|
KREW
I KOŚĆ
komentarz warsztatowy
Mówić o polskiej historii jest trudno. Dwie główne wrogie, jak się
teraz modnie mówi, narracje dzieli strefa zdemilitaryzowana, czyli
najeżona minami. Jest akceptacja przechodząca w adorację, stawianie
posągów bez skazy i lament skrzywdzonej niewinności, i jest
odbrązawianie zahaczające o szkalowanie, nałogowa lustracja mitów i
prewencyjna nieufność w postaci kpiącego uśmieszku. Jedni bojownicy
ryzykują miano liżących rany megalomanów, drudzy szargających ojczyznę
zaprzańców. O dziwo, tzw. kompleksom ulegają... obie strony: zwolennicy
(bałwochwalcy) przeszłą wielkością przesłaniają późniejszą nieznośną
mizerię, krytycy (szydercy) sprzeciwem koją wyuczony strach przed hydrą
„polskiej megalomanii”.
Jest i odmienne spojrzenie, traktujące złoty – i srebrny – wiek I
Rzeczypospolitej jako porywającą przygodę, która nijak się ma do
dzisiejszej rzeczywistości, nie wymaga zatem moralizującej otoczki.
Skoro o samurajach snuje się fascynujące opowieści bez zgłębiania
konsekwencji japońskiego feudalizmu, ksenofobii i imperializmu, to i u
nas warto opowiadać o równie fascynujących przypadkach szlacheckich bez
wywoływania widm stereotypowych przywar narodowych i katastrofy (kary?)
rozbiorów.
Ale „Krew i kość” to owoc czegoś jeszcze innego: refleksji nad
odwróceniem sytuacji dziejowej, nie tym najbanalniejszym jednak, gdzie
ciemiężcy stają się ofiarami, którym tryumfalnie odpłaca się pięknym za
nadobne, lub wielkodusznie wybacza. Rzeczywistość, jaką znamy, i
rzeczywistość opowiadania rozdzielają się w połowie XVII wieku na
rozstaju jakim było powstanie Chmielnickiego, by iść odtąd coraz
bardziej rozbieżnymi drogami. I powstaje oto świat – wszechświat –
alternatywny; swojski, a zarazem obcy, nasz, ale cudzy, bo do innych
Polaków w innej Polsce należący. Świat iście fantastyczny o wielorakim
potencjale: od obyczajowego po awanturniczy, od miłosnego po wojenny,
od tragicznego po komediowy…
Opowiadanie powstało też z niezgody na podwójne standardy dla historii
Polski i świata. Z dręczącego poczucia, że na swoje dzieje Polacy
patrzą (jeśli w ogóle patrzą!) przez nawarstwione i posklejane soczewki
interpretacji XIX-wiecznych, międzywojennych, peerelowskich. Ze wstrętu
do machinalnie powtarzanych a przebrzmiałych tez. Z woli wyplucia
knebla kompleksów decydującego, o czym warto mówić.
Starałem się jak najmocniej osadzić tekst w historii i literaturze, nie
tylko polskiej, ale i naszych wschodnich sąsiadów. Do opowiedzenia
wciąż pozostaje bardzo wiele; „Krew i kość” to zwiastun większej
całości pod roboczym tytułem „Rzeczpospolita”, do której napisania oby
starczyło mi sił. Ale relacje Polaków i Ukraińców to jeden z
najbardziej fascynujących wymiarów Rzeczypospolitej, tej realnej i tej
alternatywnej. Stąd właśnie jego – z konieczności migawkowe –
przetworzenie jako pierwsze trafia na łamy.
Czy odmalowałem nowy, a przynajmniej ciekawy pejzaż? Czy nie sparzyłem
się lub nie przemokłem godząc ogień z wodą? I czy w ogóle warto babrać
się w alternatywach zawiłych polskich dziejów? Odpowiedź – to frazes –
należy do Czytelników.
|