Przychodzi Chińczyk do lekarza


...a lekarz zaczyna od zbadania stanu jego portfela. Służba zdrowia w komunistycznych Chinach to jaskrawy przykład dzikiego kapitalizmu.


Powiększ

Dawno sprzedali mieszkanie i zapożyczyli się u rodziny na 200 tysięcy juanów (US$ 1 ~ RMB¥ 8.09). Dziś nie mają już pieniędzy na dalszą chemioterapię dla syna. Państwo Zhang z prowincji Hebei mogą teraz tylko patrzeć, jak ich chory na raka węzłów chłonnych dwunastoletni Xin umiera.

Tragedia rodziny państwa Zhang nie obrazuje problemów typowych dla najbiedniejszych mieszkańców Chin. Przed zachorowaniem syna byli przeciętną, średniozamożną rodziną. Biedniejsi, jeśli zgłaszają się do szpitali, to z oszczędnościami całego życia sięgającymi kilku tysięcy juanów, i zwykle odchodzą z kwitkiem. Według oficjalnych danych, od roku 1993 do 2003 odsetek osób bez dostępu do ubezpieczenia zdrowotnego w całym kraju wzrósł z 67.8% do 80.7%. W samych miastach liczba nieubezpieczonych skoczyła w ciągu tych samych dziesięciu lat z 96 do ponad 300 milionów. Połowy z nich nie stać na jakiekolwiek leczenie.

Ceny za usługi medyczne dyktuje w Chinach rynek. Niski poziom służby zdrowia na prowincji sprawia, że w poszukiwaniu przyzwoitej opieki lekarskiej wielu sprzedaje swój majątek, zapożycza się i wyjeżdża do wielkich miast. Nawet tam jednak leczenie pospolitych i uleczalnych chorób bywa pasmem udręki. Szybko się wyczerpujące limity przyjęć i brak gwarancji jakości usług miewają tragiczne konsekwencje po obu stronach stetoskopu. Pewien lekarz medycyny tradycyjnej został niedawno zasztyletowany przez niezadowolonego klienta. Nic dziwnego, że niektórzy w obawie przed atakiem rozzłoszczonych pacjentów wynajmują ochroniarzy.

Za te i inne problemy odpowiada wycofanie finansowania rządowego z sektora medycznego, zainicjowane ponad dwadzieścia lat temu. Wtedy to szpitale i instytuty medyczne zostały zmuszone do generowania zysków na pokrycie wydatków. Państwo zdjęło z siebie odpowiedzialność za stan służby zdrowia; usługi medyczne stały się towarem jak każdy inny. Od tamtego czasu szpitale prywatne i publiczne pobierają wysokie marże od świadczonych usług i nakłaniają pacjentów do poddawania się niepotrzebnym procedurom po to tylko, by zarobić na opłacenie rachunków. Zezwolenie na finansowanie działalności ze sprzedaży leków po zawyżonych cenach doprowadziło z kolei do zawrotnego wzrostu tychże oraz do wyparcia z terapii szpitalnej tańszych medykamentów na korzyść drogich odpowiedników.

W miarę jednak jak zwiększała się ilość stosowanych niepotrzebnie procedur medycznych, coraz więcej szpitalnych łóżek stało pustych (wskaźnik wykorzystania łóżek spadł z 87% w roku 1985 do 75% w 2004). Ośrodki medyczne wolą mieć puste sale, niż leczyć pacjentów, których nie stać na pokrycie wysokich rachunków.

Statystyki Ministerstwa Zdrowia pokazują, że w ciągu ostatnich ośmiu lat wzrost dochodów mieszkańców Chin kontynentalnych nie nadążał za zwyżką cen za wizyty i leczenie szpitalne, która co roku sięga kilkunastu procent. W latach 2000 – 2003 liczba pacjentów spadła o blisko 5%, gdy jednocześnie zyski szpitali wzrosły o około 70% (sic!). Z opłat w coraz bardziej się komercjalizujących szpitalach publicznych finansowane jest nie tylko leczenie i medykamenty, ale także pensje pracowników, zakup sprzętu medycznego i rozbudowa oddziałów. Pieniądze od pacjentów stanowią dziś niemal połowę finansów szpitali. 56% całkowitych kosztów sektora zdrowotnego ponoszonych jest przez obywateli, 27% przez przedsiębiorstwa i instytucje a tylko 17% przez państwo.

Kolejka po życie

Najlepsze pekińskie szpitale publiczne cieszą się ogromnym powodzeniem wśród pacjentów z całych Chin kontynentalnych. Przyciąga ich nie tylko reputacja tamtejszych specjalistów, ale i fakt, że dzięki rządowemu wsparciu opłaty za wizyty nie są tu wygórowane. Przyjmowanie pacjentów odbywa się wedle zasady „kto pierwszy, ten lepszy”.

Efektem są całoroczne kilkusetosobowe kolejki ustawiające się pod szpitalami bynajmniej nie wcześnie rano, ale późnym wieczorem, a nawet kilka dni wcześniej, by tylko kupić numerek upoważniający do przyjęcia przez upatrzonego specjalistę. W najpopularniejszym Szpitalu Tradycyjnej Medycyny Chińskiej w Pekinie, w zależności od tytułu lekarza, płaci się 9 lub 14 juanów. Cena niby przystępna, ale cały system stwarza wymarzone warunki pracy kombinatorom wszelkiej maści.

Zorganizowane grupy koników wykupują numerki, by następnie odsprzedać je zdesperowanym pacjentom zwykle z kilkukrotnym przebiciem, choć zdarza się i tak, że cena za dostęp do wybitnego specjalisty sięga nawet tysiąca juanów. Jeżeli kogoś na to nie stać, pozostaje wykorzystać znajomości lub więzy rodzinne w szpitalu, przekraść się do gabinetu i wybłagać u lekarza szybsze przyjęcie, albo po prostu cierpliwie czekać.

Szukający pomocy chorzy padają też często ofiarą naciągaczy. Grupa ta trudni się przekonywaniem zniecierpliwionych kolejkowiczów do rzekomo lepszych i łatwiej dostępnych klinik prywatnych. Te z reguły okazują się być firmami typu krzak, gdzie pacjentom podaje się zwykle niegroźne, ale i nieskuteczne preparaty ziołowe po zawyżonych cenach. Działka dla skutecznego naciągacza sięga nawet kilkudziesięciu procent ceny takiej „terapii”.

O ile bywa, że naciągacze wpadają w ręce policji, o tyle na działalność koników patrzy się przez palce. W kolejkach składających się ze zmęczonych, schorowanych i zrozpaczonych ludzi łatwo o awantury. Brygady koników pełnią rolę nieformalnej ochrony szpitali, zapewniając jaki taki porządek. Nawet gdyby jednak ktoś próbował rozbić tę swoistą solidarność lekarzy i koników, na niewiele by się to zdało. Prawo nie przewiduje jak dotąd tego typu przestępstwa. Większość aresztowanych manipulatorów po kilku dniach wychodzi na wolność.

Powiększ

Nowotworowe wioski

U pięćdziesięcioośmioletniej Lu Yiaoxia dwa lata temu wykryto raka płuc. Dziś, kiedy cierpienia stają się dla półprzytomnej kobiety nie do wytrzymania, mąż płaci miejscowemu lekarzowi 20 juanów za zastrzyk przeciwbólowy. Rodzina umierającej ma ponad 100 tysięcy juanów długu i świadomość, że wszystkie możliwości ratunku zostały już wyczerpane.

W okolicy Tianjinu, w prowincji Hubei, roi się od wytwórni chemikaliów. Tu także znajdują się najbardziej znane w kraju nowotworowe wioski i tu właśnie mieszka pani Yaoxia. Według mediów lokalnych, z 13 tysięcy mieszkańców dwu tylko wiosek, na przestrzeni ostatnich pięciu lat na raka zmarło trzystu. Brak środków nie pozwala im na poddanie się terapii.

Problem ten dotyczy niemal całych Chin. Według agencji Xinhua, nad brzegami Shaying, dopływu cieszącej się złą sławą rzeki Huai w północnych Chinach, znajduje się co najmniej 20 nowotworowych wiosek. Czynniki oficjalne potwierdzają, że zachorowalność na raka na obszarach wiejskich gwałtownie rośnie i jest główną przyczyną umieralności pośród mieszkańców wsi.

Za taki stan rzeczy odpowiada m.in. brak troski o środowisko. Niezliczone prywatne firmy, zajmujące się produkcją wyrobów chemicznych, nie przeznaczają środków na oczyszczanie odpadów produkcyjnych. Skutkiem jest zatruwanie wód rzecznych i gruntowych, przekładające się nie tylko na zdrowie mieszkańców, ale i na ich dochody z pracy na roli. Władze lokalne w obawie utraty inwestycji zwykle bagatelizują jednak ten problem, zdarza się, że sięgając po drastyczne metody. Wang Dehua, prowadzący kampanię na rzecz zamknięcia wytwórni chemikaliów w okolicach Tianjinu został w 2003 zesłany na rok do obozu pracy.

Bosonodzy lekarze

Instytucja „bosonogich lekarzy” pojawiła się w Chinach w latach sześćdziesiątych w ramach kolektywnej gospodarki rolnej. Wtedy to jedną lub więcej osób z każdej wioski szkolono w zakresie podstawowej wiedzy na temat leczenia i profilaktyki najpowszechniejszych schorzeń. Gospodarka kolektywna upadła w latach osiemdziesiątych, ale tysiące bosonogich lekarzy praktykuje do dziś.

To ci ludzie, na ogół bardzo słabo wykształceni i utrzymujący się z pracy na roli, zapewniają podstawową i często jedyną opiekę medyczną milionom rolników na chińskiej prowincji. Nie będąc jednak częścią oficjalnego systemu opieki zdrowotnej, nie mogą liczyć na wsparcie ze strony państwa. Władze lokalne w najlepszym razie ograniczają się do wypłacania im po kilkanaście juanów za udział w szczepieniu dzieci. Dzieląc czas między pracę na rzecz własnych rodzin a pomoc swoim społecznościom, bosonodzy lekarze pobierają od pacjentów jedynie symboliczne opłaty. Kilka najprostszych leków i dobre chęci połączone z latami praktyki to całe ich instrumentarium. Jednak brak jakiejkolwiek pomocy i potrzeba walki o własny byt zniechęcają wielu z nich do kontynuowania działalności.

O dziesięć juanów za dużo

Ponad trzy czwarte mieszkańców wsi, którzy zmarli w latach 2000 - 2003, dokonało żywota w domach, ponieważ nie było ich stać na leczenie – takie wstrząsające dane ujawnił Ośrodek Badań nad Rozwojem przy Radzie Państwa. Z badania przeprowadzonego w 2003 wynika ponadto, że 83% mieszkańców wsi odmawia hospitalizacji z powodu opłat. W przypadku mniej poważnej choroby, np. przeziębienia, połowa kupuje lekarstwa w lokalnych sklepach, a jedna piąta nie sięga po żadne leki.

Chińscy rolnicy szukają pomocy lekarskiej adekwatnej nie do stanu ich zdrowia, ale kieszeni. Dla wielu, strategią walki z chorobą jest jej przetrzymanie. 10 juanów za wizytę to dla budżetów większości rodzin zbyt duże obciążenie; zamiast tego, stosują się do zaleceń wiejskich szarlatanów i zielarzy. Zaniedbane przypadłości przeradzają się w poważne schorzenia, których koszty leczenia są dla przeciętnego mieszkańca prowincji już niewyobrażalne.

Według danych Ministerstwa Zdrowia, liczba lekarzy na tysiąc mieszkańców wsi spadła od 1985 r. z 1,55 do 1.02, podczas gdy wskaźnik wykorzystania łóżek w lokalnych ośrodkach zdrowia wynosi obecnie zaledwie 37%. Choroby są też jedną z najważniejszych przyczyn ubóstwa na wsi. Postawieni w obliczu poważnej przypadłości ludzie zmuszeni są pożyczać pieniądze od krewnych; odrabianie rozciąga się na lata. Koszty hospitalizacji były i są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków (patrz tabelki). W niektórych prowincjach, jak np. środkowochińskiej Henan, gdzie średni roczny dochód rolnika to zaledwie nieco ponad 1000 juanów, kilka tysięcy potrzebne na leczenie szpitalne to często oszczędności całego życia.


Powiększ

Światełko w tunelu


Epidemia SARS w roku 2003 oraz słabości, które ujawniła, boleśnie uświadomiły władzom Chińskiej Republiki Ludowej, jak pilnie całemu sektorowi medycznemu potrzebna jest reforma. Rządzący otwarcie wyrażają dziś zaniepokojenie rosnącym niezadowoleniem społecznym ze służby zdrowia. Według źródeł rządowych, Ministerstwo Zdrowia przygotowuje plan naprawy sytuacji w sektorze. Ostatni raport Rządowego Ośrodka Badań nad Rozwojem stwierdza, że kluczowy problem stanowi propagowane dotąd przez rząd nieograniczone urynkowienie służby zdrowia. Raport konkluduje, że ostatnie dwie dekady reform na tym polu okazały się niewypałem.

Problemy służby zdrowia widać gołym okiem, nie ma jednak zgody co do środków zaradczych. Rozważa się pomysł ustalenia koszyka podstawowych świadczeń medycznych, finansowanych przez państwo w wybranych szpitalach, przy jednoczesnym „puszczeniu na żywioł” rynku wysokiej klasy usług, z których zyski mogłyby częściowo dofinansowywać podstawową opiekę zdrowotną. Propozycja ta rodzi jednak nowe problemy, jak choćby zdefiniowanie co jest a co nie jest podstawową opieką medyczną, i jak uniknąć nadużyć. Same szpitale też stawiają opór, wskazując, że tylko znaczący wzrost finansowania placówek leczniczych zapewni, że taka reforma nie pozostanie na papierze.

Urzędnicy państwowi widzą to inaczej. Według Song Ruilina, zastępcy dyrektora departamentu zdrowia publicznego przy biurze prawnym Rady Państwa, samo zwiększenie wydatków państwowych na opiekę zdrowotną nie rozwiąże wszystkich problemów systemowych. Podaż pobudziłaby popyt, a bez względu na poziom państwowego finansowania, świadczeń zawsze będzie za mało. Wydatki na opiekę zdrowotną, już dziś przekraczające 5.5% PKB, mogą w ciągu najbliższych kilku lat wzrosnąć do 10%, jednak pozostanie to bez wpływu na polepszenie niskiej obecnie jakości świadczeń. Potrzebne są zmiany strukturalne.

Według nieoficjalnych źródeł, plan restrukturyzacji rynku usług medycznych w miastach czeka już na aprobatę Rady Państwa. Trzy do pięciu miast średniej wielkości miałoby zostać objętych pilotażowym programem, którego celem byłoby wprowadzenie bardziej dostępnej i skutecznej opieki zdrowotnej. Plan objąłby też poprawę poziomu podstawowych usług w lokalnych ośrodkach zdrowia, tak, aby zahamować odpływ pacjentów do największych miast. Zmiany nie dotyczyłyby jednak poziomu państwowego finansowania.

Jednocześnie na wsi próbuje się przywrócić zarzucony ćwierć wieku temu system spółdzielczych kas wiejskiego ubezpieczenia medycznego. W ramach reaktywowanego programu, rolnik wpłaca do kasy 10 juanów rocznie; kolejne 20 wpłacają wspólnie władze centralne i lokalne. W razie choroby, ubezpieczony rolnik otrzymuje zwrot części kosztów leczenia w granicach 15-55%, w zależności od wysokości wystawionego przez szpital rachunku. Celem wprowadzonego pilotażowo w 2003 roku programu jest objęcie do roku 2010 takim ubezpieczeniem wszystkich rolników.

Na koniec roku 2004 pomoc medyczną z puli sięgającej 1,18 miliarda juanów oferowało już ponad tysiąc powiatów. Z systemu skorzystało 5,49 miliona potrzebujących mieszkańców wsi. Władze lokalne informują, że zainteresowanie wykazuje ponad 90% rolników. Wzrasta liczba hospitalizacji, w niektórych powiatach liczba wykorzystanych łóżek podwoiła się.

Same jednak szpitale na prowincji w dalszym ciągu nie mogą liczyć na znaczące dofinansowanie. Wiele z nich bankrutuje, zanim doczeka się wzrostu zysków ze zwiększającej się liczby pacjentów. Równie wiele nie spełnia standardów profesjonalizmu i higieny. Przestarzały, niesprawny sprzęt medyczny i bardzo niskie płace (niekiedy wynoszące zaledwie 300 juanów miesięcznie) zniechęcają lekarzy do pracy w placówkach publicznych. Wielu rezygnuje i zakłada własne gabinety prywatne, co tylko pogarsza i tak złą sytuację publicznej służby zdrowia.

Ponadto rodzinom zadłużonym na dziesiątki tysięcy juanów, zastrzyk finansowy w postaci kilku- lub kilkudziesięcioprocentowego zwrotu wydatków może przynieść tylko chwilową ulgę. Przy tym główny ciężar finansowania programu spada na barki władz lokalnych. Trzeba też pamiętać, że system spółdzielczych kas ubezpieczenia medycznego próbowano wskrzesić już kilkakrotnie; wszystkie próby zawiodły. Dziś jednak władze ChRL zdają się być świadome, że tym razem od powodzenia programu zależeć może sukces całego planu reform.

Harmonijne społeczeństwo

Zakończone 11 października br. Plenum KC Komunistycznej Partii Chin przyjęło jedenasty już Pięcioletni Narodowy Plan Rozwoju Gospodarczego i Społecznego. Chińscy analitycy ocenili, że Plan przyniesie rewolucyjne zmiany.

Nowymi szlagwortami przywódców ChRL stały się „naukowe perspektywy rozwoju” i „harmonijne społeczeństwo”. To drugie hasło odnosić się ma do zasypania przepaści społecznych i gospodarczych w Państwie Środka, należących do największych na świecie, a zwłaszcza do poprawy bytu 750 milionów chińskich rolników. Przyznano, że szybki wzrost gospodarczy nie przekłada się na rozwój społeczny, i że taki stan rzeczy zagraża przyszłości całego kraju. Rządzący zapewniają, że od teraz najbiedniejsi i najsłabsi liczyć mogą na lepszą ochronę i większe wsparcie ze strony państwa.

Plan wytycza drogę zmian na najbliższe pięć lat. Na jego efekty już czekają miliony Chińczyków, którzy właśnie w tej chwili stoją w kolejkach do szpitali, pożyczają pieniądze na leczenie od krewnych, lub umierają w swoich domach.

Dochody szpitali państwowych (2004)


Szpital ogólny
Szpital TMC*
Szpital specjalistyczny
Średni dochód z leczenia
(w milionach juanów)
20,11
6,62
11,44
Średni dochód ze sprzedaży leków
(w milionach juanów)
17,85
7,31
9,08
Średnia opłata za wizytę
(w juanach)
113,9
82,9
145,0
Średnia opłata za hospitalizację
(w juanach)
4218,7
3121,3
6443,6
Liczba szpitali
5799
2288
1325
*Tradycyjna medycyna chińska
za South China Morning Post

Roczny dochód na osobę (2004)

W miastach
9422 juany
Na obszarach wiejskich
2936 juanów
na podstawie oficjalnych danych Rady Państwa

Źródła

South China Morning Post
China Radio International
Agencja Xinhua
China Daily
Human Rights China


Dawid Juraszek


[powrót do Czytelni]