Państwo Środka Komunikacji
Przy
blisko trzykrotnie większej liczbie ludności i ponad dwa razy
większym terytorium, mają sieć kolejową i drogową ok. trzy razy
krótszą od Unii Europejskiej. Długo pogrążone w stagnacji, od
lat 80. za sprawą gospodarczego boomu są areną ożywionej migracji
wewnętrznej. Jak i czym podróżuje dziś zwykły mieszkaniec Chin?
Trwa największa doroczna wędrówka świata – Święto Wiosny.
Chińczycy wyruszają ze szkół i miejsc pracy w rodzinne okolice i
z powrotem. Powodem jest Nowy Rok, według kalendarza księżycowego
obchodzony tym razem 18 lutego. Wzmożony ruch zaczął się 3 lutego,
skończy 14 marca. Infrastruktura udźwignąć musi w tym czasie 2,17
miliarda podróży, o 4.9% więcej niż w zeszłym roku. Rekordowe
155 milionów pasażerów skorzysta z transportu kolejowego,
1,97 miliarda z drogowego, 28,41 miliona z wodnego, a 19,3 miliona z
powietrznego. Właśnie w lotnictwie odnotowano najwyższy wzrost, bo aż o
9.4%.
To największy obok Święta Pracy w maju i Święta Narodowego w
październiku sezon masowych podróży. A przecież dynamicznie
rozwijający się kraj tętni życiem przez okrągły rok.
Na ulicach cichosza
Stereotypowe wyobrażenie Chińczyka na rowerze odchodzi w przeszłość.
Wprawdzie według Chińskiego Stowarzyszenia Rowerowego po kraju nadal
jeździ około pół miliarda tych dwukołowców, ale gdy w
1990 r. na sto miejskich rodzin przypadało 188,6 rowerów, to w
2005 już tylko 120. Wciąż blisko połowa mieszkańców miast
korzysta na co dzień z roweru, pozostali ochoczo przesiadają się jednak
na skutery i samochody. W 2006 r. sprzedano 7,22 miliona nowych
pojazdów, o 25% więcej, niż w 2005, z czego 400 tysięcy trafiło
na ulice Pekinu. W stolicy od początku lat 90. aut przybywa w tempie
10-15% rocznie.
Chiny są drugim rynkiem motoryzacyjnym świata; przewiduje się, że w
ciągu dekady odbiorą USA koszulkę lidera. W produkcji samochodów
stanęły właśnie na podium obok USA i Japonii. Od 12 lat są największym
producentem motocykli na świecie, od pięciu największym ich eksporterem
(głównie do Afryki i Azji Południowo-wschodniej), a państwowa
firma zbrojeniowa China South została właśnie największym
wytwórcą, z wydajnością pięciu milionów pojazdów
rocznie. Najpopularniejsze marki produkowane przez korporację to
Jialing, Jianshe, Dayang i Jinan Qingqi. Rozpiętość cenowa zapewnia, że
na własne dwa kółka stać prawie każdego. Używany skuter to
wydatek rzędu kilkuset juanów (1 zł ~ 2,7 juana), przyzwoite
nowe modele zaczynają się od tysiąca kilkuset.
Po ulicach Pekinu jeździ 2,88 miliona pojazdów mechanicznych, w
tym ponad dwa miliony prywatnych. Szacuje się, że codziennie przybywa
ich… tysiąc. Przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 r. liczba ta
przekroczyć ma 3,3 miliona. Do tego trzeba doliczyć pół miliona
pojazdów niezarejestrowanych w stolicy. Zarazem Pekińczycy
siadają za kółkiem cztery razy częściej, niż kierowcy np. w
Tokio. W 1994 r. przeciętna prędkość w godzinach szczytu wynosiła 45
km/h, dziś nie przekracza 10 km/h.
Rower, niegdyś hołubiony, dziś zaczyna kojarzyć się z biedą.
Pęczniejąca chińska klasa średnia w samochodzie widzi nie tylko symbol
statusu na wzór zegarka w latach 70., ale i klucz do
indywidualnej wolności. Dla wielkomiejskiej młodzieży obsługa komputera
i prawo jazdy to mus. W Pekinie „prawko” ma już 4,24 miliona
osób.
Motocykle i skutery, według szacunków stanowiące połowę
wszystkich pojazdów mechanicznych w Chinach, wypadają z łask. 1
stycznia Kanton zamknął przed nimi swoje centrum. Powodem były
zanieczyszczenie, wypadki i zmotoryzowani rabusie, ale też natręctwo
taxi-motocyklistów, których pogoń za klientem często
graniczyła z terroryzmem. Ograniczenia dla 790 tysięcy miejscowych
motocyklistów wprowadzano stopniowo od 2004 r. A Kanton nie jest
tu wcale wyjątkiem.
W Pekinie koncesjonowane korporacje taksówkowe zarządzają blisko
70 tysiącami samochodów. Każdy przebywa na ulicach średnio sześć
razy dłużej, niż samochód prywatny. W metropoliach ustalana
odgórnie opłata startowa wynosi ok. 10 juanów, a każdy
kilometr to od 1 do 2 juanów. Stawkę nalicza taksometr, ale
tempo zależy nieraz od prezencji i paszportu pasażera.
Koszt prawa jazdy w Chinach jest dość wysoki (w Pekinie nawet 3000-5000
juanów), stąd wieśniacy i mieszkańcy mniejszych miast często nie
podchodzą do egzaminu, korzystając z „tolerancji” lokalnej policji. Na
skomplikowanym systemie przyznawania tablic rejestracyjnych, mającym
regulować ilość pojazdów w regionach i miastach, korzysta czarny
rynek handlu tablicami. Zanim 1 lipca 2006 wprowadzono obowiązkowe
ubezpieczenie dla 130 milionów wszelkiego rodzaju
pojazdów mechanicznych, tylko 35% pojazdów należących do
przedsiębiorców objętych było ubezpieczeniem.
Chiny przodują w ponurej kategorii wypadków śmiertelnych. W 2006
r. na drogach zginęło tu 89,455 osób; pierwszy raz od 2000 r.
liczba ofiar nie przekroczyła 90 tysięcy. Wciąż 15-20% wszystkich
śmiertelnych wypadków drogowych na świecie ma miejsce w Chinach.
Za Rewolucji Kulturalnej dowodzono, że czerwień nie może oznaczać STOP,
tylko wręcz przeciwnie. Dziś winę za tragedie na drogach ponosi nie
polityka, a zwykła ignorancja. Im dalej na prowincję, z tym większą
swobodą kierowcy i piesi podchodzą do reguł pisanych i
zdroworozsądkowych.
Sygnalizacja świetlna, znaki drogowe i zasady ruchu drogowego są
powszechnie ignorowane. Widok motocykla obarczonego chwiejnym ładunkiem
krzeseł czy roweru z przytroczonymi z boku kilkumetrowymi rurami
bambusa nie należy do rzadkości. Z prętów i listew wystających
spod plandek ciężarówek nie zwisa nawet kolorowa szmatka. Sterty
cegieł grożą wypadnięciem na głowy przechodniów. Ci ostatni
przechodzą przez ulicę zawsze i wszędzie, lawirując między
przeładowanymi pojazdami, z których wiele wyjeżdża z bocznych
ulic ledwo zwalniając, skręca jak im wygodnie, trąbi i wymusza
pierwszeństwo. Naciskanie klaksonu zastępuje naciskanie pedału hamulca.
Jednoślady sunące chodnikiem wzdłuż zakorkowanej ulicy nie dziwią
nikogo.
Autobus czerwony
W 2003 r. korki drogowe przyniosły Chinom 30 miliardów
dolarów strat gospodarczych. 16 z 20 najbardziej
zanieczyszczonych miast świata leży w Chinach. Gros zanieczyszczeń
produkują elektrownie węglowe, ale spaliny samochodowe mają rosnący
udział. W Pekinie stanowią jedną trzecią smogu. Rządowe plany
przewidują, że w ciągu pięciu lat komunikacja publiczna obsługiwać
będzie 30% całkowitego transportu miejskiego. Póki co wskaźnik
ten wynosi zaledwie 10%.
Władze robią, co mogą, żeby usprawnić komunikację w duszącej się
stolicy. Jedni stawiają na rozbudowę dróg, inni na transport
publiczny, wszyscy spoglądają w stronę o połowę mniej ludnego,
siedmiomilionowego Hongkongu, po którego ulicach porusza się
tylko pół miliona pojazdów. Tam 80% mieszkańców
wybiera transport publiczny; w Pekinie zaledwie 29%, choć PKB per
capita jest w dawnej kolonii brytyjskiej prawie czterokrotnie wyższe.
W 1994 r. po chińskich miastach jeździło 136 tysięcy autobusów;
dekadę później 287 tysięcy. W tym samym czasie liczba
pasażerów wzrosła z 29,9 miliarda do 42,72 miliarda. Stolica
planuje wzrost liczby autobusów z 18 do 21 tysięcy w 2010 r. Do
czasu rozpoczęcia Igrzysk 90% z nich ma jeździć na gaz płynny.
Komunikacja miejska działa na ogół sprawnie. Rozkłady jazdy
zamiast godzin odjazdów podają zwykle tylko trasę i
częstotliwość kursów. Opłatę za przejazd wrzuca się do metalowej
puszki pod okiem kierowcy. W użytku są też bilety elektroniczne.
Siedzenia bywają wykonane z metalowych rurek lub pokryte wytartymi
bambusowymi matami. Panuje pełna swoboda obyczajów, co w
połączeniu z tłokiem potrafi znacząco uprzykrzyć jazdę. Oprócz
zwykłych autobusów za 1 juana można też korzystać z
klimatyzowanych autobusów za 2 juany. Lepszych warunków
dopełnia głos zapowiadający kolejne przystanki.
W autobusach podmiejskich rządzi inkasent, kierowcy zostawiając
dotarcie do celu. Na ostatnie wieczorne kursy walą tłumy. Najbardziej
niecierpliwi dosłownie wtłaczają się do wnętrza przez okna. Miejsc
siedzących zazwyczaj nie starcza dla wszystkich, mimo, że inkasenci
dysponują dostawianymi taboretami. Wieśniacy wracający z targu
wypełniają ciasne wnętrze bambusowymi nosidłami, pękatymi torbami i
koszami. Pojedyncze kury można zabrać do środka, ale stado drobiu w
siatkowym worze czy… kozy trafiają na dach.
W okolicach dworców autokarów dalekobieżnych parkują
pojazdy prywatne. Często wyposażone w leżanki, oferują tanie kursy w te
same miejsca, co najpopularniejsze autokary rejsowe. Na dojazd w
rozsądnym czasie można jednak liczyć tylko, jeśli już na starcie
autokar ma komplet pasażerów i sprawne kluczowe podzespoły.
Inaczej po zainkasowaniu opłaty, zamiast na drogę za miasto, autokar
wjedzie do warsztatu, by następnie zbierać pasażerów po
okolicznych wsiach.
Krajowa turystyka przyniesie w tym roku 700 miliardów
juanów. Biura podróży oferują wyjazdy autokarowe już od
kilkuset juanów wzwyż. W 2007 r. chińscy turyści wybiorą się na
wycieczki 1,5 miliarda razy, 8% częściej, niż w 2006 r. Przewodnicy to
urodzeni showmani, sypiący dowcipami jak z rękawa. Do repertuaru
autokarowych rozrywek należy także śpiew, solowy i chóralny.
Obsługa z mikrofonem w garści raczy pasażerów tradycyjnymi
pieśniami, nieodmiennie kończonymi dziarskim „yiiii-ha!”! Jeśli
przewodnikowi skończą się anegdoty lub wysiądą struny głosowe, wyręczą
go pasażerowie i ochoczo sięgną po mikrofon.
Jak statki na niebie
W 2004 r. w katastrofie lotniczej w Mongolii Wewnętrznej zginęło 55
pasażerów i członków załogi samolotu China Eastern
Airlines. Od tamtej pory wysoki poziom bezpieczeństwa, spadające ceny i
gęstniejąca sieć połączeń powodują, że coraz więcej mieszkańców
Państwa Środka wybiera transport lotniczy.
Chińscy przewoźnicy obsłużyli w 2006 r. 160 milionów
pasażerów, o 15% więcej, niż w roku poprzednim. Mimo
problemów na rynku ropy naftowej, linie zanotowały zysk
sięgający 10 miliardów juanów, o 50% więcej niż w 2005 r.
W styczniu państwowa spółka China Southern Airlines ogłosiła
pierwszy od powstania pięć lat temu zysk.
Trzy największe linie lotnicze, Air China, China Southern i China
Eastern, pozostają pod kontrolą państwa. Gigantom rosną jednak prywatni
konkurenci. W ślad za działającą od 2005 r. pierwszą prywatną linią
lotniczą, Okay Airways, przyszły kolejne. Spring Airlines szczyci się
mianem pierwszej taniej linii, choć sensacyjna listopadowa oferta
„biletów za 1 juana” z Jinan do Szanghaju naraziła firmę na karę
150 tysięcy juanów za zaniżanie cen. China Express Airlines,
najmłodszy przewoźnik, od września obsługuje trasę między miastami
Guiyang i Liping w prowincji Guizhou.
Ten ostatni przykład obrazuje zmianę charakteru połączeń lotniczych w
Chinach. Powietrzne szlaki będą łączyć nie tylko prowincje i
metropolie, ale i mniejsze ośrodki gospodarcze w słabiej rozwiniętych
regionach.
Końcem 2006 r. Generalna Administracja Lotnictwa Cywilnego zaczęła
dotować linie obsługujące regionalne połączenia w
północno-zachodnich Chinach. Program pilotażowy ma za zadanie
dostosować proporcje do standardów światowych. Dziś zaledwie 9%
z ponad 900 samolotów pasażerskich w Chinach obsługuje linie
regionalne; na świecie wskaźnik ten wynosi 34%.
Wsiąść do pociągu byle jakiego
Kluczowym środkiem komunikacji w kraju, którego najdalej
wysunięte punkty dzieli 4500 km, pozostaje kolej. W zazwyczaj
nowoczesnych i punktualnych pociągach obowiązują cztery klasy: twarde
siedzenia (yingzuo), miękkie siedzenia (ruanzuo), twarde leżanki
(yingwo) i miękkie leżanki (ruanwo). Przed głównymi świętami
tłumy ciągnące do kas wylegają z dworców na ulice, emocje
sięgają zenitu, a przeciążony system komputerowy odmawia posłuszeństwa.
Chińska kolej obejmuje zaledwie 6% całkowitej długości kolei na
świecie, lecz w zeszłym roku wykonała 25% światowych przewozów.
Dziennie dostarcza 2,42 miliona miejsc. To i tak o połowę mniej, niż
wynosi dzienny obrót pasażerski podczas „szczytu
szczytów”, przypadającego w okolicach Nowego Roku. W 2006 r.
przewiozła 1,26 miliarda osób, 8,7% więcej, niż rok wcześniej. W
2007 r. ma przewieźć 1,365 miliarda. Będzie to czwarty kolejny rok
wzrostu przewozów.
W lipcu 2006 r. ruszyła Kolej Tybetańska. Długa na 1956 km trasa z
prowincji Qinghai do stolicy Tybetu, Lhasy, wspina się na rekordowe
5072 m n.p.m. W ciągu pół roku pociągi przywiozły do Tybetu 1,18
miliona pasażerów. 2,45 miliona turystów, którzy
odwiedzili w 2006 roku Tybet, to o 36% więcej, niż w roku poprzednim. W
planach jest przedłużenie trasy o dalsze 280 km na zachód do
miasta Xigaze. Linia miałaby zostać otwarta w 2010 r. Do tego czasu
Tybet ma odwiedzać rocznie 5 milionów turystów.
Chińskie dworce przypominają twierdze - nie tylko rozmiarami, ale i
systemami kontroli. Bagaż jest prześwietlany, do poczekalni wchodzi się
za okazaniem biletu, wstępu na perony strzegą bramki. Sterowany przez
zawiadujących ruchem kolejarzy tłum bezbłędnie trafia do właściwego
pociągu.
Przejścia bezprzedziałowych wagonów siedzących są przeważnie
szczelnie zapełnione pasażerami stojącymi i ich bagażem. Dominująca
strawa podróżnych to pakowane próżniowo kurze łapki,
gęsie szyje, suszone kalmary oraz tofu, zwykle ociekające ostrym sosem.
Zwykły gwar co rusz przerywany jest gromkim charkaniem. Chińczycy
odpluwają często i gęsto, większość wprost na podłogę lub na metalowe
tacki na stolikach, ci zaś, do których trafiła rządowa kampania
przeciwko pluciu, do foliowego woreczka lub chusteczki. Upały pomaga
znieść klimatyzacja lub podwieszone pod sufitem wiatraki.
Otwarte przedziały wagonów sypialnych składają się z sześciu
schludnie zasłanych pryczy. Wzdłuż pokrytego chodnikiem korytarza
ciągną się krzesełka i stoliczki. Bagaże tarasują przejścia, wystają
spod leżanek i gną półki nad głowami kłębiących się
pasażerów.
Obok umywalni i toalet znajdują się automaty wydające gorącą wodę.
Wszyscy noszą z sobą szklane termosy na herbatę. Kolejarze co jakiś
czas toczą przez wagony wózki z przekąskami. Gorący posiłek w
styropianowym pudełku kosztuje ok. 8 juanów. Podczas długich
postojów na dworcach można wyjść na peron i posilić się u
straganiarzy.
Gdzieś między godziną 22 a północą panie w mundurkach zaciągają
zasłonki, światło gaśnie. Rano wszystkich budzi rycząca z
głośników muzyka. Zamiast herbaty wrzątkiem traktuje się teraz
zupki instant. Zaczynają się peregrynacje do toalet. Rozpowszechniony w
Chinach model „kuczny” to najczęściej zagłębienie w metalowej podłodze
– rozwiązanie proste, ale do minimum ograniczające kontakt z toaletą.
Można odnieść wrażenie, że w Chinach nie ma małych stacyjek i wiejskich
przystanków. Podróżuje się od miasta do miasta, gdzie
perony od świata zewnętrznego oddzielają mury zwieńczone tłuczonym
szkłem.