmów znalazły się za to dialogi z podręczników. Gwoździem programu były jednak pytania dodatkowe, na które studenci przygotować się nie mogli i które ujawniły najwięcej.

Na przykład proste pytanie: „Jaka jest twoja wymarzona praca?” pokazało głęboki podział na przeciwstawne obozy. Jedni bez namysłu stwierdzali, że chcą być nauczycielami. Czego? Przeważnie angielskiego, ale byli i potencjalni przyszli nauczyciele matematyki i chińskiego. Gdzie? Głównie w szkołach podstawowych i średnich. Dlaczego? Bo to praca stabilna, z dużą ilością wolnego czasu, otoczona prestiżem, umożliwiająca wkład w rozwój lokalnej społeczności; albo, bo lubią dzieci. Jak? Dzięki certyfikatom pedagogicznym, na które egzaminy na wszelki wypadek zdają nawet ci, którzy na myśl o pracy nauczyciela dostają gęsiej skórki.

Ci przyznawali wprawdzie, że praca nauczyciela cieszy się prestiżem starszego pokolenia, czyli pokolenia ich rodziców, którzy o takiej właśnie karierze dla swoich dzieci marzą, ale mieli inne plany. Biznes – to słowo padało najczęściej. Założyć własną firmę albo szybko wspiąć się po szczeblach kariery w prężnej organizacji – to dlatego wybrali właśnie taki kierunek studiów. Firmy handlujące z zagranicą to w Chinach nie tylko dobre źródło zarobku, ale i szansa otarcia się o świat, a takie marzenie wyrażało wielu.

Mniejszość planowała karierę w zawodzie tłumacza, ustnego lub pisemnego. Na specjalistów od przekładu jest w Chinach duże zapotrzebowanie – ktoś musi przecież tłumaczyć umowy, negocjacje, materiały informacyjne. Pieniądze to jedno, ale praca daje względną niezależność i przepustkę do szerokiego świata.

Kilka osób marzyło o pracy przewodnika zagranicznych wycieczek. Nie dość, że w ramach obowiązków służbowych można sobie pozwiedzać ojczyznę, to jeszcze nawiązać kontakty i podszlifować angielski! Niestety, z własnego doświadczenia wiem, że tacy „szlifujący angielski” przewodnicy to potem utrapienie i pośmiewisko turystów...

Wielu z tych studentów jako pierwsze osoby w rodzinie siegnęły po wyższe wykształcenie i mają szansę osiągnąć w życiu wiele. Część z nich chce pracować w rodzinnych miastach i wsiach, w pobliżu rodziny – to troska licznych tutaj jedynaków, którzy czują powinność zaopiekowania się rodzicami na starość. Część jednak chce się wyrwać do najbogatszych metropolii na południu i wschodzie, gdzie perspektywy są olśniewające.

Inni mogą jednak korzystać z tego, co rodzina już zbudowała. Jeśli ojciec prowadzi dobrze prosperującą firmę w bogatej prowincji Guangdong, to ze świeżym dyplomem w garści trzeba tam jechać. Jeśli brat rozbudowuje restaurację w rodzinnym mieście, to trzeba mu pomóc.

Jest wreszcie grupka indywidualistów, którzy gdzieś mają chiński system kształcenia, nie wierzą w wartość „papierka”, chcą tylko robić w życiu to, co chcą robić. Co dokładnie chcą robić, trudno im powiedzieć. Chyba tylko być sobą i mieć święty spokój. Powodzenia.

Przy tych wszystkich planach, marzeniach, nadziejach, zamkach na piasku i lodzie, można także usłyszeć co nieco publicystyki, żeby nie rzec propagandy. Ot, choćby pochwał polityki gospodarczej prowadzonej przez rząd – a jakże! – socjalistyczny, dzięki któremu „nasze Chiny” (popularny zwrot) rosną w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Ale jest tego zadziwiająco mało. Młodzi Chińczycy garściami czerpią z nowej sytuacji, ale egzamin z życia chcą zdawać wyłącznie na własne konto.



Już za cztery lata...

...Chiny będą mistrzem świata! Tutaj nikt tak nie śpiewa. Zanim piłkarze Państwa Środka dochrapią się choćby gry w fazie grupowej, minąć może nawet pokolenie.

Z Chin do Republiki Południowej Afryki kawał drogi, ale w dobie mediów elektronicznych jakie to ma znaczenie? Chińska młodzież może i chce uczestniczyć w wydarzeniach odbijających się w świecie szerokim echem. Sporo w tej mierze zrobiły igrzyska w 2008 roku – to wtedy wielu Chińczyków dogłębnie poczuło, że są częścią ogólnoświatowej społeczności. I to poczucie już ich nie opuszcza.

Krzykliwe wizerunki gwiazd futbolu nieomal wyskakują z plakatów reklamowych Pepsi, a browary promują się namawiając klientów, by oglądali mistrzosta „jak na Zachodzie”, czyli z piwem w dłoni. W takiej atmosferze nawet nie mając w mistrzostwach własnej drużyny można emocjonować się meczami. I to bez względu na płeć!

„Wcześniej nie interesowałam się futbolem, ale mój chłopak mnie namówił i odkryłam, że to bardzo ekscytujący sport!” mówi pewna studentka. Jest w o tyle komfortowej sytuacji, że ze swoim chłopakiem, policjantem, mieszka we własnym mieszkaniu. Mieszkając z rodzicami bywa gorzej: „Oglądam w domu, gdy rodzice pójdą już spać, i ściszam telewizor, żeby ich nie obudzić”, mówi osamotniony w swym kibicostwie student. Ale największe napięcia powstają w akademikach, gdzie mieszka większość studenckiej braci.

„Spałyśmy sobie w pokoju, gdy nagle obudził nas straszny krzyk! To chłopcy w bloku obok wiwatowali z okazji gola”, skarży się studentka. Sprawcy bynajmniej się nie wypierają: „No tak, kupujemy piwo, siadamy razem przed komputerem i gdy pada gol, to wiwatujemy albo przeklinamy, czasem podskakujemy. Jest fajnie.”

Emocje czysto sportowe to nie jedyny magnes przyciągający młodzież do mistrzostw. „Niektóre dziewczyny oglądają mecze z innego powodu” śmieją się studentki. Jakiego? „Bo tam są przystojni mężczyźni!” Kto na przykład? „David Beckham!”

Ale niektórych gorączka futbolowa się nie ima. I nie są traktowami jak dziwacy. Gdy w jednym pokoju akademika fani mieszkają z antyfanami, ci pierwsi albo idą do sąsiadów, albo oglądają mecz ze ściszonym dźwiękiem, żeby nie budzić obojętnych na urok piłki i bramki kolegów.

Być może nawet ci ostatni poświęciliby mistrzostwom trochę uwagi, gdyby grała w nich reprezentacja Chin. Pytanie o chińską drużynę wywołuje zażenowanie i nerwowy śmiech. No bo jak to – kraj, który na ostatnich igrzyskach zdobył najwięcej złotych medali zupełnie nie liczy się w najbardziej prestiżowej dyscyplinie sportu? Hańba, zwłaszcza, że do czołówki światowych drużyn wdarli się sąsiedzi, Japończycy i Koreańczycy Południowi, a nawet Północni!

„Powiem tylko jedno – nuda!” wzrusza ramionami indagowany o narodową reprezentację student. Ponoć gra chińskich piłkarzy jest tu synonimem nudziarstwa. „Przygnębia mnie ich gra”, mówi inny. „Nie da się ich oglądać”, wtóruje kolejny. Dlaczego więc jest tak źle?

„Piłkę nożną wymyślono w Chinach, ale dziś nie jest popularna, ludzie wolą grać w ping-pong, koszykówkę i badminton” tłumaczy zafrasowany młodzieniec. Wobec trudności i słabości trapiących kraj Chińczycy lubią krzepić się dawną wielkością, a zwłaszcza przekonaniem, że wiele rzeczy wymyślili jako pierwsi.

Brak futbolowej tradycji to często wymieniany powód. „Nasi piłkarze starają się jak mogą, ale nie mają z czego czerpać” mówi jego kolega, a stojący obok potakują. Ale nie wszyscy się z tym zgadzają. „Oni wcale się nie starają. Interesują ich tylko pieniądze, menedżerów też. W ogóle nie myślą o dobru zespołu” mówi inny. Kolejny pytany student przyczyn kłopotów szuka jeszcze dalej: „W naszej drużynie o wszystkim decyduje polityka i korupcja. Zwykli ludzie nie mają nic do powiedzenia. O kibicach nikt nie pamięta.”

Co więc trzeba zrobić, żeby Chiny dopracowały się porządnej drużyny? „Widziałam film o futbolu w Niemczech” włącza się studentka. „Tam jest pełno boisk i dzieci od małego kopią w piłkę, a rodzice je do tego zachęcają. Jeśli dobrze grają, to wchodzą do drużyn. U nas tego nie ma, a powinno być.”

Ile więc czasu jeszcze minie, nim Chiny zagrają w jakichś mistrzostwach świata? „Dziesięć lat” wyrokują optymiści. „Pięćdziesiąt”, wzdychają pesymiści. „Byle szybciej”, zaciskają zęby patrioci: „Chiny zasługują na porządną drużynę!”



Gdyby nie Mur...

„Chciałabym jechać do Polski, bo ludzie tam chodzą w drewnianych butach i wszędzie rosną tulipany!” Przyjmuję ten cios z podniesionym czołem – nie pierwszy raz „Poland” myli się Chińczykom z „Holland”.

Studenci chętnie dzielą się marzeniami i planami podróżniczymi, jak się jednak okazuje, wizje zagranicy nie zawsze tworzą w oparciu o solidne źródła. Na szczycie listy znajdują się kraje europejskie. „Ludzie są tam dobrze wychowani”, mówi jedna studentka; „europejska architektura jest piękna!” dopowiada druga. A gdzie konkretnie? „We Francji!” odpowiada zgodny chór. Powód jest prawie zawsze ten sam: „Tam jest romantycznie!” Jeśli zaś nie romantycznie, to na pewno bardzo modnie. To zasługa wizerunku Francji w filmach i książkach oraz luksusowych francuskich marek odzieży i perfum. Stąd chęć weryfikacji tych wyobrażeń: „Chcę się przekonać, czemu o Paryżu mówi się, że jest taki elegancki.” Ale są i inne powody: „Francja ma wspaniałe krajobrazy, ciekawą literaturę i piękne zamki!” Można też usłyszeć bardziej zbalansowany pogląd: „Ludzie we Francji są romantyczni, ale ulice są brudne”.

Zaraz po Francji jest Anglia, która tutaj oznacza całą Wielką Brytanię: „Mają wspaniałe zamki! Widziałam na filmie!” A inne powody? „Bo życie na prowincji jest tam spokojne i proste.” Skąd te informacje? „Z filmów!” Jakich? „Sound of Music” i Jane Eyre” (pierwszy nie dotyczy Anglii, drugi rozgrywa się w XIX wieku). Cały kraj „jest jak ogród i są tam wspaniałe trawniki!” Okazuje się też, że, o dziwo, „pogoda jest w Anglii bardzo przyjemna”. A ludzie? „Prawdziwi dżentelmeni!” – pośród Chińczyków wciąż pokutuje figura Anglika w kapeluszu i z laseczką – dobrze wypadający w porównaniu: „Anglicy są uprzejmi, nie to, co Amerykanie”.

Z innych krajów i miast europejskich wymieniana jest Finlandia („Dużo śniegu i ciekawa sauna”), Grecja („Słynne starożytne zabytki i klimat”), Szwecja („Mój ulubiony piosenkarz Jay-Jay Johanson jest Szwedem”), Hiszpania („Wspaniałe kościoły, jeden budowany już ponad sto lat” – zapewne Sagrada Familia w Barcelonie), Rosja („podoba mi się muzyka i budynek” – Kreml? Cerkiew Wasyla Błogosławionego?) oraz Wenecja („Wszyscy chcą do Paryża, ale paryżanie chcą do Wenecji. To romantyczne miasto, lubię wodę, chciałabym tam jechać z moją drugą połówką.” Entuzjazm opada, gdy maluję wizję tłumów turystów na placu św. Marka. „To okropne. Nie znoszę tłoku!”).

Swoje miejsce w marzeniach studentów zajmuje i USA. Chińczycy mają do Ameryki stosunek ambiwalentny – z jednej strony podziw, szacunek, sympatia, z drugiej niechęć, zawiść, nawet pogarda. Jednak niedawna szkolna praktyka językowa w turystycznym regionie Guilin pozwoliła studentom zetknąć się z wieloma Meiguorenami oko w oko. Efekt? „Chcę do USA bo ludzie są tam przyjaźni” i „Amerykanie są mili!” Wyjazd do Stanów można też wykorzystać, żeby „podszkolić angielski”, „zobaczyć Wall Street”, „zainspirować się stylem życia” i „zrobić zakupy w Nowym Jorku”.

Od USA jest rzut kamieniem do Kanady, gdzie można znaleźć „wysoki poziom życia, naturalne środowisko, dobre szkolnictwo, służbę zdrowia i opiekę społeczną”, oraz gdzie jest „czysto i nowocześnie”. No i oczywiście można „poćwiczyć angielski!”

Po to ostatnie nie trzeba wojażować aż za Pacyfik. Pod bokiem jest Australia: „piękny kraj z ciekawymi zwierzętami” oraz Nowa Zelandia: „ostatni czysty zakątek na ziemi, ze wspaniałym klimatem i dobrymi ludźmi”. Skąd ta wiedza? „Oczarowały mnie artykuły w gazecie i wierzę, że sam kraj też mnie oczaruje. Ziemia jest już zniszczona, a ja pragnę nieskalanej przyrody.”

O ile angielski przyda się na Malediwach („Piękne plaże, błękitne niebo, raj na ziemi!”, ale „trzeba się spieszyć, bo wkrótce zniknie pod wodą!”) to w Singapurze można bez problemu dogadać się po chińsku. To państwo-miasto kusi wielu studentów „pięknem, czystością, bliskością” oraz „niedużym kosztem podróży”. Drugim obok angielskiego językiem obcym na uczelni jest japoński, ale do Kraju Kwitnącej Wiśni wybrałoby się niewielu, choć „ludzie są tam uprzejmi, a miasta czyste”, a poza tym „mają rozwiniętą technologię”. „Mistycznością i zagadkowością” oraz „pięknem ponad wyobrażenie” kusi za to pewnego studenta... Korea Północna.

Te plany zrealizować będzie trudno – wyjazd, zwłaszcza na Zachód, wymaga odpowiedzi na setki pytań i pozostawienia „kotwicy finansowej” zniechęcającej do ucieczki na stałe. Ale pomarzyć można – o podróżach w dalekich krajach  i o przemianach we własnym.



Aktywny wypoczynek

Zaczynają się w lipcu, kończą we wrześniu – wakacje dla chińskich studentów są krótkie, więc i bardzo intensywne.

Zajęcia na uczelni odbywają się nawet w weekendy, a egzaminy trwają jeszcze początkiem lipca, wydawałoby się więc, że wobec perspektywy rychłego powrotu na uczelnię studenci marzą tylko o tym, by odreagować męczący rok leżąc do góry brzuchem. O dziwo jednak, takich wakacjowiczów jest niewielu.

„Wrócę do rodzinnego miasta, będę spotykać się z przyjaciółmi i grać w koszykówkę” planuje jedna studentka. Większość młodzieży na uczelni pochodzi z okolicznych miast i miasteczek, część spoza prowincji Hunan, więc wakacje to dla nich szansa spotkania z dawno nie widzianą rodziną i zażycia domowej idylli. Druga studentka ma już jednak pewne skrupuły: „Będę grała w domu w gry komputerowe, ale czasem też pomogę mamie w obowiązkach domowych.”

Takie postawy są w mniejszości. Nawet ci, którzy planują spędzić lato w domu, nie zawsze robią to z własnej woli. „Chciałam poszukać wakacyjnej pracy, ale rodzice uważają, że powinnam skupić się na nauce”, wzdycha rozczarowana dziewczyna; druga wzdycha nie tyle rozczarowana, co wzruszona: „Mama za mną tęskni, więc chyba zrezygnuję z szukania dorywczej pracy.”

Większość jednak właśnie o dorywczej wakacyjnej pracy marzy najbardziej. Przedsiębiorcy chętnie korzystają z taniej i niewykwalifikowanej siły roboczej, a studenci szukają krótkoterminowej, prostej pracy. Obie strony spotykają się najczęściej w Guangdongu, czyli najbogatszej i najbardziej przedsiębiorczej prowincji.

„Popracuję czterdzieści dni, zarobię na prezenty dla rodziny i przyjaciół”, marzy jedna studentka. „Jadę razem z kolegami, poszukamy pracy jako kelnerzy” planuje student. „Już raz pracowałam w fabryce zabawek, praca jest dobra, chcę tam wrócić” to plan kolejnej dziewczyny. „Praca na linii montażowej jest nudna, ale prosta, i takiej właśnie szukam” – tak realistycznie na życie patrzy pewien chłopak.

Z pomocą przyjść mogą więzy rodzinne. Bliżsi i dalsi krewni, pracujący i mieszkający w większych metropoliach, to dla mniej samodzielnej młodzieży szansa na pewniejsze i bezpieczniejsze zajęcie. Niekoniecznie jednak lepiej płatne. „Moja ciotka pracuje w banku, załatwiła mi bezpłatny staż. Przed trzy tygodnie będę za darmo doradzać klientom”, chwali się – a może żali? – następna studentka.

Wielu studentów jest bardzo przejętych zbliżającym się ukończeniem studiów i „wejściem w społeczeństwo”, jak to nazywają. Wakacyjne zajęcia traktują jako szansę na zdobycie doświadczenia i sprawdzenie się. „Nie będzie łatwo, ale dowiem się czegoś o życiu!” to często podawany powód szukania pracy z dala od domu.

Oczywiście są i inne powody. Trzydzieści – czterdzieści dni takiego zajęcia to wynagrodzenie rzędu 1200 – 2000 juanów, czyli od około sześciuset do tysiąca złotych. Pieniądze na pozór niewielkie, ale jakie roztaczają perspektywy!

„Pierwszą połowę wakacji chcę spędzić na pracy, a drugą na podróżowaniu” – to plan niejednego studenta. Potrafiąca oszczędzać na wszystkim, od jedzenia po miejsca leżące, a nawet siedzące w długodystansowych pociągach młodzież chce zwiedzać ojczyznę. A zwiedzania jest sporo.

Na szczycie listy jest Szanghaj – miasto prężnie się rozwijające, pełne zabytków z epoki mocarstw kolonialnych, sklepów oraz obcokrajowców, a do tego w tym roku goszczące Wystawę Expo. Do Pekinu też warto jechać – wiadomo, stolica. Ale są i inne marzenia. Studenci żyjący pod szarą kopułą smogu marzą o Tybecie – krainie czystego powietrza, przejrzystych jezior i ośnieżonych gór. To wyprawa nieco trudniejsza i bardziej kosztowna, ale już słynąca z klimatu i różnorodności etnicznej prowincja Yunnan jest w zasięgu ręki.

Studentów anglistyki nie opuszcza ochota do szlifowania języka. „Planuję zatrudnić się jako asystentka nauczyciela. Będę uczyć dzieci angielskiego. To praca darmowa, ale sprawdzę się i zdobędę doświadczenie” mówi przyszła nauczycielka. Najlepiej połączyć przyjemne z pożytecznym: „Bardzo podobała mi się praktyka studencka w Guilin. Chciałabym tam właśnie znaleźć pracę, obojętnie jaką, bo pogoda i widoki są wspaniałe, a do tego każdy, nawet żebrak na ulicy, mówi po angielsku!” przekonuje inna. Warto także, dodaje, czytać klasykę – chińską i zachodnią, na przykład nieocenione w zdobywaniu wiedzy o realiach życia w Anglii powieści Jane Austen.

A ja dokąd jadę na lato? Tam, gdzie się człowiek, parafrazując Mickiewicza, „napije, nadysze i naje ojczyzny” – czyli do Polski. Ale jeśli tylko los da, wrócę znów do Chin.



Na granicy

Sloganowa mądrość głosi, że Hongkong to miejsce, gdzie Wschód spotyka się z Zachodem. Bliższa prawdy byłaby jednak refleksja, że Wschód z Zachodem się tu zmaga.

Lubię wracać do Hongkongu. Przepełniająca ten zakątek świata energia wydaje się nerwowa, ale jest po prostu niecierpliwa. Symbol miasta to słynna panorama Wyspy Hongkong (która jest tylko częścią całej metropolii o tej nazwie) nad Zatoką Wiktorii – ciąg wysokościowców, które po zmierzchu przeistaczają się w migotliwy barwny fresk na tle ciemnych wzgórz. Ale wystarczy kilkuminutowa podróż metrem, by zagłębić się w tłoczne zaułki półwyspu Kowloon, oświetlone jaskrawymi szyldami sklepów, restauracji i salonów usług różnej maści. Albo kilkudziesięciominutowy rejs promem, by trafić na senną wysepkę z plażami oferującymi malownicze widoki na Morze Południowochińskie, usiane istnymi wyrastającymi z dna górami. Albo krótki spacer, by poczuć woń tlących się w świątyniach trociczek...

Ale Chińczyków to akurat interesuje najmniej.

Hongkong to kamyk w trampku chińskiego rządu. W ramach idei „jednych Chin” oraz polityki „jednego kraju, dwóch ustrojów” Pekin odebrał od Brytyjczyków co swoje, ale nie do końca chyba wie, jak najlepiej sobie z tym poczynać – wspierać czy podkopywać. Przeciwwagą dla imperialistycznego Hongkongu ma być Szanghaj, miasto które swą kolonialną przeszłość przezwyciężyło w stopniu daleko większym, ale nie na tyle, by nie móc się nią gdy trzeba chlubić, miasto sukcesu gospodarczego, ośrodek handlu, centrum eksportu... Pekin stara się jak może opóźniać reformy demokratyczne w Hongkongu, do których zobowiązał się podpisując z Brytyjczykami umowę o powrocie metropolii „do macierzy”. Hongkońska opinia publiczna i ciesząca się większą niż na kontynencie wolnością prasa to dla Pekinu męczący kłopot. Swoboda, z jaką zachodnie idee krążą w hongkońskiej przestrzeni publicznej aż się prosi o kaganiec...

Zwykłych Chińczyków z kontynentu uwiera coś innego. Dla nich niedawna kolonia brytyjska to zagadka. No bo jak to – ten sam naród, a tyle różnic? Stąd pośród chińskiego ludu krążą legendy, mające na celu ośmieszyć, obrzydzić lub zbanalizować tych dziwnych rodaków-nierodaków. Ot, na przykład taka, że Hongkong to tak naprawdę tylko dwie rzeczy: tłok i madżong. Dziwnie to brzmi w ustach kogoś, kto na co dzień przeciska się przez tłoczne korytarze, tłoczne ulice i tłoczne sklepy zwykłych chińskich miast. Madżong? Ludzi namiętnie pochylonych nad planszą tej tradycyjnej chińskiej gry widziałem w Chinach setki razy – w Hongkongu tylko raz.

Albo inny stereotyp – że Hongkończycy są brzydcy. Ha. Chińczycy płci męskiej z zasady do najprzystojniejszych przedstawicieli homo sapiens nie należą (z koniecznym w dobie politycznej poprawności zastrzeżeniem, że de gustibus non est disputandum), ale tym, co różni mieszkańców Hongkongu od ich pobratymców z kontynentu, jest znacznie wyższy poziom higieny osobistej i dbałości o ubiór. Co rzecz jasna przekłada się na wrażenia estetyczne.

No i przekonanie, że Hongkong to świetne miejsce na zakupy, i nic więcej. Oczywiście lśniące centra handlowe i gwarne targowiska oferujące chyba wszystko, co się na planecie Ziemia produkuje, znaleźć tu można prawie na każdym kroku. Wystarczy jednak tylko chcieć, by spojrzeć w inne, ciekawsze oblicza miasta.

Na szczęście nie samymi negatywnymi stereotypami Chińczycy żyją. Rodzice chcący kupić  niezanieczyszczoną melaminą mieszankę dla niemowląt albo nuworysz marzący o biżuterii z prawdziwego dwudziestoczterokaratowego złota jadą do Hongkongu, bo wiedzą, że dzięki zapożyczonym z Zachodu, a co ważniejsze przestrzeganym przepisom prawa, ryzyko padnięcia ofiarą oszustwa jest tu daleko mniejsze. Dlatego coraz więcej Chińczyków odwiedza Hongkong, na własne oczy weryfikując plotki.

Akurat podczas mojego ostatniego tam pobytu wybuchła afera z hongkońską przewodniczką, która pomiatała chińskimi wycieczkowiczami nie chcącymi robić zakupów w wyznaczonych sklepach. Skandal odsłonił w całej okazałości pełną napięcia zależność między stronami – Hongkończycy potrzebują Chińczyków, ale i patrzą na nich z góry; Chińczycy podziwiają Hongkong, ale i chcą wykazać, że zasługują na głęboki respekt. Relację między obiema stronami w najlepszym razie określić można mianem szorstkiej przyjaźni.

Dla przybysza z Zachodu Hongkong to miejsce, gdzie w dość znajomym otoczeniu może poczuć smak egzotycznej Azji; dla Chińczyka to miejsce, gdzie nie oddalając się zbytnio od korzeni może dotknąć dalekiego Zachodu. Dla mnie to doskonały obóz aklimatyzacyjny na drodze z Chin do Europy – i odwrotnie.

Mam nadzieję, że jeszcze nieraz z niego skorzystam.


Dawid Juraszek


[powrót do Czytelni]