|
Lewa
człowieka
Na
problem przestrzegania praw obywatelskich w Chinach patrzeć można z
dwóch punktów widzenia: zachodniego i chińskiego. Z tego pierwszego
sprawy mają się kiepsko – prześladuje się mniejszości religijne i
etniczne, represjonuje opozycjonistów, cenzuruje media, publicznie
wykonuje wyroki śmierci itd. Z tego drugiego – nigdy nie było lepiej.
Koncept praw człowieka długo był obcy Państwu Środka. Dopiero 1
listopada 1991 światło dzienne ujrzał pierwszy oficjalny dokument
dotyczący tej materii – był to raport „Prawa człowieka w Chinach”
wydany przez Biuro Informacyjne Rady Państwa. 14 marca 2004 Kongres
Ludowy przyjął poprawkę do Konstytucji głoszącą, że „państwo respektuje
i chroni prawa człowieka”. Wydarzenie przedstawiono jako milowy krok na
drodze do demokratycznego konstytucjonalizmu. Chiny są sygnatariuszem
międzynarodowych konwencji, takich jak Konwencja Przeciwko
Torturom i Nieludzkiemu Traktowaniu i Konwencja Praw Dziecka. A jednak
śledząc wydarzenia za Wielkim Murem trudno odnieść wrażenie, by
tysiące lat autorytarnej władzy cesarzy i dziesięciolecia bezprawia pod
rządami Mao Zedonga całkiem odeszły w przeszłość.
Rządy prawa, prawa rządu
She Xianglin skazany za morderstwo żony spędził w wiezieniu 11 lat.
Wyszedł w kwietniu 2005 roku po tym, jak kobieta pojawiła się żywa.
Wniósł o odszkodowanie od państwa za tortury, jakimi policja wymusiła
na nim przyznanie się do winy. Sprawa odbiła się szerokim echem w
mediach i zmusiła aparat państwowy do potraktowania na serio
konstytucyjnego zapisu o prawach człowieka. Ludowa Prokuratura
Generalna ogłosiła, że badanie przypadków wymuszania zeznań torturami
znajdzie się na szczycie jej listy zadań. Jednak wysłannik ONZ Manfred
Nowak ocenił w grudniu zeszłego roku, że praktyka stosowania tortur,
pomimo pewnego spadku na terenach miejskich, jest nadal powszechna.
Najpopularniejsze metody to bicie i kopanie, wstrząsy elektryczne,
pozbawianie snu oraz wieszanie za ręce.
To jednak, co powoli zaczyna być rozliczane w Chinach właściwych, w
okupowanym Tybecie jest usankcjonowaną praktyką. Tybetańscy
opozycjoniści po wyjściu z chińskich więzień opowiadają ścinające krew
w żyłach historie. Głodzenie, bicie elektrycznymi pałkami,
przesłuchania bez końca, wyłamywanie rąk, eksperymenty medyczne to
codzienność tybetańskich pokojowych bojowników o wolność. Prawa
obywatelskie łatwo jest zawiesić, jeżeli obywatele są drugiej
kategorii. A bezwzględną walkę z tendencjami niepodległościowymi
Tybetańczyków rząd w Pekinie ma za rację stanu.
W 2002 r. po 11 latach wypuszczono z więzienia Ngałang Sangdrol.
Uwolnienie dwudziestoczteroletniej mniszki nastąpiło pod presją
międzynarodową i w przeddzień spotkania ówczesnego szefa państwa Jiang
Zemina z Georgem W. Bushem. Do więzienia trafiła za udział w
demonstracji mniszek przeciwko chińskiej okupacji. Dziś pracuje w USA
dla pozarządowej organizacji Campaign for Tibet. Jeździ po całym
świecie, opisując tortury, jakim poddawano ją w chińskim więzieniu.
Prześladowania jej braci w wierze trwają nadal.
Dramat sądowy
Od przywrócenia wykonywania kary śmierci w Stanach Zjednoczonych w roku
1977 do dziś wyroki wykonano na nieco ponad tysiącu skazanych.
Tymczasem w samym roku 2004 w Chinach dokonano ponad 3400 egzekucji,
zazwyczaj strzałem w głowę, choć ostatnimi czasy na popularności
zyskuje metoda trującego zastrzyku. Wymierza się ją nie tylko za
przestępstwa przeciwko zdrowiu i życiu, ale także za korupcję,
malwersacje finansowe czy handel narkotykami. Kary wykonywane są
bezzwłocznie po wydaniu wyroku skazującego. Skazany nie ma szans na
apelację czy nawet pożegnanie z rodziną.
Wybronić się od zarzutu jest niezwykle trudno. To na oskarżonym
spoczywa ciężar udowodnienia swojej niewinności. Dziennik Beijing Youth
Daily zamieścił 28 kwietnia 2002 roku relację z procesu poszlakowego
przeprowadzonego w prowincji Heilongjiang. Przed wydaniem wyroku
skazującego sędzia zadał oskarżonemu pytanie: „Jakie ma pan dowody, że
nie popełnił pan morderstwa?”
System sądowniczy ChRL jest dogłębnie zwyrodniały. Podczas niesławnej
Rewolucji Kulturalnej (1966-69) zawód prawnika został uznany za
burżuazyjny relikt. Za całość postępowania, od aresztu przez wyrok aż
po egzekucję, odpowiadała policja. Kiedy w 1979 zaczęto wdrażać program
reform i profesję prawnika zrehabilitowano, w całych Chinach jej
przedstawicieli było zaledwie 212. Dziś jest ich prawie 600 razy
więcej, a sędziów jeszcze dwa razy tyle, lecz często brakuje im
kwalifikacji, nie mówiąc o niezawisłości. Wyroki nadal zapadają na
zebraniach partyjnych, a zbyt dociekliwy obrońca może trafić do aresztu
za sprawą prokuratora, przeciwko któremu występował na sali sądowej.
Wygodnym sposobem rozprawy z niewygodnymi ludźmi jest zsyłanie ich do
obozów pracy przymusowej. Metodę „reedukacji przez pracę” wprowadził
jeszcze Mao Zedong, a tradycja utrzymała się do dziś. Działacz
społeczny Wang Dehua, prowadzący w 2003 kampanię na rzecz zamknięcia
trującej okoliczne środowisko i mieszkańców wytwórni chemikaliów w
okolicach Tianjinu, zaszedł lokalnym władzom za skórę tak bardzo, że
został zesłany do obozu pracy. I nie jest on żadnym wyjątkiem.
Milczenie złotem
W systemie monopartyjnym to władza decyduje, na jakie tematy wolno
dyskutować, a w jakich trzeba trzymać linię partii. Z tych ostatnich na
pierwszym planie jest kwestia Tajwanu i Tybetu. Wyspa Tajwan, na którą
po klęsce w roku 1949 zbiegli nacjonaliści z Kuomintangu, uważana jest
za zbuntowaną prowincję, a jej demokratycznie wybrane władze za
podżegaczy wojennych. Jakiekolwiek kwestionowanie dogmatu o
„konieczności powrotu Tajwanu do macierzy” jest niedopuszczalne.
Zachodni nauczyciele języka angielskiego są po przyjeździe ostrzegani
przez władze szkoły, by nie poruszali tych tematów ze studentami. Znam
przypadek zasłużonego nauczyciela, który po kilku latach pracy i
otrzymaniu licznych wyróżnień od władz prowincji poczuł się na tyle
pewnie, że angażował się ze studentami w dyskusje polityczne. Nie
pomogły zasługi, skończyło się jego wydaleniem.
Ponad 100 milionów Chińczyków ma już dostęp do Internetu. Koniec
cenzurowanych mediów? Bynajmniej. „Złota tarcza”, inaczej zwana
„Wielkim Murem Wirtualnym” (Great Firewall of China), to system
filtrowania treści internetowych, zarządzany przez 40 tysięcy
technokratów zbrojnych nie tylko w najnowsze technologie, ale i
szczegółowe przepisy prawne. Zakazują one m.in. rozpowszechniania
jakichkolwiek treści „godzących w jedność kraju” i nakazują, by
internetowe blogi „nakierowane były na służenie narodowi i
socjalizmowi”.
„Przestępcom internetowym” grożą surowe kary. Shi Tao, dziennikarz,
który rozsyłał e-maila relacjonującego spotkanie działaczy
prodemokratycznych, został skazany na dziesięć lat więzienia. Policja
internetowa jest w stanie wyśledzić, kto wchodzi na jakie strony i
podjąć odpowiednie działania, z nalotem na kawiarenkę internetową czy
mieszkanie prywatne włącznie.
Z komputera podłączonego do chińskiej sieci nie da się wejść na strony
Human Rights Watch czy Amnesty International. Jakakolwiek strona
odwołująca się do niepodległości Tybetu, krytykująca nieprzestrzeganie
praw człowieka w ChRL, czy propagująca niepożądane treści religijne
(np. zakazany ruch Falun Gong) jest zamykana, jeśli jest na chińskim
serwerze, lub odcina się do niej dostęp, jeśli jest na serwerze
zagranicznym. Ze „Złotą tarczą” współpracują takie zachodnie firmy
internetowe, jak Google, Yahoo! czy Microsoft. Przykładanie ręki do
cenzury tłumaczą prosto: skoro chcemy działać w Chinach, musimy
zaakceptować chińskie warunki, i dodają: cenzurowany Internet jest i
tak lepszy niż żaden.
Chińskim internautom z pomocą przychodzą niezależni informatycy.
Mieszkający w Kalifornii Chińczyk ukrywający się pod pseudonimem Bill
Xia stworzył program FreeGate, który potrafi oszukać Złotą Tarczę.
Dzięki niemu chińscy internauci mogą otworzyć zakazane strony,
pozostając przy tym zupełnie anonimowi – program ukrywa ich wizyty
przed śledczymi ze Złotej Tarczy. Szacuje się, że z rozprowadzanego
darmowo FreeGate korzysta około milion osób, czyli 1% z całej liczby
chińskich internautów. To niewiele, ale są to głównie intelektualiści –
naukowcy, dziennikarze czy artyści, z natury rzeczy zdolni do
przekazywania informacji dalej.
Układ
Przeprowadzony w latach 90. ogólnoświatowy sondaż na temat poczucia
zagrożenia w społeczeństwach dał zaskakujące rezultaty. Największy
strach przed wojną cechuje społeczeństwa, które realnie wojną nie są
zagrożone, podczas gdy narody żyjące w tak niepewnych rejonach świata,
jak Bliski Wschód, umieszczały zagrożenie wojną na dalszych pozycjach.
Socjolodzy zastanawiali się nad ewentualnymi analogiami z mieszkańcami
wiosek pod pękającymi tamami. Obcowanie z zagrożeniem na co dzień
sprzyja jego oswajaniu.
Piszę o tym, ponieważ dla przeciętnego Chińczyka obecne rządy trzeciej
i czwartej generacji komunistów to zupełnie nowa epoka w całej historii
chińskiej cywilizacji. Obawa przed łamaniem praw człowieka nie
występuje powszechnie, bo i tak jest lepiej, niż było. Trzeba pamiętać,
że jeszcze kilkadziesiąt lat temu obywatel ChRL nie mógł bez urzędowego
zezwolenia opuszczać swojej prowincji, a za najmniejszą krytykę władz
kończył zesłany do obozu pracy lub zabity na miejscu. Sto lat temu
słowo „wolność” w zachodnim rozumieniu było Chińczykom obce. Było się
członkiem rodziny, dla której się pracowało, i częścią społeczności
lokalnej, na rzecz której wykonywało się obowiązki. Życie chłopa czy
robotnika było własnością jego pana, życie urzędnika własnością
cesarza, życie żony własnością męża, życie dziecka własnością rodziców
itp. Archaiczny feudalizm został zastąpiony w Chinach komunizmem niemal
bez okresu przejściowego, a burzliwy okres walki o kształt Chin od
upadku cesarstwa w 1912 do powołania ChRL w 1949 r. nie zostawił po
sobie dobrych wspomnień.
Młode pokolenie, które w 1989 roku na Placu Tiananmen pokazało, że chce
głębokich demokratycznych zmian, i zapłaciło za to najwyższą cenę, nie
ma dziś następców. Władza zawarła ze społeczeństwem niewypowiedziany
układ – my pozwalamy wam robić pieniądze, a wy nie kwestionujecie
naszej władzy. Ten układ na razie sprawdza się znakomicie. Ludzie
starsi, pamiętający chaos i terror dawnych lat, w dzisiejszych
względnych swobodach odnajdują spokój. Młodzi, energiczni ludzie,
którzy mogliby angażować się w ruchy wolnościowe, idą w biznesy, kupują
mieszkania, zakładają rodziny doceniając to, że w porównaniu z
pokoleniem rodziców wolno im niezwykle dużo. Jedyne ograniczenie to
trzymanie się z dala od polityki. Czy w sytuacji, gdy dobrobyt
materialny jest osiągalny, komuś będzie się chciało upominać o jakieś
nieuchwytne prawa człowieka? Tylko niektórym się chce, lecz nie w
kwestiach zasadniczych, a raczej w sprawach, które bezpośrednio ich
dotykają.
W 2004 roku trzy i pół miliona ludzi wzięło w Chinach udział w
protestach. Ruch ten nie dowodzi jednak narastania sprzeciwu wobec
władz najwyższych. Te nielegalne w świetle chińskiego prawa incydenty
wybuchały głównie na tle niezadowolenia z polityki lokalnych władz.
Demonstrowano przeciwko brutalnym wysiedleniom wieśniaków na trasach
nowych autostrad czy tolerowaniu przez urzędników trucia ziemi i wody
przez prywatnych przedsiębiorców.
Kiedy w 2004 roku w więzieniu zamordowano Suna Zhiganga, pracującego w
Kantonie studenta, nie skończyło się tylko na surowych karach dla
współwięźniów i strażników (dwa wyroki śmierci, dziesięć kar więzienia
od 3 lat po dożywocie). Suna zatrzymano, ponieważ nie miał przy sobie
dokumentów, na mocy datującego się z 1982 roku przepisu uznającego
osoby bez dokumentów za nielegalnych przybyszów. Zaczęła się dyskusja o
modernizacji chińskiego prawa. Stało się to możliwe m.in. dzięki
internautom, którzy szeroko dyskutowali przypadek Suna i
krytykowali działania aparatu państwowego, kreując niespotykaną
wcześniej w warunkach ściśle regulowanych mediów społeczną presję. Jej
efektem było m.in. odebranie policji prawa do swobodnego zatrzymywania
i deportowania obywateli oraz do przetrzymywania ich bez postawienia
zarzutów, a także stopniowe wprowadzanie nowych procedur traktowania
więźniów w 700 chińskich ośrodkach penitencjarnych. Ale legitymacji
samych władz do rządzenia nie kwestionowano.
Państwo prawa w Chinach rodzi się na naszych oczach. Czy na naszych
oczach zacznie tam powstawać demokracja? Już dziś połowa samorządów
lokalnych pochodzi z wyborów, partyjna góra musi też liczyć się z
delegatami zrzeszonymi w Narodowym Kongresie Ludowym, czyli chińskim
niebezpośrednio obieranym parlamencie. Celem obecnej ekipy pod wodzą
prezydenta Hu Jintao i premiera Wen Jiabao jest stworzenie w Chinach
spójnego i nowoczesnego systemu prawnego do roku 2010. O demokracji nie
ma na razie mowy. Ale kto jeszcze kilkadziesiąt lat temu odważyłby się
powiedzieć, że Chiny ludowe wejdą na ścieżkę kapitalizmu?
|