| |
[drukowana wersja tekstu, pt.
"Kotlet z psa już nie w modzie", dostępna na stronie Newsweek
Polska]
Psie
żarcie
Młodzi Chińczycy aktywnie zmieniają swój kraj. Właśnie zaczęli mówić "nie" odwiecznym tradycjom kulinarnym. Słynąca z bogactwa składników i smaków kuchnia jest przedmiotem narodowej dumy Chińczyków. Jej oszałamiająca różnorodność ma jednak swoją cenę. W 2002 r. wirus SARS przeszedł na ludzi zapewne z cywet - dzikich zwierząt uważanych w południowej prowincji Guangdong za przysmak. Dziś inna kulinarna praktyka wywołuje protesty, które docierają także do władz. - Wielu Chińczyków je psie mięso - mówi Xia Chenhui, studentka z Hunanu - zwłaszcza zimą, gotowane w pikantnym „gorącym kociołku”. Tradycyjna medycyna i kuchnia chińska najchętniej korzysta ze składników naturalnych. Na targowiskach w południowochińskiej prowincji Guangdong kupić można skorpiony (na udar mózgu), mięso krokodyle (na astmę), żółwie (na raka), pangoliny (problemy z menstruacją) i mnóstwo innych zwierząt, czasem zagrożonych wyginięciem. W całym kraju w aptekach stoją słoje z leczniczymi nalewkami na wężach, leżą tacki z suszonymi konikami morskimi, larwami jedwabnika i jaszczurkami, a wiele środków na pospolite dolegliwości zawiera składniki zwierzęce, np. róg antylopy. Psina według tych samych zasad ma właściwości rozgrzewające. To między innymi w imię tego przekonania co roku 10 mln psów i 4 mln kotów kończy w Chinach na talerzu. Przyzwyczajenia konsumpcyjne ulegają jednak stopniowej przemianie. O ile starsi kantończycy wciąż jadają np. słynną zupę z węża i kota znaną jako "pojedynek smoka z tygrysem", wśród młodzieży takie potrawy z różnych względów nie są dziś trendy. - Jako dziecko często jadłam psie mięso - przyznaje pracująca w Kantonie Wang Lu. - Później zrozumiałam, jakie to urocze zwierzę. Moi znajomi sądzą podobnie, ale starsi ludzie mają inne zdanie. - I dodaje: - Psinę serwuje większość restauracji. Peng Lifang, zastępca menadżera hotelu w Shenzhen, nie do końca się zgadza: - Jak ktoś chce, to restaurację z psim mięsem znajdzie. Ale najpierw musi poszukać. - Młodzież woli inne rzeczy - tłumaczy Peng Liping z firmy eksportowej w Shenzhen. - Słyszałam jednak o bogaczach, którzy jedzą najdziwniejsze zwierzęta. Rzeczywiście. Gou rou (psie mięso, zwane też xiang rou - mięsem wonnym), droższe od wieprzowiny i wołowiny, to także obiekt snobizmu. Na wystawną kolację z psiny zaprasza się znajomych, by im zaimponować. Amatorami są zwłaszcza mężczyźni w średnim wieku, którzy wzmacniający męskie siły wpływ gou rou potęgują mocną chińską wódką. Ale słynący z kulinarnego rozmachu Guangdong nie jest wyjątkiem. - W całych Chinach je się psy - mówi Peng Liping. - Zwłaszcza zimą. To kwestia sezonowa, nie regionalna. - W dzieciństwie jadałem psie mięso - przytakuje Li Jin, student z Syczuanu - ale teraz ludzie mówią, że jest niezdrowe. Wtóruje mu Xie Linkan, przyszły anglista z Hunanu: - Zdarzało mi się jeść psie mięso, ale specjaliści wykazali, że bywa szkodliwe, zwłaszcza niedogotowane. Wang Yaolin, studentka z sąsiadującej z Szanghajem prowincji Zhejiang, przyznaje z uśmiechem, że psina jest smaczna. Wzdryga się jednak zapytana co sądzi o ciasnych metalowych klatkach, w których psy wystawia się do wyboru dla klientów. - Nigdy tego nie widziałam i nie chciałabym widzieć. Mięso dostajemy od rodziny ze wsi. - Pytana, co sądzi o psach jako zwierzętach domowych, znów się uśmiecha: - To co innego. Jedne rasy są na mięso, a drugie do towarzystwa. Podobnego zdania jest Xia Chenhui: Nie wszystkie rasy nadają się na mięso. Są psy domowe i specjalne rasy do jedzenia. To tylko teoria. Wprawdzie na mięso hoduje się najczęściej chińskie rasy o odpowiednich gabarytach, ale wielu restauracjom bardziej opłaca się łapać psy bezpańskie, a nawet kraść zwierzęta domowe. Na witrynach lokali gastronomicznych widnieją wizerunki owczarków niemieckich, w menu zdjęcia innych rasowców. Tymczasem zmiany gospodarcze i społeczne pomnażają szeregi młodej klasy średniej. Wykształcona, tworząca nowy styl życia młodzież widzi w zwierzętach nie tylko źródło pożywienia. Przybywa sklepów z psami, klinik weterynaryjnych, salonów kosmetycznych. Widok ufryzowanego psiaka w modnym kubraczku i bucikach, prowadzonego lub wręcz niesionego przez dumnego Chińczyka, nie należy już do rzadkości. Niechęć do kulinarnych przeżytków, czy, jak chcą miłośnicy gou rou, tradycji, rośnie. Obrońcy zwierząt organizują się, protestują pod restauracjami, blokują przejazd dostawcom, wykupują psy i koty z targowisk, wykradają je z klatek, rozsyłają petycje, prowadzą kampanie informacyjne. Wszystko to szybko zwiększa świadomość społeczną, niepokojąc wielbicieli gou rou, którzy powoli tracą grunt pod nogami. W lutym 58,2 proc. respondentów sondażu na popularnym portalu Sina sprzeciwiało się jedzeniu psów i kotów. - Pies to przyjaciel człowieka, prawda? - pyta retorycznie Li Jin. Dla Xie Linkana pies jest uniwersalnym symbolem wierności. - Jadam psinę, ale za nią nie przepadam. Niektórzy sądzą, że jedzenie naszych przyjaciół jest bezduszne - tłumaczy Xia Chenhui. Z kolei Zou Mi, studentka z Hunanu, ma powód osobisty: - W dzieciństwie mieszkałam niedaleko psiej rzeźni. W nocy budził mnie ich skowyt. Dlatego nie jem. Opory Zou Mi nie są bezpodstawne. W przeciwieństwie do innych zwierząt rzeźnych, hodowla psów na mięso i obrót nim nie podlega w Chinach żadnym regulacjom. Pokutuje pogląd, że mięso jest najlepsze, gdy psa zatłucze się pałkami. Jak wyjaśnia rządowy dziennik „China Daily”, strach i ból sprawia, że krew lepiej krąży, co poprawia smak mięsa. Przetrzymywanie i transport odbywa się w warunkach niehigienicznych, a wręcz nieludzkich. Psy bywają szlachtowane publicznie na targowiskach i przed restauracjami; istnieją też doniesienia o odzieraniu ze skóry żywych zwierząt, duszeniu i truciu cyjankiem. Podobne traktowanie psów i kotów hodowanych na futra skłoniło Unię Europejską do zakazu importowania ich z Chin. W przeciwieństwie do pożałowania godnych i często piętnowanych incydentów w zachodnich ubojniach, brutalność psich rzeźni jest w Chinach regułą, bo znęcanie się nad zwierzętami nie jest tu karalne. Władze zdają sobie sprawę ze szkód dla wizerunku kraju za granicą. Przed Olimpiadą w 2008 r. przeprowadzono kampanię „oczyszczającą”, by zaprezentować obcokrajowcom piękniejsze Chiny. O usuwaniu z ulic Pekinu żebraków, prostytutek i bezdomnych było dość głośno; słabszym echem w mediach odbiły się inne posunięcia władz. Biorąc przykład z Igrzysk w Seulu w 1988 r., kiedy to koreańskie władze zakazały sprzedawania „potraw nieprzystojnych”, z menu pekińskich restauracji olimpijskich zniknęło psie mięso, zaś lokale specjalizujące się w gou rou zostały na czas Igrzysk zamknięte. To była tylko kosmetyka, ale chińscy miłośnicy zwierząt ujrzeli promyk nadziei na rozwiązanie systemowe, kiedy w styczniu 2010 r. rozeszła się wieść o szczegółach projektowanej ustawy o przeciwdziałaniu okrucieństwu wobec zwierząt. Przewodzący tworzącemu ją zespołowi profesor Chang Jiwen z Chińskiej Akademii Nauk Społecznych ogłosił: "Proponujemy wprowadzenie zakazu spożywania psów i kotów, ponieważ praktyka ta tworzy wiele problemów społecznych". Te ostatnie biorą się z narastającej animozji między nowocześnie myślącą młodą klasą średnią a tradycjonalistami. Z pozyskiwaniem i obrotem psim mięsem związana jest także przestępczość kryminalna. Wszystko to skutkuje niebezpiecznym poziomem napięć społecznych, co zagraża wysiłkom na rzecz dążenia do osiągnięcia "harmonii" - hasła przewodniego aktualnej polityki władz. Projekt zakłada zamknięcie tysięcy restauracji i rzeźni. Za nielegalną sprzedaż i konsumpcję zwierząt domowych osobom prywatnym groziłaby grzywna i 15 dni pozbawienia wolności, a firmom kara finansowa do pół miliona juanów (blisko 220 tysięcy złotych). Reakcja obrońców tradycji w prasie i internecie była błyskawiczna. Najpierw zatroszczmy się o ludzi! - wołali jedni. Dlaczego świnie i krowy mają być traktowane gorzej od psów? - pytali drudzy. Tyrania większości! - krzyczeli zaniepokojeni rosnącymi szeregami przeciwników gou rou. Kulturowy imperializm! - oburzali się niechętni szerzeniu się zachodnich wzorców. Ale chodzi też o pieniądze. Tylko jeden powiat Pei we wschodniochińskiej prowincji Jiangsu eksportuje psinę do siedemnastu krajów, w tym Japonii, Korei i Rosji, zatrudnia w branży 100 tys. pracowników i notuje roczną sprzedaż sięgającą miliarda juanów. W 2009 r. psie mięso z Pei, a także z Huajiang w południowochińskiej prowincji Guizhou, zostało uznane przez władze za dziedzictwo kulturowe regionu. Względy lokalnej specyfiki kulturowej (i finansowej) ujęto w samym projekcie - to władze poszczególnych prowincji miałyby decydować, w jakim zakresie korzystałyby z zapisów ustawy. Smakosze gou rou powołują się na korzyści zdrowotne, prastarą tradycję i kulturową tożsamość; obrońcy praw zwierząt przywołują przykład Hongkongu, Tajwanu i Filipin, gdzie starodawne praktyki przezwyciężono nowoczesnymi przepisami. Chang zwraca uwagę, że "sprzeciw wobec maltretowania zwierząt to dziedzictwo tradycyjnej chińskiej kultury". Nowych przepisów nie ma jednak w planie ustawodawczym rządu na lata 2008-2013. Chińscy miłośnicy zwierząt na poprawę sytuacji po swojej myśli będą musieli poczekać, ale kierunek społecznych przemian działa na ich korzyść. |
Dawid Juraszek |
|