|
Skała
Która Sprowadza Cień
Po trzydziestu minutach lekcji ostatnie dzieci przestały przejawiać
zainteresowanie angielskim i dołączyły do reszty, przyglądającej się
wielgachnemu pająkowi od dłuższego czasu spacerującemu bez celu po
brudnych ścianach klasy. Robert powstrzymał westchnienie i próbował
jeszcze wciągnąć rezolutną zazwyczaj dziewczynkę ze środkowego rzędu w
wymianę grzeczności według ćwiczonego bezowocnie schematu How are you?
I’m fine, ale i ona odpowiadała opornie, wciąż wykręcając głowę
ku
oknu. „Że też ten potwór nie chce zajść nad tablicę, dzieciaki
przynajmniej patrzyłyby w moim kierunku” pomyślał ze złością Robert. W
końcu machnął w myślach ręką i nieszczerze wyszczerzywszy zęby
obwieścił:
- Thank you, goodbye!
W jednej chwili uczniowie jazgocząc poderwali się ze swoich miejsc i na
wyścigi wybiegli z sali, by skorzystać z przedłużonej o dziesięć minut
przerwy. „Skończyłem jak zużyta zabawka” pomyślał sarkastycznie Robert.
„Już nie ścigają się po moje autografy, nie łapią za koszulę, nie
wołają z drugiego końca korytarza. Znudziłem im się.”
Starł z tablicy wymalowane kolorową kredą dialogi i nie zwracając
uwagi na narastający w korytarzach gwar zapatrzył się przez okno.
- Jeszcze ponad pół roku – mruknął. Gorący wiatr owiał mu twarz.
Łagodne, zielone wzgórza otaczały rozrastające się miasto, na
widnokręgu majaczyły posępne kontury Gór Południowochińskich. – Pół
roku na zadupiu zapomnianym przez Boga i demokrację.
Czekała go dziś jeszcze jedna lekcja, a potem zakupy, kolacja w
snobującej się na „zachodnią” restauracji i piwo na balkonie, na dobry
początek weekendu wypełnionego faszerowaniem się najnowszą amerykańską
produkcją filmową. Tylko jak tu odpoczywać, kiedy lekcje i tak się
odbywają, a przez nieszczelne okna już od siódmej rano słychać wrzaski
wuefisty i jego podopiecznych? Pogoda byłaby świetna na morską kąpiel,
plaża leżała prawie pod bokiem, ale Robertowi pozostawał suchy ląd.
Zawiązał furkocącą zasłonę w węzeł i rzuciwszy przycupniętemu pod
sufitem ośmionogowi niechętne spojrzenie wyszedł z klasy.
***
W samozwańczym supermarkecie, z klimatyzacją włączaną tylko od święta,
jak zwykle śmierdziało zalatującymi czosnkiem durianami oraz wszelakimi
owocami morza. Nauczyciel z trudem przecisnął się obok obleganego
stoiska z rozpostartymi na deszczułkach suszonymi kaczkami i plątaniną
nieodgłowionych kurczaków, by z westchnieniem ulgi zapuścić się między
regały ze słodyczami. Niestety, nie ustrzegł się czujnych oczu
dziewcząt w czerwono-białych uniformach. Pierwsza wychynęła
nieoczekiwanie zza regału z kosmetykami, z uśmiechem wręczając mu tubkę
pasty do zębów Zhonghua. Jego Bu yao
nie zrobiło na niej większego
wrażenia, bo niezrażona wróciła zaraz z butelką płynu do kąpieli
Shitao. Stłumił śmiech i potrząsając głową skręcił w najbliższą alejkę,
ale tam już czyhały nań urocze bliźniaczki, wpychając mu do koszyka
wstrętne mleko sojowe. Uśmiechnął się wymijająco i przyspieszył kroku.
Sezamki i suszone owoce pakował w gorączkowym pośpiechu, jakby zaraz
miała się zakończyć oszałamiająca promocja. Jeszcze tylko piwo i będzie
wolny. Wybronił się od chrupek o smaku kraba i soczyście żółtych
suszonych mątw, by wreszcie z przepełnionym koszykiem w jednej i
czteropakiem San Miga w drugiej ręce podejść do kasy. Myśli zaprzątała
mu krnąbrna grupa ze szkoły średniej, od zajęć z którą miał w
poniedziałek rozpocząć pracę, więc nie od razu usłyszał pytanie
wypowiedziane silnie schińszczoną angielszczyzną:
- Hello Robert! Jadłeś już?
To był Mike, młody pracownik supermarketu, na którego Robert natykał
się czasem podczas zakupów. Straszliwy gaduła o pozostawiającej wiele
do życzenia wymowie i prawdziwym imieniu brzmiącym niczym starożytny
okrzyk bojowy; właśnie skończył układać pryzmę proszków do prania.
- O, cześć, miło cię widzieć, Mike – odpowiedział machinalnie Robert,
wyciągając banknoty straszące łysinką Mao. Kombinował usilnie, jak
skończyć rozmowę na tyle szybko, by nie urazić sympatycznego Chińczyka,
a zarazem nie spóźnić się na autobus.
- Jak w szkole? – wypalił chłopak, ofiarnie łapiąc za jedną z siatek z
zakupami. Znudzony ochroniarz sięgnął po rachunek i nie sprawdziwszy
nawet zawartości reklamówek przybił na wydruku czerwoną pieczątkę.
- Normalnie, dzieciaki słabo jeszcze mówią, ale jakoś się dogadujemy.
Mam już weekend, więc…
- A co ty będziesz chcieć robić w weekend? – Mike dłonią obciążoną
siatkami próbował poprawić okulary na krótkim nosie. Nie widząc
tęsknego spojrzenia Roberta, w pędzie minął stoisko z DVD.
- Nic szczególnego, pogoda jest niezła, poopalam się, pooglądam coś…
- Bo w sobotę święto jest w mojej wiosce. Ja jadę do rodziny w
Lianjiang i może ty miałeś czas? Wrócimy w niedzielę wieczór, ja mam
wszystko przygotowane już, to nie jest żaden kłopot… – trajkotał
nieporadnie, jakby chciał zagadać ewentualny sprzeciw nauczyciela.
Robert zrazu żachnął się na tę inwazję w swoją prywatność. Przyzwyczaił
się już do leniwych, samotnych weekendów i w pierwszej sekundzie
propozycja wyrwania się gdzieś na jeszcze głębszą prowincję wzbudziła w
nim sprzeciw, ale naraz odżyła chyba nie tak całkiem zepchnięta w
niebyt ciekawość świata. W końcu przyjechał tu po to, żeby obcować z
egzotyczną kulturą, pooddychać innym powietrzem, zobaczyć niezwykłe
krajobrazy, aha, no i jeszcze zarobić co nieco. Uśmiechnął się.
- …wioska jest bardzo mała, ale góry są piękne i rzeki i jeziora…
- Daleko stąd? – przerwał ten monolog Robert. Chłopak zamilkł, a potem
odparł niepewnie:
- Pięć godzin wystarczy, musimy jechać z Guangjin do Yangchun dwie
godziny, a trzy godziny do Lianjiang…
- Kiedy musielibyśmy wyjeżdżać?
- Jutro rano, ósma rano, OK?
Robert przystanął i rozmyślał chwilę, nie widząc pełnego nadziei
spojrzenia przyjaciela. W dłoni ważył ciężar czteropaka, a w
duchu rozważał, czy przez dwa dni nieobecności karaluchy nie rozpanoszą
mu się w mieszkaniu na dobre.
- Robert… – Mike’a najwyraźniej coś gryzło. Nauczyciel podniósł głowę i
spojrzał ciekawie w ukryte za grubymi szkłami źrenice. – Bo ja pracę
inną znalazłem. Może będę pracował w sklepie w Shanming od tygodnia
następnego. Tu już mnie nie będzie.
Robert poczuł, jak coś ściska go w żołądku. Nie wahał się dłużej.
- Jedźmy!
Mike nie mógł się bardziej rozpromienić.
- Jutro siódma trzydzieści przyjechałem pod szkołę taksówką, OK?
- OK! Będę na ciebie czekał.
Podali sobie ręce i uśmiechnięty chłopak pomknął z powrotem do pracy.
Robert patrzył za nim chwilę. Kto mu teraz podpowie, która kiełbasa
jest pikantna, a która łagodna? Próba skwitowania sytuacji kpiącym
uśmieszkiem nie powiodła się. Odwrócił się i wyszedł w spiekotę miasta.
Starając się myśleć o zdjęciach, które zrobi przez weekend, otworzył
paczkę suszonych na słono owoców i ruszył w stronę przystanku
autobusowego.
***
Autokar do Yangchun był jeszcze klimatyzowany i serwowano w nim
ciepławą wodę destylowaną, ale już trzygodzinna jazda do Lianjiang
rozklekotanym gratem, pamiętającym chyba Długi Marsz, byłaby koszmarem,
gdyby nie krajobrazy, wyłaniające się co i rusz zza zakrętów wyboistej
drogi. Robert nie mógł oderwać rąk od aparatu. Nie zważał na bezlitosne
siedzenia z metalowych rurek i ogłuszająco grzechoczące okna, otwarte
na oścież z powodu piekielnego gorąca. Rozpierała go radość z
odkrywania coraz to nowych miejsc, której nie do końca jednak zabiła
trzymiesięczna rutyna szkolnego życia i bezbarwne miasto, gdzie
przyszło mu pracować. Z początku Mike próbował pełnić rolę przewodnika,
ale ryk torturowanego silnika, nadużywanego klaksonu i pędzącego
powietrza oraz problemy z własną wymową skutecznie go do tego
zniechęciły. Nie niepokojony Robert mógł bez przeszkód zanurzyć się w
transie beztroskiej podróży.
Łagodne wzniesienia porośnięte ni to wybujałą trawą, ni to niskimi
krzewami rychło przeszły w piętrzące się pod niebo olbrzymy, pokryte
zwartym gąszczem mrocznej zieleni. Niektóre wzgórza odarte były z
naturalnej roślinności i pokryte siecią spiralnych ścieżek, wijących
się
wokół rzędów karłowatych krzaczków. Wzdłuż drogi przemykały niechlujne
wioski, pośród lśniących pół ryżowych z rzadka mignął stożkowy
kapelusz, na poboczach pasło się długorogie bydło o gładkiej sierści.
Spomiędzy palm wyłaniały się skały, strome i nagie, u których stóp
tkwiły przycupnięte pobudowane z byle czego chaty. Naraz rozbłysła
tafla wody i autobus przez moment pędził wisząc nad brzegiem rozległego
jeziora. Robert nie nadążał z uwiecznianiem zaskakujących go co chwilę
widoków.
Przy wtórze niemilknącego klaksonu przejechali przez centrum małego
miasteczka. Setki miejscowych pławiły się w przykrych zapachach
targowiska, którego szokujących szczegółów Robert nie omieszkał
udokumentować. W pamięci aparatu zapisał krwawe ochłapy walające się w
pyle ulicy, klatki z bezkształtną masą upchniętych kurczaków, wiszącego
pod okapem psa. Po chwili znowu zanurzyli się w kaskadach bujnej
zieleni, tym razem wspinając się śmiałą serpentyną na przełęcz, z
której rozpostarł się nieogarniony widok na dolinę. Ledwo ozwał się
dźwięk aparatu, a już toczyli się coraz szybciej w dół, na spotkanie
płynącej pomiędzy szczytami potężnej rzeki. Szerokie liście pochylały
się nad szosą, szeleściły o dach, strzępiły na krawędziach okien.
Duchota napierała. Gdyby nie genialny w swym okrucieństwie pomysł
konstruktorów autobusu, Robert siedziałby już w kałuży własnego potu.
Mike klepnął w ramię pochłoniętego widokami nauczyciela. Autobus
zatrzymał się na skrzyżowaniu z drogą gruntową, z jednej strony
wysadzaną bambusami, z drugiej stanowiącą granicę pól ryżowych. Tylko
oni opuścili pojazd, który z hałasem potoczył się dalej i wnet zniknął
za szpalerem drzew. Robert poprawił plecak i miał właśnie zapytać
Mike’a, czy to daleko, kiedy rozległ się warkot i z piskiem zajechało
im drogę kilka motorów.
Robert pytająco spojrzał na Mike’a, ale ten bez słowa zaczął się
przepychać do przodu, torując sobie drogę torbą podróżną. Robert zrobił
to samo, kiedy stojący najbliżej motocyklista z uśmiechem zatarasował
mu przejście. Nauczyciel skręcił, lecz w tej chwili drugi motocykl
prawie najechał mu na stopę. Mężczyźni mówili coś i szczerzyli zęby,
ale Robert nie znał języka na tyle, by zrozumieć, o co im chodzi.
Bezradnie spojrzał na Mike’a – chłopak nie radził sobie wiele lepiej.
Dłuższą chwilę trwała gardłowa wymiana zdań, robiło się coraz głośniej.
Radość z podróży prysła jak bańka mydlana. Robertowi zrobiło się
nieswojo. Nie miał pojęcia, kim są ci faceci i czego chcą, ale zaczął
już żałować, że opuścił bezpieczne i cywilizowane Guangjin. Mike
nadaremnie starał się przekrzyczeć mężczyzn. Niektórzy z nich
podkręcali hałaśliwie obroty, ale nie odjeżdżali. Nagle drogą zbliżyło
się dwóch wieśniaków na skrzypiących donośnie rowerach, na widok
których Mike zamachał ręką. Motocykliści, jakby zniechęceni, powoli
zaczęli się wycofywać, bezceremonialnie potrącając przy tym stojącego
bezradnie nauczyciela, a potem z rykiem silników odjechali.
Rowerzystami okazali się być zasuszony staruszek o wyglądzie pustelnika
i młodzieniec w wieku Mike’a.
- To mój ojciec i mój kuzyn! – wykrzyknął z ulgą chłopak i machając
ponaglająco na wciąż wmurowanego w ziemię Roberta zaczął witać się z
rodziną, ciekawie spoglądającą na obcokrajowca.
- Co to byli za ludzie? – zapytał nauczyciel. Pierwsze lody zostały już
przełamane, powitalne Ni hao wyrecytowane, a Robert i ojciec Mike’a
posadzeni na siedzidełkach, podczas gdy młodzieńcy pedałowali zawzięcie.
- Może chcieli żebyśmy z nimi pojechali – sapiąc odparł chłopak. –
Jeżdżą za autobusami żeby pieniądze dostać ludzi wożąc z autobusu do
domu. Bo mój ojciec i mój kuzyn przyjechali to nie musielibyśmy z nimi
jechać. Inaczej to jest niebezpieczne. Może to nie są bardzo dobrzy
ludzie.
Robert pokiwał głową. Jakoś odechciało mu się wyciągać aparat, choć
widoki mogły przyprawić o zawrót głowy. Zresztą, musiał się mocno
trzymać.
***
Mimo wyjaśnień przyjaciela Robert nie do końca pojmował, na jakie w
końcu święto został zaproszony. Zrozumiał tylko, że wieczorem zjadą się
wszyscy okoliczni mieszkańcy i przy ogniskach odbędzie się uczta. Na
razie przyjezdnych ugoszczono zupą z łykowatych łodyg i smażonym ryżem
z kurczakiem i zieleniną, który pęczniał Robertowi w ustach. Podobna
dieta obowiązywała w szkolnej jadłodajni i nauczyciel był szczęśliwy,
że mógł sobie pozwolić na jedzenie w restauracjach. Teraz jednak nie
wypadało odmówić; trzeba było bronić honoru Zachodu dzielnie walcząc z
pałeczkami, dyskretnie wypluwać kości kurczaka, poszatkowanego
miejscowym zwyczajem w całości, i odpowiadać na banalne pytania
zadawane przez wszystkich członków rodziny za pośrednictwem Mike’a.
Dom nie grzeszył zamożnością. Pod oknami pasła się wstrętna łaciata
świnia i ganiały kury, śmieci poniewierały się, gdziekolwiek spojrzeć,
sprzęty domowe nadgryzł ząb czasu. Na szczęście oko można było zawiesić
na siostrze Mike’a, najwyżej dwudziestoletniej dziewczynie o delikatnej
urodzie i nieśmiałym spojrzeniu ciemnych oczu. Robert właśnie
zastanawiał się, jak spędzi te kilka godzin dzielące ich od wieczornej
uczty, kiedy Mike rzucił, nakładając kolejną porcję zieleniny:
- Moja siostra Li zabierze cię na Skałę Która Sprowadza Cień. Jest tam
bardzo pięknie, zobaczysz.
Niedługo potem spacerowali wąską dróżką ku rzece. Li znała angielski
gorzej niż Robert mandaryński, czyli wcale, a jego imię wypowiadała tak
cicho, że prawie bezgłośnie, ale dzięki temu zapanowała między nimi
milcząca więź. Chętnie dał się zaciągnąć ku rzece, która okazała się
ogromnym rozlewiskiem. Na leniwych wodach nieliczne łodzie cicho
czekały na zdobycz. Jakiś czas szli wzdłuż brzegu, a potem ruszyli na
przełaj, ku kępie drzew, za którą wznosiło się potężne wzgórze.
Spomiędzy liści dobiegało głośne i uporczywe bzyczenie, jakby setek
elektrycznych silniczków. Robert przez chwilę starał się bez słów dać
znać Li, że interesuje go źródło tego dźwięku, aż wreszcie desperackim:
- Bzzzzz! – wywołał na ustach dziewczyny uśmiech zrozumienia. Li
uklękła i chwilę szukała czegoś w trawie. Kiedy się podniosła, na jej
dłoni leżało truchło smoliście czarnego owada długości grubo ponad
cala, z parą podwójnych żyłkowanych skrzydeł i żółtawymi oczkami po
bokach topornego łba. Robert wzdrygnął się ze wstrętem, a Li pociągnęła
go w głąb lasku, nad którym piętrzyło się stożkowate wzgórze.
To, co z dala wydawało się bajkowym, jednolitym wzniesieniem pokrytym
szczelnie roślinnością okazało się spękaną skałą usianą luźnymi
kamieniami, gdzie we wszechobecne szczeliny wczepiały się szeroko
rozgałęzione krzewy. Li odszukała wąską i zdradliwą ścieżkę, którą
zaczęli się wspinać. Nie doszli na szczyt, już po jednej trzeciej
dystansu oboje byli zbyt zmęczeni, by kontynuować wspinaczkę, ale i
stąd widok na rozlewisko rzeki i górzyste okolice wioski robił
niesamowite wrażenie. Robert czuł się jednym z nielicznych
obcokrajowców, którym zostało dane podziwiać te okolice. Wioska była
bardzo odizolowana od świata; w przewodniku kupionym jeszcze przed
wylotem nie było wzmianki o dolinie Lianjiang. Z tym większym zapałem
pstrykał zdjęcia na prawo i lewo. Przejrzeć i przebrać miał je zamiar
później.
Zmierzch zaskoczył ich nad jedną z wartkich strużek. Do domu wrócili w
kompletnej ciemności. Przygotowania do świętowania trwały już w
najlepsze. Póki co Robertowi wskazano miejsce na trawiastej nierówności
terenu, gdzie spoczął zmęczony z butelką wody w ręce. Mieszkańcy wioski
podchodzili co jakiś czas, by niezdarnym Hello i zamaszystym uściskiem
dłoni powitać przybysza. Wszędzie uwijały się dzieci, zapalając
kiczowate lampiony i przerzucając się petardami. Wreszcie zapłonęły
ogniska, a zaaferowany dotąd Mike mógł zająć się swoim gościem.
Robert nie spodziewał się grilla, ale jak powiedział mu Mike, będzie
brał udział w niczym innym, jak właśnie w barbecue. Po obiadowym ryżu
Robert na tę wieść odczuł miłą czczość w żołądku, dopóki nie
przyniesiono mu pięciocalowych krewetek i twardych jak deska rybek.
Jadł nieszczęśliwy, przełamując się wewnętrznie, dopóki kierowana
kobiecą intuicją Li nie przyniosła pieczonego mięsa. Na jego serdeczne
a niezgrabne Xiexie dziewczyna
zareagowała perlistym śmiechem i
faszerowała go pieczystym, aż wreszcie kolejnym, tym razem znużonym
podziękowaniem rozbawił ją znowu. Sfermentowane wino i kilka butelek
piwa zwieńczyło zagadkową wioskową uroczystość.
***
Obudziło go brzęczenie much. Leżał w spartańsko urządzonym pokoju w
towarzystwie Mike’a, chrapiącego w najlepsze. Wstał cicho i wyjrzał za
okno. Musiało być dość wcześnie, bo nigdzie gęstwy zieleni nie
przebijały promienie słońca; pewnie nie wstało jeszcze znad gór.
Wciągnął buty, zabrał aparat i cicho wyszedł na podwórze, a potem,
kierowany nagłym impulsem, ruszył przed siebie.
Gromadka wróblopodobnych ptaszków przefrunęła przez drogę. Dopiero tu
dawało się odczuć, jak mało tych zwierząt zamieszkiwało Guangjin,
gwarne miasto ogołocone z wszelkich drzew z wyjątkiem palm, i tak w
połowie sztucznych. Tutaj wracały naturalne proporcje. Robert szedł
powoli, całym sobą chłonąc atmosferę okolicy. Po raz pierwszy od
przyjazdu był zupełnie sam w otoczeniu przyrody. Upchnięta gdzieś po
kątach współczesnego miasta egzotyka tu wychodziła na światło dzienne,
pozwalając przybyszowi rozkoszować się nią do woli. Pod stopami
chrzęścił piach i trawy, nad głową bzyczały gargantuiczne muchy, coraz
gorętszy wiatr wzbierał pośród gałęzi. Magiczna droga zdawała się nie
mieć końca.
Między pniami zamigotała tafla jeziora. Robert wyszedł na nadbrzeżną
łąkę, nad którą górowała regularna sylwetka Skały. Przez chwilę
rozważał, czy nie wdrapać się tam znowu, ale porzucił ten pomysł. W
źdźbłach wysokiej trwały wrzało rozpasane życie owadów strefy
podzwrotnikowej, długonogie osy co i rusz przelatywały mu koło twarzy.
Słońce wychynęło zza szczytów okalających dolinę i złociło już bez mała
całą taflę. Toń była spokojna, daleko majaczył mikroskopijny kształt
łodzi rybackiej.
Robert ujął aparat i zmierzył się do zdjęcia. „Jak to możliwe, że nie
ma tu jeszcze parkingów, kawiarni, bileterów i turystów” pomyślał.
Zachwyt mieszał się z dziecinnym, podnieconym lękiem, że może jest oto
ostatnim człowiekiem, któremu dano szansę uwiecznienia nieskażonego
piękna tego miejsca, zanim zwali się tu plaga masowej
turystyki.
Ciemny kształt wszedł w pole widzenia; ktoś wpław przemierzał
rzekę-jezioro. Nie dowierzając swym oczom Robert ustawił maksymalny
zoom. Tak. To była Li.
Płynęła sprawnie, niemal bez wysiłku. Opalone ramiona raz po raz
załamywały granatowozłotą powierzchnię. Powoli zbliżała się do brzegu,
nieco na prawo od Roberta, rozważającego z nieodgadnionym uciskiem w
piersi, czy wolno mu zrobić zdjęcie. Zanim podjął decyzję, Li
dostrzegła go i zamachała, rozpryskując perlistą kurtynę kropel. Palec
nauczyciela drgnął, obraz zapadł w pamięć aparatu i wyświetlił się na
ekranie. Nie mógł być lepszy.
Dziewczyna łagodnym łukiem zaczęła zbliżać się do brzegu w miejscu,
gdzie oczekiwał jej Robert. Mężczyzna opuścił dłoń i przez chwilę
zastanawiał się, gdzie ukryć aparat. Wreszcie wsunął sprzęt w futerał,
przesunął na plecy i zakrył podkoszulkiem. Kiedy podniósł głowę, Li już
nie było.
Po dziewczynie nie został najmniejszy ślad na gładkiej toni, złocącej
się powierzchni nie burzyła najsłabsza fala. Robert poczuł, jak strach
ściska go za gardło. Zrobił jeden krok przed siebie, potem drugi, ale
nigdy do końca nie ujarzmiony lęk przed wodą ożył. „Nie wejdę” pomyślał
gorączkowo. „Trzeba kogoś zawołać”. Mimo tego spróbował się przełamać,
zrobił kolejny krok i niemal dotknął butami wilżących brzeg falek. Toń
była przeraźliwie pusta, brak ciemnego, ruchomego kształtu krzyczał ku
Robertowi z całych sił. Łódź na horyzoncie była mniejsza niż punkt,
widocznie płynęła w drugą stronę. Cofnął stopę, kiedy śmielsza fala
ochlapała mu czubek buta, a potem odwrócił się i puścił biegiem.
Z magii drogi nie zostało nic. Nagie gałęzie chłostały mężczyznę po
policzkach, duszny wiatr zatykał płuca, ociężałe owady o włos unikały
zderzenia. Czarny kształt mignął Robertowi tuż koło twarzy, po barku
rozlał się piekący ból. Panicznym ruchem zmiażdżył owada. W pędzie
minął właściwy rozstaj, nagle rozlało się przed nim pole ryżowe, brnął
przez moment w wodzie, nim zrozumiał, że pomylił kierunki. Ciężko
dysząc zawrócił i rozglądając się w panice szukał jakiejś wskazówki. Na
chybił trafił rzucił się desperacko przez łąkę, ku stromej skałce, na
której szczycie bambusy walczyły ze sobą o słońce. Wyminął przeszkodę
modląc się prawie na głos, by ujrzeć za nią kogoś znajomego. Tak! Dom
Mike’a był zaledwie kilkadziesiąt metrów przed nim.
- Mike! Mike! – krzyknął Robert wbiegając na podwórze. Spłoszone kury
pierzchały na boki. – Pomocy! Mike! Gdzie jesteś!
W oknie pojawiła się ciemnowłosa głowa. Przez jedno uderzenie serca
Robert myślał, że to Mike, ale rozpoznał bratanka gospodarza. Z
przerażeniem uświadomił sobie, że nie pamięta prawdziwego imienia
przyjaciela, tylko ten głupi, samozwańczy przydomek.
- Li! – krzyknął w zamian i wpatrzył się jak najwymowniej umiał w oczy
chłopaka. Ten spoglądał na nauczyciela tylko przez moment, potem
odwrócił się i zniknął we wnętrzu.
Hałasy dobiegające z budynku niewiele uspokoiły Roberta. Nerwowo
okrążył domostwo, nawołując Mike’a raz po raz. Kiedy wreszcie w
drzwiach pojawiła się postać przyjaciela, skoczył ku niemu i jął
pośpiesznie tłumaczyć:
- Li się topi, tam w rzece, musicie ją ratować, szybko!
Mike wydawał się nie rozumieć powagi sytuacji. Może sprawiła to
szybkość, z jaką Robert wyrzucał z siebie słowa, może to jego własne
braki językowe, dość, że w ciemnych oczach nie pojawiał się błysk
zrozumienia.
- Mike, głuchy jesteś?! – złapany za ramiona chłopak telepał się niczym
szmaciana lalka, wciąż z tym samym bezrozumnym wyrazem twarzy. Robert
zacisnął szczęki.
- Li-się-topi – wycedził powoli, hamując narastający gniew. – To-pi-się!
Mike wydał z siebie ni to westchnienie, ni to jęk i raptownie
wyswobodził się z uchwytu.
- Chodźmy – rzucił niewyraźnie i ruszył przed siebie, nie oglądając się
na Roberta. Ten, choć jeszcze przed chwilą chciał udusić chłopaka za
bezczynność, stropił się jego nagłą decyzją. Do ratowania Li trzeba
było kogoś więcej, niż tylko brata i znajomego, szczególnie, jeżeli ten
ostatni nie umiał pływać.
- Sami nie damy rady, Mike! – krzyknął w kierunku odzianych w
poliestrową koszulę pleców. Jedyną odpowiedzią było rzucone w
przestrzeń:
- Chodźmy!
Ale Robert stał dalej. Chłopak obejrzał się za siebie i przystanął, a
potem krzyknął z wyczuwalną emocją w głosie:
- Robert, nie jest czas, szybko, szybko! – i podbiegł kilka kroków. –
Chodźmy szybko!
- Do cholery, za mało nas jest!
W nauczycielu coś pękło. Ten durny Chińczyk nie rozumiał powagi
sytuacji! Gdyby skrzyknął rodzinę, sąsiadów, kogoś z łodzią, mógłby
uratować siostrę, a tak tracili czas na bezsensowne przekrzykiwanie
się. Robert zacisnął pięści a potem odwrócił się i ruszył w kierunku
drzwi. Musiał dać reszcie familii do zrozumienia, że potrzebuje ich
pomocy. Jak, jeszcze nie wiedział. Wiedział tylko, że musi mu się udać.
Mike zawołał za nim, ale Robert nie zwrócił na to uwagi. Wpadł do
głównego pokoju; półmrok przystopował go na chwilę.
Otworzył szerzej porażone światłem dnia oczy i rozejrzał się po
pomieszczeniu.
Kuzyn Mike’a gapił się z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia
na twarzy, czworo uczestników wczorajszego grilla przycupnęło na ławie,
głowa rodziny siedziała kiwając się na zydelku, a Li… Tak, Li. Kuliła
się w kącie.
Mike wpadł z rumorem i zatrzymał się dopiero na plecach Roberta.
Wszystko znieruchomiało, prócz staruszka, który nadal kiwał się
miarowo. A Li stała wciśnięta w kąt, pod spojrzeniem mężczyzny kurcząc
się coraz bardziej, jakby chciała wtłoczyć się jeszcze dalej w
zagłębienie muru.
Mike, którego niemą obecność Robert czuł za sobą, zaszeleścił i
spróbował przecisnąć się do pokoju. Nauczyciel spojrzał w ukryte za
grubymi szkłami oczka.
- Przecież Li tu jest – wybąkał i złapał za szczupłe ramię. – Co to ma
znaczyć?
Chłopak poprawił okulary i pociągnął nosem.
- Co ci się stało w rękę? – zapytał niż tego, ni z owego.
Robert spojrzał po sobie. Spod naciągniętego kołnierzyka koszuli
wyłaniał się gruby czerwony obrzęk. Piekł jak jasna cholera, ale nie
było czasu myśleć o bólu.
- Nieważne, osa mnie ukąsiła. Co się tu dzieje?
Mike powtórzył słowa szeptem, jakby chciał przyswoić sobie nową frazę,
a potem z głupia frant zapytał:
- Li szukałeś? Ona jest tam.
Robert zmrużył oczy.
- Słucham?
Chłopak uśmiechnął się i znowu poprawił okulary. Jako jedyny nie
mieszał słów „ona” i „on”, tak jak to robili tu wszyscy. – Co od niej
chcesz powiedz, to ją zapytam.
Uwolnił się z uchwytu i wszedł do pokoju. Na kilka rzuconych szybko
słów ojciec odpowiedział nie przerywając kiwania się, a potem kuzyn
mruknął coś po nosem, na co Mike gestykulacją i podniesionym głosem
nakazał mu opuszczenie pokoju. Li wciąż cicho stała w kącie.
- Herbaty? – Mike nieoczekiwanie zwrócił się do Roberta, który nie od
razu zrozumiał pytanie.
- Co?
- Napijesz się herbaty jaśminowej? Jest pyszna.
Nauczyciel machinalnie pokiwał głową. Sąsiedzi dotychczas przycupnięci
na ławie zerwali się jak jeden mąż i ruszyli pod ścianę naprzeciwko.
Zaskoczony Robert cofnął się kilka kroków, kiedy go mijali.
- Siadaj – zawołał Mike, wędrując od półki do półki, od stolika do
stolika. – Zaraz będzie herbata.
Szeroka, twarda ława stanowiła dobry punkt widokowy na wciąż stojącą w
kącie Li. Robert chciał coś do niej powiedzieć, ale nic nie
przychodziło mu do głowy. Dziewczyna wydawała się pogrążona w swego
rodzaju modlitwie; zamknięte oczy i drżące co rusz usta sprawiały
wrażenie oddawania się medytacji. Wiekowa głowa rodziny najwyraźniej
znajdowała sadystyczną przyjemność w epatowaniu domowników monotonnym
skrzypieniem zydla. Grupka mieszkańców wioski stała pod ścianą i
biernie patrzyła przed siebie, a każdy w inną stronę. W tej sytuacji
mechaniczny uśmiech Mike’a i jego bezcelowa krzątanina dopełniały tylko
niezrozumiałego obrazu.
Do pomieszczenia wmaszerował kuzyn, niosąc parujący czajnik z kolorowym
smokiem. Mike porwał z półki dwie miseczki, napełnił jedną zielonkawym
płynem i wychylił się przez okno, gdzie przez chwilę pieczołowicie
oblewał naczynia gorącym naparem. Wreszcie wrócił, postawił na stole
czystą porcelanę i podniósłszy wysoko dzbanek perlistym
strumyczkiem nalał herbaty.
- Here you are – wyrecytował z uśmiechem. – Zaraz jemy – i wyszedł.
Dziadek wciąż skrzypiał.
Robert zawołał za nim, ale bezskutecznie. Chciał pójść za chłopakiem,
ale wymagałoby to przejścia pomiędzy skrzypiącym dziadkiem a podścienną
czwórką, co z powodu ewentualności ściągnięcia na siebie ich wzroku nie
napawało nauczyciela szczególnym entuzjazmem. Zanurzył usta w gorącej
cieczy. Cierpka, smaczna, skonstatował bezwiednie. Gdyby nie zraził się
był do lekcji mandaryńskiego, które proponowała mu szkoła, mógłby
spróbować
porozmawiać z Li, z jej ojcem, z resztą, a tak, bez pośrednictwa
Mike’a, milczenie wzbierało i trzeba było uciekać się do azylu, który
oferowała herbata. Tylko kto mógł był wytrzymać półtorej godziny z
nauczycielką, która o nauce własnego języka miała jeszcze mniejsze
pojęcie, niż o nauce angielskiego? Skąd Li się tu wzięła, kołatało mu w
głowie. Podniósł wzrok – tak, stała tutaj, chociaż jeszcze kilka
(kilkanaście?) minut temu znikała pod powierzchnią wody.
Jak ukłuty szpilką Robert sięgnął za plecy. Przesunięty do tyłu futerał
wciąż tam był, ale miękki. Lekki. Pusty. Zerwał się i odwrócił. Nie
było wątpliwości.
- Nie! – wyrwało mu się. W pierwszym momencie w serce ukłuła go
świadomość straty setek zdjęć z podróży. Dopiero po chwili uświadomił
sobie brak dowodu, że tamta dziewczyna w rzece, to była Li. Ale ona
przecież tu stała. Trzy metry od niego.
- Mike! – krzyknął i nie przejmując się już spojrzeniami sąsiadów
pobiegł tam, gdzie zniknął przyjaciel. – Mike!
Chłopak stał przy oknie kuchni. Po drugiej stronie obca dziewczyna
błyskawicznymi ruchami tasaka szatkowała na okrągłej desce zieleninę o
grubych łodygach i żółtych kwiatkach. Z sufitu zwieszały się na
wysokości twarzy dwa oskubane kurczaki, śmierdziało rybami albo
krewetkami.
- Zaraz będzie śniadanie. Jest pyszne – powiedział Mike, poprawiając
okulary.
- Mike, w rzece topi się dziewczyna – chciał krzyknąć Robert, ale
powiedział to z dość zaskakującym dla siebie samego opanowaniem. –
Myślałem, że to Li, ale to ktoś inny. Trzeba tam popłynąć.
- OK., OK. – W głosie chłopaka była kojąca pewność. – Powiedziałem
kuzynowi komu ma powiedzieć. Będzie OK. Nie martw się.
- Aha.
Robert poczuł wreszcie przyjemne rozluźnienie. Sprawa nie zależała już
od niego. Zrobił, co miał zrobić, teraz kto inny zajmie się ratowaniem
Li. To znaczy, dziewczyny.
Ta myśl otrzeźwiła go. Nie mógł się chyba aż tak pomylić! Nie
przyjechał tu przed chwilą, zdążył wystarczająco naprzyglądać się Li,
by odróżnić ją od jakiejś innej miejscowej kobiety. Zresztą
identyczność
Chińczyków okazała się bajką, jak wiele innych stereotypów, z którymi
tu przyjechał. I pomachała do niego. Właśnie.
- Myślałem, że twój kuzyn poszedł zrobić herbatę? – zagadnął, obawiając
się tego, co może usłyszeć. Ale Mike go nie zawiódł.
- Powiedział jej siostrze – wskazał na dziewczynę – a ona poszła do
ojca, on ma łódź, wiedział co robić.
- To dobrze.
Chwilę obserwowali sprawne ruchy smagłych dłoni. Wreszcie ostatnia
porcja zieleniny powędrowała do misy. Dziewczyna odłożyła naczynie i
wstała. Mike powiedział coś, czego Robert znowu nie zrozumiał.
Zaczynało go to denerwować jak nigdy przedtem.
Chinka kiwnęła głową, odpowiedziała i wyszła, wycierając pozieleniałe
dłonie w fartuch. Mike uśmiechnął się i poprawił okulary.
- Chodź do pokoju, dokończymy herbatę.
Dziadek już się nie kiwał, teraz kimał oparty o ścianę. Czwórka z
sąsiedztwa kucała z zamkniętymi oczami, kuzyna nie było, a Li swobodnie
opierała się o futrynę okna, zalotnie spoglądając na nauczyciela.
Zmiana w jej zachowaniu zdumiała Roberta, ale nie Mike’a, który wesoło
zagadał coś do siostry. Ta uśmiechnęła się bez słowa, nie odrywając
oczu od mężczyzny.
- Może herbata jest już zimna – zauważył chłopak i zabrał czajnik z
czarnym smokiem z powrotem do kuchni. Robert usiadł na ławie, czując
się trochę nieswojo pod ostrzałem brązowych oczu. Przez chwilę starał
się zmierzyć z nimi w pojedynku na spojrzenia, ale poddał się po kilku
sekundach. Nie mógł jakoś podjąć flirtu. Jeszcze nie tak dawno strzelał
oczami do co powabniejszych uczennic, teraz jednak nie potrafił. Li
podobała mu się, fakt, ale… Nie zdążył poukładać sobie odczuć, bo
wrócił Mike. Smok znowu mienił się barwami.
- Dobra herbata?
Nauczyciel z ulgą nachylił twarz ku parującej miseczce. Nie było
lepszego pretekstu, by uciec ze wzrokiem. Sączył zawartość tak długo,
aż usłyszał Mike’a. Przyjaciel podawał mu słoiczek z białą maścią.
- Daj to na ramię, nie zaboli.
Ból jakoś nie mógł się dotąd przebić do świadomości Roberta. Mimo tego
posłusznie nabrawszy na palec wodnistej mazi delikatnie wtarł lek w
rosnący pęcherz. Żadnego efektu nie było, ale ze słowami podzięki oddał
słoiczek i zabrał się do herbaty.
- Podoba ci się Lianjiang? Góry są bardzo piękne.
Robert odstawił próżną miseczkę. Mike skwapliwie uzupełnił zawartość.
- Bardzo. To naprawdę piękna okolica. I jest tutaj tak spokojnie, aż
dziw bierze, że nie ma turystów.
- Obok są już – Mike na razie ograniczał się do wdychania aromatycznej
pary. – Las Kamienny nie jest daleko, tam dużo pięknych skał, nawet
laowai przyjechali. I
jaskinie, cztery bardzo wielkie bardzo piękne
jaskinie, też z zagranicy turyści byli. Ale tu nie mamy tego, więc nie
przyjechali.
Robert pokiwał głową. A więc jednak. Pewnie niedługo ktoś wpadnie na
pomysł zrobienia interesu na naturalnym pięknie pobliskiej doliny.
Jeszcze chwila, i nieskalany krajobraz przejdzie do historii.
Aparat! A w nim zdjęcia doliny.
- Zgubiłem aparat – odstawił herbatę. – Biegłem tutaj i musiał mi
wypaść. Pomożecie mi szukać?
Mike pokiwał głową w milczeniu, obracając w palcach naczynie. Wydawał
się nagle zajęty czymś innym, jakby jakaś myśl właśnie przyszła mu do
głowy. Nauczyciel wpatrywał się chwilę w skupioną twarz, aż wreszcie
uświadomił sobie, że też jest obserwowany.
Li nie przestała nań patrzeć. Coś było w jej wzroku, lekkim
uśmiechu, co niepokoiło, zamiast intrygować. Gdyby podobnie przyglądała
mu się w pierwszym miesiącu pobytu jakaś równie ładna Chinka, dawno już
starałby się nawiązać rozmowę, nie zważając na barierę językową. I
pewnie by się udało. Co się z nim działo? Co się z nią działo? Czyżby
wczorajszy spacer tak zawrócił jej w głowie? A może jemu?
Potrząsnął głową. Zawrót głowy był faktem, chociaż nie miał chyba wiele
wspólnego z bliskością kobiecego ciała. Rozkojarzenie nie chciało
ustąpić. Jeszcze raz potrząsnął głową, a potem mocno ścisnął skronie.
Coś było bardzo nie tak. Widział podwójnie.
Nie, nic nie widział.
***
Bzyczenie narastało. Coś, co przywodziło na myśl eskadry żółtych,
czarnych i brązowych os muskających zwisającymi odnóżami twarz
nauczyciela gęstniało z każdą sekundą. Chciał oczyścić dłonią
rozedrgane powietrze, ale omdlałe ramię opadło bezwładnie. Wciskając
głowę w trawę zamknął insektom drogę do ust i nosa; inwazji owadów do
swego wnętrza bał się najbardziej. Ale bzyczenie trwało, stawało się
coraz głośniejsze, na domiar złego narastał jakiś miarowy szelest. W
odruchu obrony podciągnął ociężałe dłonie ku twarzy.
- Robert!
Uścisk rąk na ramionach, szarpnięcie, podniesione głosy.
- Robert? Słyszysz mnie, Robert? To ja Mike! Jak się czujesz, wstawaj,
idźmy do domu!
Zmusił się do podniesienia ciężkich powiek, ale zrazu niewiele
zobaczył. Zamrugał kilkakrotnie, potrząsnął głową.
- Widzisz mnie, Robert?
Tak, to był Mike, za nim jeszcze ktoś, chyba jego kuzyn, ale Robert
ciągle nie mógł spędzić z oczu uporczywej mgły. Mruknął tylko, zakasłał
i próbował wstać. Tak, to był kuzyn Mike’a. Obaj pomogli mu stanąć na
nogi.
Znajdowali się na łące, kilkadziesiąt metrów od rzeki. Nad brzegiem
tłoczyła się liczna grupa ludzi, dalsi nadbiegali od strony drzew.
Niedaleko, na łagodnej fali, kołysały się dwie łodzie. Mike z kuzynem
chwycili Roberta pod pachy i wolnym krokiem zaczęli oddalać się od
rzeki.
- Co się dzieje? – wymruczał z trudem. Czuł się niezdrowo osłabiony.
Omdlewające ciało stawiało opór, przytłumione zmysły od rzeczywistości
dzieliła gruba warstwa waty. Gorzej czuł się chyba tylko raz, po
narkozie i operacji wyrostka, brakowało jedynie wymiotów. Ledwo o tym
pomyślał, zebrało mu się na mdłości.
- Idźmy do domu – powtórzył Mike, sapiąc z wysiłku. Razem z kuzynem
musieli przejąć cały ciężar niesionego mężczyzny, którego nogi
bezwładnie wlokły się po ziemi. – Idźmy do domu …
- Co się stało? – Robert potrząsnął głową, za wszelką cenę usiłując
odzyskać jasność umysłu. – Mike, gdzie ja jestem? – zapytał, zanim
budzący się powoli mózg przestrzegł go przez banalnością tego pytania.
- Nad rzeką, osa cię kąsiła. Widzisz ramię? – Mike wolną ręką pociągnął
za rękaw koszuli nauczyciela.
Cały bark był jednym wielkim obrzękiem. Zaczerwieniona skóra
przebłyskiwała tu i ówdzie bielą wodnistego pęcherza. Kołnierzyk
przesunął się po podrażnionym obszarze, wyciskając z ust Roberta syk.
- Szlag by to… – wymamrotał i stanął mocniej na nogach. Ból otrzeźwił
go nieco, wata oddzielająca od świata mocno się przerzedziła. Rozejrzał
się, nie bacząc na pieczenie naciąganej skóry.
Zbiegowisko na brzegu było ciche, chociaż w ruchach nadbiegających osób
widać było nerwowość i podniecenie. Jedna z łodzi zbliżyła się niemal
do samego brzegu, ktoś stał po pas w wodzie.
- Co się tam stało? - Robert z wysiłkiem wykręcał głowę do tyłu. –
Mike, tam się coś stało. Powiedz mi! – podniósł głos, bo przyjaciel
wydawał się nie słyszeć.
- Nie martw się – usłyszał w odpowiedzi i coś go tknęło.
- Hej, zatrzymajcie się! – próbował stawić opór, ale obaj uparcie
odciągali go od rzeki. – Mike, do cholery! – zaklął i wbił nogi w
ziemię, jednocześnie próbując wyswobodzić ręce z uchwytu. – Puśćcie
mnie, no!
Pierwszy poddał się kuzyn. Odsunął się na bok, pozbawiając lewą nogę
nauczyciela wsparcia, ale Robert pokonał już słabość, odepchnął Mike’a
i zawrócił, coraz szybciej prąc przez wysoką trawę. Po sekundzie Mike
znów był przy nim.
- Robert, tam jest źle. Uważaj. Osa cię kąsiła. Nie jesteś silny.
- Co się stało do cholery! – krzyknął Robert, ale nie chciał już
słuchać wyjaśnień. Chciał zobaczyć na własne oczy. Mike chyba to
zrozumiał, nie mówił już nic, wyprzedził mężczyznę, roztrącił tłumek i
stanął nad brzegiem i nad ciałem Li.
Dziewczyna leżała na wznak, mokre kosmyki ciemnych włosów splatały się
ze źdźbłami trawy.
Robert stał nad nią, tak jak stali wszyscy inni. Mike nie patrzył na
siostrę. Patrzył nauczycielowi w twarz. Cień łodzi falował na
powierzchni mętnej toni.
- Mówiłem! – wyrzucił z siebie Robert i zaczerpywał tchu, by wykrzyczeć
oskarżenie pod adresem niedowiarstwa i głupoty, które nie pozwoliły
uratować dziewczyny, kiedy jeszcze była po temu szansa, gdy wtem widok
Li kulącej się w kącie, Li patrzącej uwodzicielsko, zderzył się z
widokiem Li stłamszonej, rzuconej na mokrą trawę i zamknął mu usta.
Ktoś wyszedł z tłumu i ujął ciało za nogi, ktoś inny pod ramiona i
improwizowany kondukt ruszył brzegiem rzeki. Łodzie zaczęły się oddalać.
- Mike! – Robert z całej siły zacisnął oczy i potrząsnął głowa, ale
obraz nie znikał. – Mike! Jak to, twoja siostra? Przecież widziałem ją
w domu! To musi być jakaś inna dziewczyna! Kto to jest!?
- Li się utopiła – Mike patrzył na przyjaciela zza poprawianych
nieustannie okularów. – Byłbyś gdy nie zemdlał by się może ją uratować.
– Karykaturalna gramatyka w innych okolicznościach rozbawiłaby Roberta,
teraz jednak przeszkadzała tylko w zrozumieniu sensu zdania.
- Zemdlał? Ja zemdlałem? Przecież byłem u was, mówiłem ci, biegłeś tu…
– Obraz skulonej w narożniku pokoju Li mignął Robertowi przed oczami. –
Mike, mówiłeś, że kuzyn zawołał ojca tej dziewczyny z kuchni, on ma
łódź… – Chaotyczne myśli nie chciały poukładać się w logiczną całość.
Mike poprawił okulary. Po co? Po co znowu to robił?
- Nie mówiłem – odparł spokojnie. – Nie wiem, co mówisz. Bo kuzyn szedł
za tobą, jak zobaczyliśmy, że cię nie ma, żebyś się nie zgubił i
zobaczył, że Li się topi, wrócił po nas, ale już za późno. – Zdjął
okulary, wyjął chusteczkę, zaczął powolnymi ruchami polerować szkła. –
Ciebie zobaczyłem w trawie, bo myśleliśmy, że skoczyłeś do wody i też
utopiłeś się, ale ty zemdlałeś. – Robert nie był pewien, czy wyczuł
rezerwę.
- Ale ja pamiętam jak z tobą rozmawiałem, mówiłem, że się topi! – To
wszystko było bez sensu, ale Robert parł w ten bezsens; nie widział
śladów za sobą, nie miał jak zawrócić.
- Nie – uciął Mike i założywszy okulary, palcem uzbrojonym w długi na
dobre półtora centymetra szpon wskazał ramię Roberta. – Osa cię kąsiła,
zemdlałeś i… – chwilę szukał słowa – przyszły sny, przyśniło ci się coś.
Potem odwrócił się i ruszył w ślad za oddalającymi się ludźmi.
***
Robert przeczesał całą łąkę tam, gdzie mógł biec zanim się przewrócił i
stracił przytomność, ale aparat zapadł się pod ziemię. Kiedy stwierdził
jego brak w futerale, zawładnęło nim przemożne uczucie deja vu. Bez
wytchnienia kontynuował poszukiwania, tak naprawdę nie tyle po to, by
odzyskać sprzęt, ile by odwlec moment powrotu do domu Mike’a i
zanurzenia się w atmosferze domu, w którym kogoś już nie było.
Nie
rozumiał nic z wydarzeń dzisiejszego dnia. Li utonęła. Sama jej śmierć
była ogromnym wstrząsem, ale okoliczności tej śmierci, jaskrawość i
wyrazistość sprzecznych przecież do obłędu obrazów zapisanych w pamięci
nie pozwalały mu dojść do siebie. Z rękami zanurzonymi w huczącej od
życia trawie, nie odganiając już nawet wyległych nie wiadomo skąd watah
olbrzymich ważek, szeptał „Aparat, aparat”, stawiając w ten sposób
zaporę zbyt trudnym do ogarnięcia obrazom. Ale dwie nakładające się na
siebie wizje, kokieteryjnie uśmiechniętej twarzy dziewczyny oraz jej
mokrych, splątanych włosów na trawie nie dawały mu spokoju. „Aparat!”,
podnosił wtedy głos, zagłuszając krzyczące obrazy. One jednak
uporczywie wracały.
Pęcherz na ramieniu pulsował miarowym pieczeniem. Czy to rzeczywiście
halucynacje, „sny”, jak to ujął Mike, spowodowane jadem osy? Robert
gorąco chciał w to uwierzyć, ale wciąż nie mógł. Oby tak było, prawie
się modlił. Jeśli tak nie jest, to chyba oszalałem. Albo oszaleli oni
wszyscy.
Była niedziela, jutro o 9:40 trzeba zacząć zajęcia, uprzykrzona grupa
3., szkoła średnia. Szkoła, jeszcze przedwczoraj determinująca całą
egzystencję Roberta i jego postrzeganie otoczenia, wydawała się teraz
czymś nieskończenie odległym i nieistotnym, wręcz abstrakcyjnym.
Istotna była osa, przed którą trzeba się uchylić, bzyczenie much,
delikatny chlupot fali, śmierć Li. Tak, już najwyższy czas.
Wyprostował napięte plecy, odgonił zawieszone w powietrzu tuż koło jego
twarzy ważki, otarł z czoła lepki pot. Za kilka minut będzie w domu
rodziny Mike’a. Nie wiedział, co powie i co jemu powiedzą. Coś powie,
coś powiedzą, jakoś to będzie. Odwrócił się plecami do Skały, wbrew
nazwie rozpalonej słońcem, i brodząc w trawie ruszył ku drzewom.
Dom już z daleka wyglądał na pogrążony w żałobie, choć więcej w tym
było wyobrażeń Roberta niż obiektywnych znamion. Wokół nikt się nie
plątał, tylko lilipucich rozmiarów drób dreptał tam i sam. Robert z
bijącym sercem wszedł do wnętrza.
Pokój był pusty, w powietrzu unosił się zniechęcający zapach. Postąpił
kilka kroków i zajrzał do kuchni.
Przygotowania do posiłku trwały w najlepsze. Z woka dolatywało
syczenie, znad garnków unosiła się nieapetycznie pachnąca para. Mike
przywitał przybysza skinieniem dłoni i kontynuował rozmowę z kuzynem.
Poza nimi w kuchni kręciło się kilkoro sąsiadów czy dalszej rodziny.
Roberta zaskoczyła ta codzienność. Oczekiwał atmosfery zgoła innej niż
ta, którą zastał. Z trudem przełknął niespodziankę, zwaliwszy wszystko
na karb różnic kulturowych – takie podejście nie raz pomogło mu
poradzić sobie z realiami Państwa Środka, choć nigdy niczego nie
wyjaśniało.
- Robert, dobrze że jesteś tu – Mike odprawił kuzyna i odwrócił się z
uśmiechem. – W samą porę. Zaraz obiad będzie. Jest pyszny. Chodź,
siadaj tam.
Nauczyciel bez przekonania dał się zaprowadzić z powrotem do głównego
pokoju. Mike grzecznie wskazał krzesło, ale Robert potrząsnął głową.
- Nie, nie będę jadł.
Twarz Chińczyka przybrała zagadkowy wyraz. Dłuższą chwilę patrzył w
milczeniu na nauczyciela.
- Nie jesz z nami? – zapytał wreszcie, łapiąc się lewą ręką za prawe
ramię, jakby nagle coś zaczęło go swędzieć.
- Nie, nie mam ochoty. I chyba jest to zrozumiałe – wyrwało się
Robertowi trochę zbyt ostro. Prawie ugryzł się w język, ale oburzenie
wzięło górę. Czemu on tak tępo spoglądał?
- Mike, twoja siostra nie żyje, jakoś nie mam ochoty na jedzenie w
takich okolicznościach i nie wiem, jak ty możesz mieć! – zacisnął zęby,
twardo patrząc w oczy przyjaciela.
Chwilę mierzyli się wzrokiem. Ukryte za okularami oczy były
przeraźliwie nieruchome.
- Bo Li zabrali już – odparł w końcu chłopak, jakby to cokolwiek
wyjaśniało. Robert chciał prychnąć, ale nagle zmienił zdanie.
- U nas jest nie do pomyślenia, żeby ot tak, beztrosko pichcić sobie
obiad zaraz po tym, jak ktoś bliski przeniósł się na tamten świat!
Naprawdę macie zamiar teraz jeść? – wypalił bez ogródek. – Czy do was
dociera, że właśnie straciliście członka rodziny? Mike, właśnie zginęła
ci siostra, a ty zajmujesz się obiadem?!
Nie wiadomo kiedy nagromadzony bagaż niezgody na otoczenie znalazł
nagle ujście. Obcość tych ludzi uderzyła nauczyciela na odlew, ich
dziwne zachowania, dotychczas przyjmowane z zaintrygowaną tolerancją,
przekroczyły raptem cienką granicę akceptacji. Nie chciał i nie mógł
przejść do porządku dziennego nad tym, czego był świadkiem.
- Nie jesz? – powtórzył Mike i poprawił okulary.
Serce Roberta przeszył nagły skurcz. Boże, on nic nie rozumie!
przemknęło mu przez głowę. I strach, strach człowieka zdanego na łaskę
obcych, o setki jeśli nie tysiące kilometrów od najbliższej osoby
wyznającej podobne wartości, wreszcie go ogarnął.
- Nie jem – odpowiedział bezradnie i uświadomił sobie, że w ten sposób
być może pali ostatnie mosty łączące go z tym chłopakiem z
supermarketu, z którym przegadał kiedyś tyle godzin.
Ale Mike zdawał się być nieporuszony.
- Po obiedzie jedziemy – powiedział beznamiętnie. – Pojedziemy motorem
do dworca autokarów. Tam wejdziesz do autokaru do Guangjin, pojedziesz
sam dalej, bo ja już nie jadę tam tylko wracam tu. OK?
- OK. – Robert kiwnął głową. Nie był pewien, czy uczucie, które
wywołała w nim ta zapowiedź, można było nazwać ulgą.
Mike odkiwnął, drapiąc się po łopatce i zaczął odwracać się w kierunku
kuchni,
gdy wtem wpół obrotu przystanął:
- Idź na spacer, zrobić jeszcze zdjęcia – rzucił przez ramię i wpatrzył
się głęboko w oczy
nauczyciela.
- Zgubiłem aparat – powiedział wolno Robert, odwzajemniając spojrzenie.
- Aaa? – Skinienie głową. – Gdzie?
- Chyba nad rzeką.
- Aha. Pomóc ci poszukać? – poprawienie okularów.
- Już szukałem.
- Nie znalazłeś? – Bezruch.
- Nie.
- To niedobrze. – Wątły uśmiech. – Do zobaczenia po obiedzie.
- Na razie.
Robert został sam w pokoju. „Pojedziesz sam” powtórzył w myślach.
Aparat, gdzie ten aparat?
Potrząsnął głową. Tak rozkojarzony dawno już nie był. Napiłby się
czegoś, najlepiej zimnego piwa, żeby odzyskać jasność myśli.
„Przewietrzyć się,” zaświtała mu desperacka myśl.
Duszne, ciężkie powietrze na zewnątrz nadawało się do wszystkiego,
tylko nie do orzeźwiania. Ruszył szybkim krokiem, aby chociaż w ten
sposób poczuć na spoconej twarzy powiew wiatru. Niemiłosierne słońce
migotało między gałęziami, ale cień nie przynosił ulgi, powietrze wśród
drzew było jeszcze bardziej nieruchome. Zwolnił kroku; nie było sensu
się forsować. Motorem na dworzec autobusowy. Może być fajnie, pamiętał,
jak jedna z nauczycielek wzięła go kiedyś na przejażdżkę skuterem po
mieście. Jazda górską szosą mogła być nawet bardziej ekscytująca.
Skałka z bambusami na szczycie nie od razu zwróciła uwagę Roberta.
Musiał obejść głaz z drugiej strony, by doznać bolesnego olśnienia.
Fala deja vu wezbrała
gwałtownie. Biegł tędy, w stronę domu, z wieścią
o Li, tak niedawno temu. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek.
Roślinność pleniła się nienaruszona, nic nie poświadczało, że Robert
już tu kiedyś był. Nic, poza wyrytym w pamięci obrazem panicznego
biegu. Zacisnął powieki. „Nie martw się”. Zaczerpnął tchu i ruszył
przed siebie, w głąb zapamiętanej drogi.
Łąka żyła własnym, samowolnym życiem. Z każdym krokiem Robert oddalał
się od domu Mike’a – tam także życie toczyło się według sobie tylko
znanych reguł. Przez mgnienie poczuł ukłucie żalu. Nie musiał tak ostro
mówić z Mike’iem. Być może powinien był delikatniej dać do zrozumienia,
jak niestosownie czuje się w tej sytuacji. Ale mokre włosy Li na trawie
nie pozwalały o sobie zapomnieć.
Dobrnął do kresu łąki. Wysoko stojące słońce odbiło się od łaciatej
tafli pola ryżowego. Wiedział, że zastanie je w tym miejscu, choć
przecież miał nie być tu nigdy wcześniej. Ale już uwierzył
wspomnieniom. Jeżeli coś było halucynacją, to na pewno nie tamten
szaleńczy bieg po ratunek.
Gdyby nawet kołatała mu się jeszcze gdzieś w duszy resztka zwątpienia,
to uciszyłby ją srebrzysty kształt skrzący się między łodygami. Robert
schylił się powoli, pieczołowicie rejestrując w pamięci każdą chwilę.
W
wodzie tkwił zanurzony do połowy aparat cyfrowy.
***
Dom pogrążony był w ciszy. Stos brudnych miseczek i talerzyków w kuchni
był jedynym śladem po obiedzie. Po obiedzie? Już po obiedzie? Zza okna
dobiegało odległe gdakanie. Robert wyjrzał na zewnątrz, ale inwentarz
także pozostawiono samemu sobie. Z westchnieniem odwrócił się do środka
pokoju. I wstrzymał oddech.
Stał tam, na półeczce po przeciwległej stronie, na wysokości ramienia.
Słoiczek z maścią na ukąszenia osy.
Dłoń sama powędrowała ku kieszeni na piersi, gdzie spoczywała karta
pamięci z zamokłego aparatu. Nie trzeba już było kolejnych dowodów
realności rzekomych halucynacji. Każdy następny mógł raczej zaszkodzić
niż pomóc. Robert z trudem oderwał wzrok od słoiczka.
Mógł to być jęk, mogło też być słowo, którego nie znał, o co nie było
trudno. Dźwięk dobiegł z góry, słaby, lecz w ciszy dobrze słyszalny.
Nie powtórzył się, ale Robert tego nie potrzebował. Stąpając cicho
przemierzył pokój i jął wspinać się po wąskich schodach.
O przymknięte okno półpiętra tłukł się ociężale wielki czarny motyl.
Robert przezwyciężając wstręt złapał owada w skuloną dłoń i otworzywszy
skrzypiącą okiennicę wypuścił na zewnątrz.
Wynurzał się zza załomu korytarza z duszą na ramieniu, ale i z
przekonaniem, że cokolwiek by zrobił, i tak będzie żałował. Oczom jego
ukazał się zagracony pokoik z jednym oknem i wąskim łóżkiem z nagą
ruiną stelażu po moskitierze.
Pośród zaściełających podłogę szpargałów
i rupieci, przy ścianie przykrytej makatką, stała Li. Taka, jaką
zapamiętał sprzed utonięcia, kuląca się i bezładnie poruszająca ustami.
Z jedną różnicą – oczy miała szeroko otwarte.
Chrapliwy warkot motoru i zgrzyt opon hamujących na żwirze rozległy się
zbyt blisko, by można je było zignorować. Li wpiła się spojrzeniem w
twarz Roberta, kiedy ten podchodził do okna, ale nie odezwała się, nie
drgnęła nawet. Nauczyciel odgarnął stos plastikowych listew i wspiął
się na palce, by wyjrzeć przez wysokie okno.
- Mike!
Chłopak właśnie schodził z motoru. Na okrzyk Roberta zadarł głowę w
górę i mrużąc oczy zawołał coś po chińsku.
- Mike, Li tu jest! – zawołał Robert, poskramiając dziką chęć
wykrzyczenia tego ile sił w płucach. – Znalazłem ją tu w pokoju! I
aparat też! – dodał bez większego sensu.
- To dobrze! Schodź na dół, musimy jechać, bo czasu mało.
Robert bardziej wyczuł, niż usłyszał, że Li się poruszyła. Rzucił okiem
do wnętrza. Dziewczyna stała już wyprostowana i uśmiechała się
nieśmiało.
Przełknął ślinę i odwrócił się do Mike’a.
- Przecież widziałem ją nad rzeką! Przecież mówiłeś, że się utopiła, że
ją zabrali. Co ona tu robi? – Już nie chciał krzyczeć.
- Bo zabrali ją do lekarza, mówiłem – Mike z powrotem dosiadł motoru. –
Było nie tak źle jak myśleliśmy. Teraz ją przywieźli i już będzie OK.
Schodź na dół, musimy jechać!
- Mówiłeś, że się utopiła – powtórzył Robert, słysząc za sobą szelest.
Nie odwrócił się.
- Pomyliłem się. Szybko schodź, naprawdę czasu mało, Robert, OK?
Nauczyciel skinął głową i odwrócił się. Li siedziała na łóżku,
nieśmiałym spojrzeniem jakby przepraszając za zamieszanie, które
wywołała. Zmusił się do odwzajemnienia uśmiechu i nie oglądając się za
siebie wyszedł. Pożegnalne Zaijian uwięzło
mu w gardle.
Na dole zaaferowany Mike wręczył mu plecak i naglącymi gestami wygonił
na zewnątrz. Po chwili sam opuścił budynek, na migi poinstruował
Roberta, jak ma siedzieć i podkręciwszy jazgoczący silnik w chmurze
pyłu opuścił podwórze. Robert kątem oka dojrzał w oknie na piętrze
sylwetkę dziewczyny. Nie pomachał na pożegnanie. Musiał się krzepko
trzymać, stalowy uchwyt za plecami był naprawdę wąski.
To pnąca się stromo, to znowu opadająca głęboko droga nie pozwalała na
rozmyślania. Straceńczo brane zakręty i zwisające liście, przed którymi
wciąż trzeba się było uchylać, zmuszały do koncentracji tylko i
wyłącznie na jeździe. W pędzie pokonali wiraż wokół jaru o niemal
pionowych ścianach, nad którym snuły się nitki mgły, i po kilku
minutach wypełnionych hukiem powietrza wyjechali na prostą. To nie była
droga, którą przyjechali wczoraj. Skały i rzeka zostały po drugiej
stronie gór, tu rozciągała się barwna monotonia łąk i upraw. Bydło nie
reagowało na ich ryczący motocykl, gdy mijali pędzone poboczami stadka.
Szerokoskrzydłe plecione kapelusze zasłaniały twarze wieśniaków.
Wokół coraz gęściej pojawiały się domy, zrazu byle jak sklecone
chałupy, potem, kiedy wjechali w miasto, wąskie kilkupiętrowe budynki
wyrastające niemal bezpośrednio z jezdni. Tu Mike musiał zwolnić, czego
skutkiem było nie tylko zastąpienie świeżego powiewu zatykającym
zaduchem, ale i powszechne zwrócenie uwagi na pasażera. Zewsząd z
leniwej fali wlokących się motocykli i furgonetek spoglądały zdumione
twarze, wyrastały wyciągnięte ręce. Komentarze ginęły w ryku silników i
zgiełku klaksonów.
Droga zdawała się nie mieć końca. Kiedy Mike skręcił w nadspodziewanie
mało uczęszczaną przecznicę Robert przez chwilę sądził, że chłopak chce
ulżyć mu w męce i poszukać przyjemniejszej drogi, ale zamiast tego po
przejechaniu kilkudziesięciu metrów nieoczekiwanie zatrzymał motocykl i
rzuciwszy tylko „zaczekaj tu” zniknął w odrapanym budynku.
Nauczyciel siedział jeszcze chwilę na motorze, ale poczuwszy, że jazda
dała mu się nieco we znaki, zdecydował się rozprostować nogi. Przed
budynkiem, jak i przed całym rzędem monotonnej zabudowy, nie było ani
skrawka trawy. Co tylko się dało, zostało wybetonowane lub zasypane
gruzem pozostałym z robót budowlanych. Nieznośny żar raził z góry i z
dołu, szybko wybijając z głowy jakikolwiek zamiar rozejrzenia się po
okolicy.
Już po kilku minutach na czarnym siedzeniu motoru można było smażyć
krewetki. Robert westchnął i poszukał wzrokiem cienia, ale jedyny
skrawek terenu osłonięty przed słońcem znajdował się po drugiej stronie
ulicy, pod obskurnie wyglądającym sklepem. Lepiej było odwrócić się doń
plecami, tak na wszelki wypadek.
Minuty mijały, a Mike’a nie było. Gasnące już pieczenie ramienia pod
palącym słońcem rozgorzało na nowo. Robert rozważał chwilę, czy
zastukać do drzwi, za którymi zniknął chłopak, czy kucnąć w cieniu
motoru, ale rozejrzawszy się jeszcze raz wybrał trzecie wyjście – sklep.
Miał w kieszeni kilka banknotów, a w ustach sucho, nie wahał się więc
długo. W sklepie nie było nawet wentylatora, była za to pokurczona
starowina kiwająca się na krześle i jeszcze starszy dziadek, który na
widok Roberta najpierw zmrużył oczy, a potem rozdziawiwszy usta
ściągnął kapelusz i przyłożył do piersi. Pod ostrzałem oczu Mao,
spoglądającego władczo z megalomańskiego portretu, nauczyciel wziął z
zakurzonej półki butelkę soku winogronowego i rzuciwszy parę yuanów
wrócił na skwar ulicy.
Zanim doszedł do motoru, wypił dobry litr soku, choć ten był ciepły i
miał więcej wspólnego z wodą niż z winogronami. Dawał sobie jeszcze
minutę - potem miał zamiar wkroczyć do domu i przywołać Mike’a do
porządku - kiedy drzwi się otwarły i chłopak wyszedł w towarzystwie
rówieśnika.
- To jest Cheng.
„Ten nawet Hello nie zna”
skrzywił się w myślach Robert, ściskając dłoń milczącego Chińczyka.
- To mój kolega. On do dworca cię wziął.
- A ty? – Robert pożałował, że już wybaczył Mike’owi spóźnienie.
- Ja tu muszę zostać. To już niedaleko. Cheng ci kupił bilet do
Guangjin. To cześć, Robert. Było miło cię znać.
Krótko uścisnęli sobie dłonie. Robert chwilę walczył ze sobą. W końcu
kiwnął głową.
- Ciebie też. To do zobaczenia i… zaijian.
Mike uśmiechnął się i powiedział coś po chińsku. Rzucił jeszcze
kilka słów koledze i pomachawszy dłonią nauczycielowi zniknął w budynku.
Cheng nie owijał w bawełnę. Klepnąwszy w rozgrzaną skórę zapuścił
silnik i ledwo Robert zdążył jako tako się usadowić, ruszył z kopyta.
Butelka wymknęła się spoconym dłoniom i upadła na ulicę, zraszając
nawierzchnię cennym płynem.
Może i lepiej, pocieszył się Robert.
Mniejsze ryzyko konieczności skorzystania z kibla na dworcu albo w
autobusie.
Na drodze Cheng czuł się dużo pewniej niż Mike. Sprawnie lawirując w
tłoku szybko posuwał się naprzód. Rozpalona słońcem betonowo-asfaltowa
układanka urbanistyczna, tylko tu i ówdzie urozmaicana pojedynczą
palmą, nie znudziła Roberta wyłącznie dlatego, że za każdym zakrętem
spodziewał się ujrzeć targowisko albo jakąkolwiek inną miejscową
atrakcję. Nic takiego się jednak nie stało. Motor zwolnił, Robert
spojrzał w drugą stronę. Pokryty zaciekami prostokątny pawilon był
dworcem
autobusowym.
Cheng założył na koło kłódkę i nie oglądając się na pasażera zagłębił
się w tłum u wejścia do budynku. Tu już Robert nie wzbudzał takiej
sensacji; każdy zdawał się być zaaferowany swoją podróżą. Dopchawszy
się do okienka Cheng zaczął coś wrzeszczeć, głownie chyba po to, by
przekrzyczeć klientów pozostałych okienek, wrzeszczących podobnie,
jeżeli nie głośniej. Po dłuższej tyradzie odwrócił się do Roberta i
machając niecierpliwie przywołał go do siebie. Ten podszedł z
niepokojem, ale zamiast prób nawiązania porozumienia Chińczyk zabrał
się za milczące penetrowanie kieszeni koszuli nauczyciela, póki Robert
nie domyślił się przyczyny i nie wyciągnął pieniędzy. W międzyczasie
ktoś dopchał się do zwolnionej kasy, więc przebijanie się do przodu i
tyrada zaczęły się od nowa. Wreszcie Cheng odszedł od okienka z biletem
w garści. Najwidoczniej uznał, że resztę potraktować może jako napiwek,
bo tylko machnął Robertowi przed nosem białym świstkiem, wskazał jakieś
cyferki i rzuciwszy coś niewyraźnie rozpłynął się w tłumie.
Robert otarł czoło i starając się zachować zimną krew ruszył tam, gdzie
spodziewał się postoju autobusów. Kilka pojazdów o różnym stanie
technicznym i stopniu czystości stało w miejscu, dokąd skierował go
zdrowy rozsądek. Przechadzał się od kierowcy do kierowcy, rzucając
możliwie wyraźnie „Guangjin”, by wreszcie pokazać bilet kiwającemu
głową mężczyźnie, który rzuciwszy okiem na wydruk jeszcze zamaszyściej
pomachał czupryną i gestem zaprosił Roberta do wnętrza.
Klimatyzowany autokar okazał się całkiem schludny i wygodny. Robert
wcisnął plecak na
półkę i rozparłszy się w fotelu skierował na siebie strumień zimnego
powietrza. Zamknął oczy. Skwar i zgiełk miasta zostały gdzieś daleko.
Nie wiedział, jak długa czeka go podróż. Ważne, że u celu było Guangjin
i znajomy dworzec, spod którego odjeżdża miejski autobus zatrzymujący
się tuż koło szkolnego kompleksu. Wdrapać się na piąte piętro, wyjąć z
lodówki piwo i siąść na balkonie, patrząc na słońce zachodzące między
wieżowcami – z tą myślą zapadł w drzemkę.
***
W kafejce internetowej nad kartą pamięci wywiązała się żywiołowa
dyskusja. Z hałaśliwej wymiany Robert zrozumiał tylko wymawiane na
różne sposoby słowo „digital”. Wreszcie tleniony dwudziestolatek,
najwidoczniej szef, posłał któregoś ze swoich akolitów na zaplecze, a
sam zasiadł przed ekranem. Robert rozejrzał się po zagraconym
pomieszczeniu. Świadomy ciekawskich oczu strzelających zza plastikowych
przepierzeń, przysunął sobie krzesło i usiadł obok szefa. Chciał
przynajmniej poudawać, że ma coś do powiedzenia.
Kiedy po dłuższej chwili blondyn otworzył jakiś dziwaczny program do
przeglądania zdjęć, do
salki wbiegł pomocnik, dzierżąc w dłoni spowite plątaniną kabli
urządzenie. Szef sprawnie załadował kartę, ale dłuższą chwilę zabawił
pod stołem, podłączając ustrojstwo do komputera. W końcu otworzył
odpowiedni folder i bez słowa ustąpił Robertowi miejsca.
Szuranie krzeseł i tupot zwiastowały, że na atmosferę sprzyjającą
skupieniu nie było tu co liczyć. Ze stadem nastolatków tłoczących się
za plecami nauczyciel otwierał kolejne pliki. Większość fotografii była
dobra, cześć nawet świetna, udało się uronić jak najmniej z uroku
pejzażu przemykającego za oknem autobusu, ale i tak czekał tylko na
jedno zdjęcie. Jeszcze ta skała, jeszcze rzeka z tego ujęcia… Jest.
Zamknął na chwilę powieki, ale widok opalonego ramienia i woalu
tęczowych kropel zdążył już utrwalić mu się przed oczami. Odetchnął i
jeszcze raz spojrzał na zdjęcie.
Toń w słońcu, czarne włosy, przyjazny gest, uśmiech.
Ale to nie była Li.
Bielsko-Biała,
marzec – sierpień 2004
|