Fenghuang - miasto Feniksa


Fenghuang (wym. fąhłan), Feniks, to dla Chińczyków symbol szczęścia i długowieczności. Wedle legendy, dwa przelatujące feniksy tak zachwyciły się urodą miasteczka leżącego pośród rzek i wzgórz, że długo nie mogły przestać nad nim kołować.




Historia tej niewielkiej miejscowości w zachodniej części prowincji Hunan sięga daleko w przeszłość. Położone na uboczu, uniknęło zniszczeń związanych z wojnami i Rewolucją Kulturalną. Jeszcze kilka lat temu mało znane, dziś cieszy się opinią jednego z najbardziej malowniczych miasteczek Chin i wciąż zyskuje na popularności. Bilbordy zachęcające turystów do odwiedzenia Fenghuang zobaczyć można na ulicach wielu chińskich miast.

Pierwsze wrażenie turysty przybywającego autokarem z Czangszy, stolicy prowincji, nie jest korzystne. Nowe miasto, pączkujące dzięki koniunkturze ostatniej dekady, to typowa dla współczesnych Chin brzydka architektura użytkowa. Jednak kiedy tylko zza zakrętu wąskiej uliczki wynurzą się charakterystyczne dachy starego miasta, podróżnego przechodzi dreszcz, tak dobrze znany wielbicielom dawnych Chin, i nie słabnie się w miarę zagłębiania się w labirynt urokliwych zaułków.

Osadnictwo na tych terenach datuje się na okres dynastii Qin (221-206 p.n.e.). W roku 2000 archeolodzy odkryli w okolicy pozostałości długiego na 200 km Południowego Muru Chińskiego. Budowla powstała w wieku XVI i XVII, kiedy władcy z dynastii Ming (1368-1644) próbowali powstrzymać ekspansję nie-chińskiego ludu Miao na północ. Wcześniej miasto, a raczej osada garnizonowa, położona była w oddalonym o 24 km dzisiejszym Huangsiqiao (wym. hłanśićiao). Za dynastii Ming przeniesiono ją w obecne miejsce. O obronnym charakterze miasta świadczą między innymi ciągnące się wzdłuż rzeki mury z czerwonego piaskowca. Budowle militarne nie zdały się jednak na nic; za dynastii Qing (1644-1911) Miao przenieśli się tu ze swoich siedzib w jaskiniach i wybudowali stojące po dziś dzień domostwa. Wtedy też osada otrzymała obecną nazwę.

Fenghuang to rodzinne miasto trzech ważnych osobistości. Wielki filantrop Xiong Xilin (1870-1937) sprawował urząd pierwszego premiera Republiki Chińskiej (1911-1949). Historyk, archeolog i pisarz Shen Congwen (1902-1988) był dwukrotnie zgłaszany do Nagrody Nobla. W swych powieściach barwnie opisywał życie mieszkańców regionu. Jego dzieło o tradycyjnych chińskich strojach do dziś pozostaje najważniejszą pozycją w literaturze przedmiotu. Wszechstronny artysta Huang Yongyu (ur. 1924) jako pierwszy połączył chińskie malarstwo tradycyjne z zachodnią techniką olejną. Ich domy, jak i rezydencje trzęsących niegdyś okolicą klanów Miao, zostały na użytek turystów przekształcone w muzea.

Przecinająca miasto rzeka Tuojiang (wym. tłodźjan) od zawsze stanowiła centrum życia społeczności. Niezatarte wrażenie pozostawiają schodzące w toń stopnie, na których przykucnięci mieszkańcy piorą ubrania, myją warzywa i obmywają ciała. Płynąc z leniwym nurtem mijamy szeregi domów na długich, cienkich palach. Widok wyrastających jedna z drugiej przybudówek, chylących się balkonów i zawadiacko wywiniętych daszków na długo zapada w pamięć. To taka architektura natchnęła wiele dzieł klasycznego chińskiego malarstwa. Odpłynąć myślami w zamierzchłą przeszłość nie pozwala tylko pstrząca tu i ówdzie murszejące ściany biel klimatyzatorów.

Zakole rzeki rozbrzmiewa głośnym śpiewem i biciem w bębny. To miejscowe dziewczęta, odziane w regionalne stroje, stojąc na zakotwiczonej tratwie częstują turystów ludową muzyką. Pieśni pochodzą nie tylko z regionu, ale najważniejsze przecież, aby repertuar mieścił się w pojemnej kategorii „tradycja muzyczna Chin”. Pieśniarki nie ufają chyba do końca sile swojego głosu, bo w trosce, by śpiew niósł się, jak zakole długie i szerokie, skwapliwie pomagają sobie megafonami. Gzyms pobliskiej pagody nadrzecznej to z kolei ulubiony punkt widokowy pejzażystów.

Jeszcze dekadę temu nie było tu tłumów, łódek do wynajęcia ani hotelików, a mieszkańcy utrzymywali się z rzemiosła i handlu drewnem. Dziś w nadbrzeżnych domach można niedrogo wynająć klimatyzowany pokój a w niezliczonych sklepikach kupić pamiątki z całych Chin. Jest tu wszystko – od obrazów na płótnie przez wszelkich rozmiarów rzeźby po instrumenty muzyczne. Ceny zależą od prezencji i koloru skóry nabywcy, więc na zakupy warto wybrać się z chińskimi znajomymi, dyskretnie wskazać im pożądany souvenir i poczekać na zewnątrz. Nawet najlepszy negocjator nie zbije jednak wyśrubowanych cen więcej niż o jedną trzecią, jeżeli do sklepu pcha się tłum zwiedzających, co w letnie weekendy jest normą.

Fenghuang, jak chyba co drugie miasto w Państwie Środka, szczyci się starodawnymi recepturami na unikalne kulinaria. Tu do absolutnych przebojów należą słodycze na bazie imbiru i sezamu. Specjały te wyrabiane są ręcznie na ulicy przed sklepami. Cukiernicy, zamiast kucharskich fartuchów odziani w garnitury, zaczepiają kleiste pasma o metalowe haki sterczące ze ścian budynków i rozpoczynają długotrwałe rozciąganie i przeplatanie słodko-piekącej masy. Kiedy ta skrzepnie, cięta jest nożyczkami na kawałki i wędruje do foliowych woreczków. Kto ma szczęście, skosztuje jeszcze ciepłego specjału prosto z haka. Kolejnym kulinarnym znakiem firmowym są marynowane papryczki, do skosztowania w każdej z wielu poutykanych w zaułkach restauracyjek.

Drzwi wielu domostw są otwarte i można spróbować zajrzeć do mrocznego wnętrza. Starsi ludzie przyzwyczaili się chyba do obecności natarczywych turystów, bo nie reagują na ciekawskie spojrzenia. Młodsi pełnymi garściami czerpią z turystycznego boomu; to właśnie oni z pragmatyką właściwą współczesnym Chinom prowadzą niezliczone sklepy i restauracje.

Wędrując po Fenghuang trzeba uważać, by zadzierając głowę ku ornamentowanym dachom nie nadepnąć komuś na nogę. Wprawdzie większość osób spacerujących wąskimi uliczkami to przyjezdni, ale zawsze trafić się może rodowita przedstawicielka Miao. Wtedy nasz pobyt w miasteczku może znacząco się przedłużyć – wedle pradawnego zwyczaju, kto dziewczynie Miao nadepnie na stopę, musi ją poślubić. Perspektywa zamieszkania w tym czarującym miejscu może być kusząca, zwłaszcza, że kobiety Miao słyną z urody nie wymagającej stosowania kosmetyków. Czy to zasługa wód, które toczy Tuojiang, czy może piękna okolicy udzielającego się mieszkańcom, warto przekonać się samemu.


Dawid Juraszek


[powrót do Czytelni]