Majtki przewodniczącego Mao


Mała salka, na ścianach fotografie upamiętniające Mao Zedonga. Jedna przedstawia męską bieliznę. „W tych majtkach przewodniczący Mao przepłynął Jangcy,” mówi z namaszczeniem Ernest. „Miał wtedy 73 lata!”


Tablica przed muzeum Mao

Młodzi Chińczycy chętnie przyjmują zachodnie imiona. Liu Jiang przybrał imię „Ernest”, bo to prawie jak „earnest” (ang. poważny, sumienny), a Chińczycy przywykli do imion znaczących. Jest anglistą, pracę magisterską pisał na temat autobiografii Benjamina Franklina „Żywot własny”. Ale ta otwartość na Zachód tak u niego, jak i u wielu Chińczyków nie przekłada się na zdolność niezależnego myślenia o własnej ojczyźnie. Nie tylko Ernest w miejscach takich, jak to mini-muzeum przy jednym z parków w Changsha, gdzie Mao został komunistą, z inteligentnego rozmówcy przeistacza się w wyznawcę kultu jednostki. Razem z nim miliony Chińczyków sławią dziś bezkrytycznie twórcę reżimu, który pozbawił życia miliony innych Chińczyków.

Zadekretować sukces

Odkąd w 1983 r. komitet centralny Komunistycznej Partii Chin zdecydował na wniosek Deng Xiaopinga, że Mao miał rację w 70%, a w 30% się mylił, kwestia dorobku maoistowskiego komunizmu w Chinach została zamknięta. Dziś portrety Mao wiszą w sklepach i szkołach, a wisiorki z jego podobizną dyndają na lusterkach samochodowych. Przewodniczący cieszy się powszechną opinią wybawcy, który wydobył Chiny z najgłębszej zapaści, ocalił kraj przed rozpadem, odbudował dawną potęgę. Tragiczne w skutkach kampanie antyinteligenckie, którym przewodził, szaleńcze reformy gospodarcze, represje wobec nieprawomyślnych, niszczenie dorobku chińskiej kultury nie były i nie są przedmiotem publicznych debat.

W XVIII wieku Ignacy Krasicki pisał o Chinach: „Miłość własna tak ten naród zaślepia, iż mieniąc się być najcelniejszą świata częścią, a czyniąc go czworograniastym, centrum zabierają dla siebie; resztę narodów mieszczą po kątach.” Chińska wizja uniwersum, wedle której „Państwo Środka”, znajdujące się w centrum świata, otaczają ludy barbarzyńskie, legła w gruzach w XIX wieku, kiedy w starciu z nowoczesnymi mocarstwami chiński kolos począł się chwiać. Francuski konsul w korespondencji dyplomatycznej z 1897 r. tak opisał Chiny: „trup gotów do poćwiartowania, który sam pcha się pod nóż.” Dziś odradzająca się potęga kraju, któremu dawni ciemiężcy kłaniają się coraz niżej, witana jest z dumą, a nawet z pychą. Szczerej radości z Igrzysk Olimpijskich towarzyszy długo wyczekiwany, lecz tym słodszy triumf, żeby nie rzec – triumfalizm.

Postulat, by trwające właśnie Igrzyska jako imprezę sportową trzymać z dala od polityki nie uwzględniał faktu, że same Chiny w istocie widzą w nich o wiele więcej. Rząd w Pekinie z rozmysłem dążył do tego, by impreza stała się dowodem potęgi, pokazem wpływów i siły rodzącego się supermocarstwa. Rywalizacja sportowa jest ważna o tyle, o ile pozwoli zdobyć respekt, zaś sukces całego przedsięwzięcia ma ugruntować wiarę w kompetencję i nieograniczone możliwości rządu chińskiego. Ale zamiast udowodnić, jak wielkie postępy kraj poczynił, Igrzyska pokazują, jak wiele pozostaje w nim wciąż do zrobienia.

Na ostatniej prostej przed Igrzyskami, których motto brzmi „Jeden świat, jedno marzenie”, coś popsuło się w rozkręconej na maksymalne obroty machinie promocyjnej. Nagle okazało się, że świat, który już-już leżał u stóp, nie daje się kontrolować. Związki z Sudanem, toksyczne zabawki, krwawa rozprawa z Tybetańczykami i zawłaszczenie olimpijskiego ognia sprawiły, że świat zaczął mówić o Chinach ostrzejszym tonem. W odpowiedzi pośród zwykłych Chińczyków poczęła narastać ksenofobia.

Myśl przewodnia

CCTV-9, anglojęzyczny kanał chińskiej telewizji, w najgorętszym okresie antychińskich protestów wyświetlił program dokumentalny o Tybecie. Skierowane do cudzoziemców dzieło zdradzało wewnątrzchińskie podejście do sprawy. Frazy takie jak „zacofane społeczeństwo”, „okrutne rządy”, „pokojowe wyzwolenie” przewijały się niczym mantra. Poczucie cywilizacyjnej wyższości wobec Tybetu, państwa obejmującego niegdyś terytorium znacznie większe, niż dzisiejsza chińska prowincja o tej nazwie, jest w Chinach głęboko zakorzenione.

Korespondent BBC Matt Frei podczas podróży po Chinach w 1984 r. widział chińskich turystów natrząsających się z tybetańskich mnichów i wyzywających ich od jaskiniowców. Mimo upływu blisko ćwierćwiecza tamto podejście jest wciąż obecne. Marcowe tybetańskie protesty napotkały pośród Chińczyków na mur niezrozumienia, i to bez względu na poziom wykształcenia czy wiek. Nic dziwnego, skoro tak szkoła, jak i wszystkie media bezustannie powtarzają, że Tybet był częścią Chin „od zawsze”, a hojny rząd centralny wspaniałomyślnie przeznacza pieniądze z budżetu państwa na rozwój tej dalekiej a niewdzięcznej prowincji.

Świadomość narodowa Chińczyków kształtowana jest z myślą o jej impregnacji na inny punkt widzenia. Po masakrze na placu Tiananmen, kiedy chińskiemu reżimowi zajrzało w oczy widmo demokratyzacji kraju, rządzący postanowili raz na zawsze wybić swoim obywatelom i obcokrajowcom z głowy wizję wolnych Chin. Wdrożono program „wychowania patriotycznego”, nastawionego na udowodnienie, iż Chiny od zarania były państwem autokratycznym i takie też muszą jeszcze czas jakiś (najlepiej dłuższy) pozostać, by zachować swoją tożsamość. Narzędziem w walce z zewnętrznymi wpływami stała się agresywna retoryka nacjonalistyczna, wedle której wszystko w Chinach liczy tysiące lat, bez względu na fakty historyczne.

W rezultacie tych zabiegów w społeczeństwie narosły nastroje szowinistyczne. Chińskie portale pełne są ostrych wypowiedzi „młodych gniewnych”, którzy z wyższością patrzą na inne kultury i wszędzie doszukują się antychińskich spisków. Retoryka ta przenika także na Zachód - wielu wpływowych ludzi jest przekonanych, że wolność w Chinach to mrzonka, a kraje zachodnie nie powinny zabierać głosu w wewnętrznych sprawach mądrych i starożytnych Chin.

Protesty przeciw protestom

W miarę, jak trasa sztafety olimpijskiej unosiła znicz coraz dalej od Londynu, Paryża i San Francisco, malało zainteresowanie zachodniej opinii publicznej protestami. Tymczasem to właśnie wydarzenia z dala od Zachodu mówiły najwięcej o prawdziwej sytuacji w Chinach.

O protestach chińską opinię publiczną poinformowano mimochodem, z opóźnieniem i zastrzeżeniem, że te „oburzające incydenty” nie zniweczyły „radosnego nastroju”. Wielu uznało, że Zachód obawia się rosnących w siłę Chin, że zazdrości im szybkiego rozwoju i znaczenia, że spiskuje, dążąc do klęski Igrzysk. Kiedy Chińczykom po raz pierwszy umożliwiono dostęp do zagranicznych mediów, zdumieni pytali oni zagranicznych dziennikarzy „Czemu wasze wiadomości są tak dalekie od prawdy?”. Niektórzy wręcz ze smutkiem konstatowali, że rząd miał rację, blokując dotąd tak kłamliwe źródła informacji. Szybko pojawił się szlagier „Nie bądź zbyt CNN” i strona internetowa www.anti-cnn.com, „obnażająca kłamstwa i przeinaczenia w zachodnich mediach”.

Podobną krytykę pod adresem zachodnich kolegów głosiły kontrolowane przez rząd chińskie media. Oskarżenia takie dziwnie brzmiały w ustach dziennikarzy, których relacji z wydarzeń w Tybecie i na Zachodzie nie można w żadnym razie określić mianem obiektywnych. Krytyce nie towarzyszyła też informacja, że zagranicznych dziennikarzy z Tybetu wydalono, a później nadzorowano, uniemożliwiając im w tej sposób bezpośrednie zbieranie materiałów.

„Patriotyczna histeria” przybierała drastyczne formy. Grace Wang, Chinka studiująca w USA, stała się obiektem nagonki po tym, jak podjęła się mediacji w sporze między protybetańskimi i prochińskimi demonstrantami. Dziennikarz i blogger Chang Ping został nazwany zdrajcą za tekst „Jak znaleźć prawdę w Lhasie”, w którym pytał o sens postaw nacjonalistycznych. Pewnemu zagranicznemu korespondentowi, którego fotografię zamieszczono w Internecie wraz z informacją o jego miejscu pobytu, grożono śmiercią. I nie były to przypadki odosobnione. Nieliczne głosy domagające się umiarkowania ginęły w krzykach nacjonalistów posuwających się nawet do nawoływania do fizycznej eliminacji Tybetańczyków.

Zwłaszcza protesty w Paryżu i próba wyrwania znicza niepełnosprawnej szermierce Jin Jing sprowokowały pełne rozczarowania i gniewu komentarze w rodzaju „Kto tu narusza prawa człowieka?” Agencja prasowa Xinhua, tuba propagandowa rządu, ostrzegała oburzonych, by nie narażali na szwank oficjalnej polityki otwarcia na zagraniczne inwestycje: „Trzeba zdać sobie sprawę, że dla Chin, które tyle już doświadczyły, droga ku przyszłości nie będzie całkiem gładka.” Zarazem określiła wezwania do bojkotu mianem „prostego przejawu zapału patriotycznego i szczerej demonstracji opinii publicznej”.

Nie pomogło - przez chińskie miasta przetoczyła się fala demonstracji. Powiewano francuskimi flagami ze znakiem swastyki, eksponowano wizerunki Jin Jing, której paryskie przejścia urosły do rangi symbolu. Podobne protesty przeciwko zachodnim mediom i demonstracje proolimpijskie odbyły się też na Zachodzie. W Paryżu kilka tysięcy protestujących zebrało się na Placu Republiki, a ponad tysiąc osób demonstrowało pod budynkami BBC w Londynie i Manchesterze przeciwko przekłamaniom w mediach. Postawę „Niech się Zachód od nas odczepi” przyjęło wielu Chińczyków.

Podczas sztafet olimpijskich w Australii, Japonii, Korei Południowej i Wietnamie tysiące Chińczyków wyległo na ulice, aby wyrazić poparcie dla ojczyzny i sierpniowych Igrzysk. Chińska diaspora demonstrowała także w Nowej Zelandii, której nie było na szlaku sztafety. Antychińskie transparenty utonęły w morzu czerwonych flag. Kiedy wreszcie w maju znicz trafił ostatecznie na chińską ziemię, czerwone flagi miały już całkowity monopol. Władze dołożyły wszelkich starań, by 21 czerwca w Lhasie, stolicy Tybetu, tylko one powiewały na tle Himalajów. Koniec końców sztafetę odtrąbiono pełnym sukcesem.

Niebezpieczne słowa

W języku chińskim „Chiny” funkcjonują pod dwiema nazwami. Zhongguo - Państwo Środka - to Chiny jako państwo, dziś Chiny kontynentalne, zaś Zhonghua to nazwa ogólniejsza, znacząca mniej więcej „Chiny jako obszar kulturowy”. Słowo to wchodzi w skład oficjalnych nazw Chińskiej Republiki Ludowej - Zhonghua Renmin Gongheguo - i Tajwanu, czyli Republiki Chińskiej - Zhonghua Minguo.

Kiedy dzisiejsi komuniści mówią o „jednych” czy też „wielkich Chinach” (One China), zawłaszczają termin Zhonghua i spajają go z Zhongguo. Na kwestię Tajwanu patrzą nie tylko z punktu widzenia polityki, ale także - a może przede wszystkim - przez pryzmat honoru narodowego czy też kulturowego. Stawianie znaku równości między Zhongguo i Zhonghua powoduje, że w oczach wielu obserwatorów z Zachodu to rząd w Pekinie staje się depozytariuszem całej kultury chińskiej, jak gdyby była ona tożsama z bytem politycznym, jakim jest ChRL.

Tajwan to obok Tybetu i praw człowieka kwestia, której obcokrajowcy w Chinach nie powinni poruszać. Dla własnego dobra. Nie tylko spokojna, ale w ogóle jakakolwiek dyskusja na tematy polityczne jest tu praktycznie niemożliwa, o ile nie ma całkowitej pewności, że rozmówca jest naprawdę zainteresowany wymianą poglądów. Zagraniczni nauczyciele mają wręcz oficjalny zakaz angażowania się z uczniami w te „niebezpieczne” rozmowy. Kto się nie podporządkuje, ryzykuje poważne konsekwencje. I to nie tylko ze strony władz uczelni, ale i samych studentów.

Autentyczna scena z przeciętnej uczelni w przeciętnej prowincji: czterdziestu młodych ludzi wciśniętych między wąskie ławki rozpoczyna lekcję angielskiego. Nauczyciel rozdaje materiały. Tematem są nazwy geograficzne. Nagle podnosi się wrzawa, studenci wstają i krzycząc zaczynają uderzać pięściami w ławki. Niebawem cała sala wrze. Powód? Jedna z rubryk tabeli krajów zawiera Tajwan. A przecież Tajwan to część Chin! Nauczyciel okazuje się wrogiem, dążącym do „rozbicia ojczyzny”. Tu nie ma miejsca na jakąkolwiek dyskusję, bluźniercę trzeba zakrzyczeć.

Reperkusje oficjalne bywają mniej spektakularne, lecz surowsze. Nauczycielom zagranicznym opowiada się ku przestrodze historie takie, jak ta o pewnym zasłużonym i wielokrotnie nagradzanym przez władze prowincji nauczycielu angielskiego, który po kilku latach pracy w Chinach poczuł się na tyle pewnie, że zaczął rozmawiać ze swoimi studentami o polityce i Mao. Zasługi i doświadczenie przestały się liczyć - został wydalony.

Odwilż czy mróz?

Czy takie zdarzenia mogą dziwić w kraju, w którym nie ma wolności prasy, słowa ani zgromadzeń, w którym jeszcze niedawno skarżenie się przed obcokrajowcami karane było zesłaniem do obozu pracy? W związku z Igrzyskami prawo to zniesiono, ale nadal wykorzystywane jest przed funkcjonariuszy do zastraszania nieświadomych obywateli. Inne ograniczenia zniesione dzięki Igrzyskom dotyczą np. samodzielnego poruszania się zagranicznych dziennikarzy po kraju. Zamknięcie Tybetu w następstwie protestów pokazuje jednak, że w razie problemów represje błyskawicznie wracają do łask. Także niezapowiedziane obostrzenia wizowe i wzmożona kontrola obcokrajowców przeczą tezie o otwartości. To ma być chińskie święto.

Przyznaniu w 2001 r. Chinom organizacji Igrzysk towarzyszyła nadzieja, że przyniosą one poprawę sytuacji w dziedzinie praw człowieka. Jacques Rogge, szef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, mówił w wywiadzie w 2002 r. „Przekazaliśmy przywódcom Chin, by jak najszybciej i jak najbardziej poprawili sytuację praw człowieka.”  Pytany, co MKOl zrobi, jeśli Chiny nie wypełnią tych zaleceń, odrzucił pytanie jako spekulatywne i wyraził przekonanie, że poprawa nastąpi. Teraz Amnesty International alarmuje, że dążąc do pokazania światu „harmonii” panującej w kraju, rządzący spotęgowali kontrolę i represje. Yang Lian, chiński poeta mieszkający w Londynie, potwierdza, że obecne władze w Pekinie dążą do pełnego zapanowania nad jakimkolwiek zorganizowanym oporem. Już wkrótce przekonamy się, czy wraz z Igrzyskami i ta dyskusyjna odwilż przejdzie do historii.

Być może dobrze się stało, że wezwania do bojkotu imprezy spełzły na niczym. Działania takie zostałyby niechybnie uznane za wrogie i pogłębiłyby tylko nastroje szowinistyczne, wykopując między Zachodem a Chinami rów chyba nie do zasypania. W końcu dla Chińczyków Igrzyska to więcej, niż impreza sportowa. Dowodzą tego choćby sondaże, wedle których grubo ponad 90% Chińczyków jest przekonanych, że Igrzyska będą sukcesem i że poprawią wizerunek kraju na świecie, oraz tysiące dzieci, którym nadano imię Aoyun, znaczące właśnie „Igrzyska Olimpijskie”. Ale wciąż można i trzeba upominać się o prawa człowieka na konferencjach prasowych, przemycać „bibułę” i nie przestawać poddawać zwykłym Chińczykom myśli, że za fasadą oficjalnej państwowej retoryki coś się kryje. Skłonić chińskie społeczeństwo, a zwłaszcza inteligentnych  młodych ludzi pokroju Ernesta, do samodzielnego myślenia - to powinno być celem działań Zachodu.

Ale i obcokrajowcy spacerujący dziś po Pekinie powinni myśleć samodzielnie. Hu Jia, chiński działacz dysydencki, którego w kwietniu skazano na trzy i pół roku więzienia za „działalność wywrotową przeciwko państwu”, czyli pisanie artykułów o represjach, AIDS czy ekologii oraz kontakty z obcokrajowcami, przed aresztowaniem skierował do kibiców olimpijskich następującą odezwę:

„Zobaczycie drapacze chmur, szerokie ulice, nowoczesne stadiony, entuzjastycznie nastawionych ludzi, zobaczycie prawdę - ale nie całą. Tak, jak widać tylko wierzchołek góry lodowej, tak i wy możecie nie dostrzec, że kwiaty, uśmiechy, harmonia i dobrobyt stoją na fundamencie krzywd, łez, więzień, tortur i krwi.”


Dawid Juraszek


[powrót do Czytelni]