|
Plac
Wymuszonego Spokoju
Dla Chin dwudziestolecie po
masakrze na Placu Tiananmen w Pekinie to epoka zmian – nie zawsze na
lepsze.
Największy plac świata, powstały na gruzach zabytkowych pekińskich
budowli, to dziwne miejsce. Z jednej strony Zakazane Miasto –
niegdysiejsza siedziba cesarzy ocalała z architekturalnej czystki
zgotowanej miastu przez Mao Zedonga – zamknięte monumentalną bramą,
która użycza nazwy całemu placowi, z drugiej socrealistyczne mauzoleum
Przewodniczącego, pośrodku zaś Pomnik Bohaterów Ludu. Plac
Niebiańskiego Spokoju to Chiny w pigułce, gdzie między zabytkami z
epoki cesarstwa i wytworami architektury komunistycznej kręcą się tłumy
turystów krajowych i zagranicznych. Pomimo rozmachu i gwaru trudno tu
jednak o przyjemny dreszczyk.
Czy każdy spacerujący po Placu turysta rozmyśla o 4 czerwca 1989 r.?
Pewnie nie każdy, pewnie nawet nie większość. Ale władze dbają o to, by
w powietrzu unosiła się aura niepewności. Do zachodnich turystów,
zwłaszcza takich, którym towarzyszą chińscy znajomi, podchodzą
mężczyźni w średnim wieku i po zadaniu kilku standardowych pytań – Jak
się macie? Podoba wam się Pekin? – znikają w tłumie. Sprzedawcy
pamiątek? Przecież niczego nie zaoferowali. Życzliwi albo ciekawscy
nieznajomi? Ale czemu pytali tak krótko i zdawkowo, jakby chodziło im
tylko o zaznaczenie swej obecności? Tajniacy?… Wystarczy, by zasiać
wątpliwość.
Chińskie władze mają na Plac oko. Choć w przeciwieństwie do
powszechnego przekonania protesty nie ograniczały się do Pekinu, a
większość ofiar masakry nie zginęła na Placu, lecz na sąsiednich
ulicach, jest on potężnym symbolem klęski pokojowego protestu – a może
raczej klęski autorytarnej władzy, która nie stanęła na wysokości
zadania. W tym samym roku, kiedy w Europie reżimy komunistyczne padały
jak kostki domina, a
przyzwyczajeni do jedynowładztwa rządzący nie śmieli zawracać kijem
rzeki historii, chińscy komuniści wybrali opcję siłową. Do dziś nie
wiadomo na pewno, ile ofiar pochłonęła krwawa rozprawa ze studentami,
robotnikami, lekarzami i innymi obywatelami, którzy domagali się
reformy ustroju. Oficjalnie pada liczba 241 zabitych i 7000 rannych, w
tym żołnierzy, lecz brak dokładnych list osób zabitych, zaginionych,
uwięzionych i straconych. Nieoficjalnie mówi się o kilku tysiącach
ofiar cywilnych.
Osoby związane z ówczesnym ruchem demokratycznym i politycy występujący
w obronie demonstrantów trafili do więzień lub pod stałą obserwację,
niektórzy wciąż tkwią w wieloletnim areszcie domowym, często bez
wyroku, o innych słuch zaginął. Rodzice ofiar do dziś nie mogą uzyskać
oficjalnej odpowiedzi na najważniejsze w ich życiu pytanie – co się
stało z moim dzieckiem? Masakra stała się tabu.
Ale to tragiczne wydarzenie jest tak naprawdę widoczne w tkance
dzisiejszych Chin. To ono w dużej mierze zadecydowało o tym, co myśli
dzisiejsze młode pokolenie, którego poprzednicy sprzed dwudziestu lat
położyli na szali historii swoje życie. I dlaczego dzisiejsza i
ówczesna młodzież tak się od siebie różnią.
Co ma zrobić władza, w której idee nikt już nie wierzy? Na przełomie
lat 80. i 90. Komunistyczna Partia Chin miała już za sobą pierwszą
dekadę otwierania się na świat zapoczątkowanego przez Deng Xiaopinga po
śmierci niereformowalnego Mao Zedonga w 1976 r. W kraju, w którym
władza zachęca obywateli do bogacenia się, ideały komunistyczne stały
się śmiesznie puste. Protesty na Placu były sygnałem, że zwykli
Chińczycy gotowi są do dalszych reform. Już nie tylko gospodarka miała
otwierać się na świat – także i polityka.
W połowie kwietnia 1989 r. śmierć sekretarza generalnego Hu Yaobanga,
zmuszonego do ustąpienia po otwartym głoszeniu potrzeby dogłębnych
reform, zapoczątkowała szybko nabierające rozmachu demonstracje. Kiedy
4 czerwca protest zgniotły gąsienice czołgów, przez Plac zdążyły się
już przewinąć ponadmilionowe rzesze antysystemowych demonstrantów.
Stało się jasne, że bez nowej idei trudno będzie zapanować nad głodnym
zmian narodem. Miliarda ludzi samymi czołgami w ryzach się nie utrzyma.
Jedną z takich idei stał się dobrobyt, do którego prowadzi dzisiejszy
„kapitalizm o cechach chińskich”, drugą – nacjonalizm.
Komunizm był wrogi dziedzictwu cesarskich Chin. Nie tylko podczas
obłędnej dekady rewolucji kulturalnej (1966-1976) burzono w Chinach
zabytki, palono księgozbiory, poniżano i mordowano intelektualistów.
Partia chciała zerwać z przeszłością, stworzyć nowego Chińczyka. Po
1989 r. pragnący wzmocnić nadwątloną władzę rząd dokonał jednak śmiałej
wolty: wiarę w plan pięcioletni zastąpić miała wiara w Chiny, ich
niedościgłą wielkość, niezrównaną przeszłość i niezmierzoną przyszłość.
Zaczęto od kuźni nowych pokoleń – szkoły. Programy nauczania
przeorientowano na wpajanie dzieciom i młodzieży przekonania o
wyjątkowości ojczyzny i jej relacji ze światem zewnętrznym. Na szczeblu
politycznym zapadła decyzja, że historia Chin liczy pięć tysięcy lat –
piękna równa liczba, mająca przyćmić dorobek jakiejkolwiek innej
cywilizacji, z „nic nieznaczącym przylądkiem”, czyli Europą (według
słów Mao Zedonga) na czele. Jakiekolwiek niezgodności i niuanse
historyczne przestały mieć znaczenie. To właśnie wpajane w szkole
przekonanie, że jedne i niepodzielne Chiny trwają bez mała od czasów
prehistorycznych sprawia, że kwestie Tybetu i Tajwanu – terytoriów
przez zdecydowaną większość tego czasu nie mających z Chinami nic
wspólnego – nie podlegają żadnej dyskusji. Przeciętny młody człowiek
przynajmniej coś jednak wie o tych kwestiach; o masakrze na Tiananmen
nie wie nic.
Poczucie krzywdy doznanej ze strony zachodnich mocarstw kolonialnych,
choć często historycznie uzasadnione, przybiera niekiedy monstrualne
rozmiary. Zniszczenia zabytków, nawet te wyrządzone przez samych
Chińczyków podczas rewolucji kulturalnej, bywają „zwalane” na zachodnie
mocarstwa. Niżej podpisany, kiedy potwierdził, że jest rodakiem
poprzedniego papieża, usłyszał: szefa tej organizacji, która wyrządziła
Chinom tyle złego? Przekonanie, że w pędzie do nadrobienia zacofania
gospodarczego Chińczycy mają prawo powtarzać błędy Zachodu, np.
niszczenie środowiska naturalnego, jest tak częste, że dziwi, iż nie
wysuwa się podobnych roszczeń w kwestii niewolnictwa, na którym Zachód
też przecież swego czasu ogromnie się wzbogacił.
Chyba najwyraźniej charakter chińskiego nacjonalizmu zaprezentował się
w roku Igrzysk Olimpijskich. Im bardziej nasilały się
protesty wobec krwawej marcowej rozprawy z Tybetańczykami, tym głośniej
chińska blogosfera wyzywała Zachód od najgorszych. Zachodnie apele o
poluzowanie
śruby zwykłym obywatelom spotykały się z wezwaniami do nie wtrącania
się w nie swoje sprawy, wygłaszanymi przez osoby, które na
zrealizowaniu tychże apeli mogłyby najwięcej zyskać. Protesty na
międzynarodowej trasie znicza olimpijskiego zostały przyjęte w Chinach
jako haniebny policzek wymierzony narodowej dumie. Fora i listy
dyskusyjne wielu zachodnich instytucji (np. BBC) zostały zalane przez
chińską młodzież korzystającą ze znajomości angielskiego, by obnażać
antychińskie spiski anglojęzycznych mediów.
Wielu młodych Chińczyków jest dziś wrogo nastawionych do samej idei
demokracji. Wpojono im, że Chiny zawsze były autorytarne (tak jakby
Zachód zawsze był demokratyczny), że naród chiński nie potrzebuje
wolności, że świat boi się Chińskiego Smoka i zatruwa go szkodliwymi
ideami, sprzecznymi z samą istotą chińskości. Wspierany przez nich rząd
puszczał mimo uszu apele o zwiększenie zakresu swobód obywatelskich, do
którego zobowiązał się przyjmując na siebie przywileje i obowiązki
organizatora Igrzysk. Dziś już widać, że nadzieje na postęp w relacjach
chińska władza – chińscy obywatele były płonne.
Społeczeństwo jest nadal kontrolowane, a wolność słowa ograniczona.
Władze ogłosiły wprawdzie, że więzienie opuścił jakoby ostatni
„chuligan” zamieszany w wydarzenia na Placu, czyli Liu Zhihua, który
otrzymał był wyrok dożywocia za przewodzenie strajkowi robotników
towarzyszącemu protestom studenckim. Ale taki gest nic nie kosztuje.
Tam, gdzie na gestach można stracić, po prostu się ich nie wykonuje.
Choćby rodzice dzieci, które poniosły śmierć pod gruzami źle
pobudowanych szkół podczas majowego trzęsienia ziemi w Syczuanie do
dziś nie mogą dojść sprawiedliwości – organizowane przez nich
zgromadzenia są rozpędzane przez policję, a dziennikarzom nie wolno
podejmować tematu.
Zhao Ziyang, sekretarz generalny partii i reformator, który za stawanie
w obronie protestujących został odsunięty od władzy i do śmierci w 2005
r. przebywał w areszcie domowym, nagrał w tajemnicy 30 godzin kaset,
przemyconych następnie za granicę. Powstała na ich bazie książka
„Więzień stanu: sekretny dziennik premiera Zhao Ziyanga” ma się ukazać
po chińsku w przeddzień dwudziestej rocznicy masakry, ale szanse, że
zapoczątkuje otwartą dyskusję o Tiananmen są nikłe – zwłaszcza, że
dostępna będzie oficjalnie tylko w Hongkongu.
Władze zrobią co mogą, by rocznica tragicznych wydarzeń na Placu
Niebiańskiego Spokoju pod każdym względem przypominała niczym się nie
wyróżniający dzień powszedni w kraju rozwijającym się gospodarczo
pomimo światowego kryzysu. Tylko policjantów na ulicach będzie więcej,
a tajniacy będą jeszcze bardziej czujni.
|