Skrypt opowiadacza z epoki


Dobry sąsiad głodnemu miskę ryżu poda
Zapamięta, gdy syty nie zwróci mu miski
Chciwa korzyść dzisiejsza to jutrzejsza szkoda
Długi teraz oddane to w przyszłości zyski

Da Wei, twórca urodzony w trzy lata po śmierci cesarza Runzhi, skreślił owe strofy jakby z myślą o dzisiejszej opowieści. W pogoni za namacalną korzyścią nie zapominajmy, że nazajutrz obrócić się ona może w stratę. Zysk poczyniony na czyjejś szkodzie nie jest trwały.

Moja opowieść traktuje o mężczyźnie, który ze strachu o własną skórę na szwank naraził skórę drugiego człowieka, oraz o kobiecie, która dla małej i szybkiej korzyści złamała dane słowo. Oboje w konsekwencji stracili wszystko, co mieli. Ale zanim powiem więcej, pozwólcie mi przywołać znaną anegdotę o Zhang Zhanie i Chen Chengu.

Obaj byli pomniejszymi urzędnikami na prowincji. Pewnego dnia Zhang pożyczył od Chena kilka sztuk srebra, chciał bowiem uszyć sobie gustowną szatę na egzamin w stolicy. Niebawem Chen poprosił o zwrot pieniędzy, za które chciał kupić książki do nauki. Chytry Zhang pomyślał sobie jednak:

- Jeśli długu nie oddam, Chen książek nie kupi, egzaminu nie zda i nie zostanie nowym naczelnikiem!

Wykręcał się dopóty, dopóki nie nadszedł dzień wyjazdu do stolicy. Dopiero wtedy zwrócił pieniądze, ale na kupno książek było już rzecz jasna za późno.

Tymczasem to Chen w przeciwieństwie do Zhanga zdał egzamin i został naczelnikiem. Przejrzał intencje dawnego przyjaciela i zapamiętał je sobie. Życie Zhanga zmieniło się w pasmo upokorzeń. Przed kolejną turą egzaminów Chen wstrzymał pensje. Zhang nie kupił książek i znowu nie zdał. Rozgniewany słał skargi na naczelnika do gubernatora i cenzora, ale na próżno, Chen miał już bowiem liczne koneksje wśród ważnych osób, co pod koniec życia przyniosło mu wielki majątek i posadę gubernatora. Tymczasem rozgoryczony Zhang wnet pochorował się ze złości i umarł w nędzy. Jak powiada przysłowie:

Pożądał mało, stracił wiele.

Posłuchajcie teraz o człowieku, który, skazawszy drugiego człowieka na okrutny los, w istocie skazał siebie i swoją rodzinę na zagładę.

W osiemnastym roku panowania cesarza Runzhi żyła stara i szpetna znachorka, Wang. Mieszkała na obrzeżach miasteczka Xingzhou i często bywała proszona do domostw okolicznych mieszkańców, by radzić, leczyć i przyjmować porody. Niektórzy szeptali, że i innymi sztukami się para, więc starano się nie wchodzić kobiecie w drogę. Najstarsi ludzie nie pamiętali jej młodości ani przybycia. Była w miasteczku od zawsze.

Krajem trzęsła podówczas Czerwona Straż. Młodzi ludzie z czerwonymi opaskami na ramionach zaprowadzali nowe porządki z polecenia samego Cesarza i jego czworga towarzyszy. Pojawili się też w Xingzhou, ale o tym na razie nie będziemy mówić.

Pewnego dnia do znachorki przybiegł posłaniec.

- Matko Wang! Matko Wang! Pani Deng będzie miała dziecko, trzeba pomocy!

Pan Deng przewodził lokalnej grupie należącej do stronnictwa Cesarza, a jego dom był najokazalszy w miasteczku. Wang szybko pozbierała potrzebne rzeczy i poszła za posłańcem.

Na świat przyszedł zdrowy chłopczyk, ale ledwo Wang odgryzła pępowinę, do domu wpadł Deng. Widząc znachorkę zapłonął gniewem i krzyknął:

- Co robisz w moim domu, stara lisico?! Ręce precz od dziecka! Wynoś się, albo obiję cię kijem!

Żona Denga, choć umawiała się z Wang na zwyczajową sumę, skwapliwie skorzystała z okazji do zatrzymania pieniędzy i zachęciła męża do przegonienia znachorki. Staruszka wróciła do domostwa obita i znieważona!

Niedługo trwała beztroska i radość Denga z męskiego potomka. Wkrótce naszły go czarne myśli. Żona, nieświadoma wagi wydarzeń w kraju, zapraszając znachorkę naraziła całą rodzinę na śmiertelne niebezpieczeństwo. Czerwona Straż ostro karała nie tylko za posiadanie staroświeckich obrazów i książek czy noszenie się wedle dawnej mody, ale i za kontakty z ludźmi zakorzenionymi w nienawistnej przeszłości i szerzącymi w społeczeństwie zabobon. Gdyby wyszło na jaw, że rodzina Denga korzysta z usług znachorki, nie pomogłyby im nawet znajomości w stronnictwie Cesarza.

Jeszcze tego samego popołudnia Deng odwiedził lokalną komórkę Czerwonej Straży i doniósł, że Wang ma staroświeckie nawyki.

Niekwestionowanym przywódcą miejscowych czerwonostrażników był niejaki Zhao, przybyły niedawno z Północnej Stolicy student, pełen rewolucyjnego zapału. Słysząc wieści Denga ruszył czym prędzej z całą drużyną do domostwa Wang.

Cios może czekać za każdym rogiem
Kula przeszywa, nim umilkną strzały
Co krok o krok skracasz swą drogę
Żyj pókiś cały

Kiedy tylko weszli do cuchnącej chaty zauważyli, że portret cesarza Runzhi, zamiast na poczesnym miejscu, wisi w kącie i do tego na wpół przesłonięty staroświeckim jedwabnym parawanem! Wang spała na wiekowym łożu z muślinową moskitierą. Zrzucili kobietę na podłogę i zrewidowali. Na swoje nieszczęście nie miała przy sobie ani jednego egzemplarza książeczki z myślami cesarza Runzhi, którą nosić musiał każdy.

To wystarczyło Czerwonej Straży. W ruch poszły narzędzia tortur. Ale nawet kiedy oba kciuki znachorki zostały zmiażdżone, wciąż nie powiedziała ani słowa. Suchymi oczyma patrzyła, jak chłopcy i dziewczęta tłuką porcelanowe figurki i depczą starożytne księgi medyczne.

Widząc, że tracą czas, Zhao polecił podkomendnym zastrzelić kobietę. Bez słowa sprzeciwu uklękła, jak jej kazano. Nie błagała o litość, kiedy wbito jej lufę w tył głowy. Ktoś pociągnął za spust, huknął strzał i Weng upadła na podłogę bez życia!

Czerwonostrażnicy wyszli i podpalili budynek. Dym widać było w całym Xingzhou.

Cztery tygodnie dom stawiano
Spłonął, zanim nastało rano

Wróćmy tymczasem do Denga i jego rodziny. Żona i synek czuli się dobrze. Mąż, jeszcze kilka godzin wcześniej zdenerwowany, widząc słup dymu na wieczornym niebie zasnął z błogim uśmiechem na twarzy.

Rankiem obudziło go łomotanie do drzwi. Nim zdążył wstać, goście wpuścili się sami. Na widok Czerwonej Straży struchlał, ale kiedy przywitali się przyjaźnie, odetchnął z ulgą.

- Z czym przybywacie? – zapytał i podniósł się z łoża.

- Udajemy się przesłuchać nauczyciela… – zaczął odpowiadać Zhao, ale zamarł w pół słowa, a oblicza czerwonostrażników wykrzywiły się w grymasie nienawiści.

Deng pojął, w jak wielkich jest opałach, dopiero, gdy jedna z dziewcząt podeszła gniewnie i szarpnęła go za mandżurski warkocz! Z zaskoczenia i strachu zbladł jak papier.

Zważcie, że podówczas mandżurskie warkocze, symbol zniewolenia, nie były noszone od ponad pół wieku!

Deng nie zdążył zaprotestować, kiedy dostał kolbą karabinu w twarz. Młodzieńcy rzucili się na żonę, której dotąd nie obudziły hałasy. U szyi miała zakazane amulety, a na stoliku obok leżały omszałe tomy wierszy dawno umarłych poetów.

W miarę, jak Czerwona Straż rewidowała dom, odkrywała coraz to nowe dowody burżuazyjnych skłonności Dengów. Kiedy zobaczyli, że zamiast portretu cesarza Runzhi na ścianie wisi klasyczny pejzaż, a sam portret wala się zakurzony na podłodze, nie zwlekali dłużej.

Rozdzianych do naga Denga i jego żonę z niemowlęciem w ramionach wygnano na ulicę. Kiedy tak biegli popędzani lufami karabinów, młodzież z wesołymi okrzykami podpalała ich dom. Zrobiło się wielkie zbiegowisko. Małżeństwo błagało o zmiłowanie, ale na próżno. Ktoś wyrwał Dengowi warkocz z głowy, ktoś przyłożył mu kijem i posłał na zawsze w pył drogi. Klęczącej nad zwłokami żonie kazano potępić swoje i męża przedrewolucyjne nawyki. Zrobiła to raz i drugi, ale Zhao nie zwykł był wybaczać wrogom ludu. Wyjął pistolet i osobiście zastrzelił kobietę. Nieszczęsna padła na ciało męża, wciąż ściskając w ramionach niemowlę!

Kto wie, gdyby Deng nie zadenuncjował znachorki, gdyby jego żona zapłaciła umówioną sumę, być może żyliby jeszcze wiele lat, ciesząc się swoim małym cesarzem…

Kiedy tłum zrzedniał i ulica opustoszała, do zwłok podeszła stara kobieta. Wyjęła spod ciała żony Denga jeszcze żywe dziecko i bocznymi uliczkami podążyła ku wzgórzom za miasteczkiem.

Domyślacie się oczywiście, kim była ta kobieta.

Niedługo potem Czerwona Straż została rozwiązana i w kraju zrobiło się spokojniej. Wtedy zjawiła się w miasteczku niejaka Wai, równie stara i równie wprawna co Wang znachorka. Niektórzy twierdzili, że i równie brzydka, ale i ci korzystali z jej usług. Jakiś czas później w pracy zaczął towarzyszyć jej chłopczyk, który bacznie obserwował, co robi staruszka. Kiedy podrósł, zasłynął z leków ziołowych tak skutecznych, że do Xingzhou przyjechali medycy z uniwersytetu i wiele z receptur wprowadzili do oficjalnego obrotu. Być może sami z nich korzystaliście. Pewnego dnia młodzieniec i stara Wai zniknęli. Co się z nimi stało, nie wie nikt, a zresztą nie jest to tematem naszej opowieści.

Nie pożądaj własnej korzyści czyimś kosztem, bo możesz stracić, co najcenniejsze. Jak powiadali starożytni:

Modliszka zaczaiła się na cykadę, nie widząc za sobą wilgi.



*****



Komentarz opowiadacza


Chińskie postrzeganie świata i historii różni się od zachodniego. Najwięksi cesarze i królowie Europy współistnieli z równymi sobie monarchami oraz Kościołem, walczyli o supremację albo o przetrwanie, zawierali lub zrywali sojusze. Świadomi istnienia Siły Wyższej, poddawali się nadrzędnej rachubie czasu, biegnącego prostą linią od starożytności ku przyszłości, i odmierzali życie Latami Pańskimi.

Władcy Chin, wyniosłej wyspy w morzu „barbarzyńców”, niemający sobie równych Synowie Niebios (Tianzi), stali na szczycie każdej hierarchii i struktury. Ich autorytet obecny był we wszystkich aspektach życia. Czerpiąc z ugruntowanego tradycją przeświadczenia o swoim państwie jako o środku uniwersum i z wiary w mandat na wszechwładzę, sami sobą wyznaczali czas. Stąd przed przyjęciem w XX wieku zachodniej rachuby lat, w Chinach odmierzano czas epokami rządów dynastii i erami panowania cesarzy. Niezależnie od nich biegły powtarzające się, nienumerowane cykle sześćdziesięcioletnie – odpowiednik zachodnich stuleci.

Ten brak jednego początku i końca, świadomość  w i e l u  początków i końców, łączy się w kulturze chińskiej z koncepcją tak zwanego cyklu dynastycznego, wedle której każda kolejna dynastia przechodzi przez etapy powstania, rozkwitu i upadku. Mandat Niebios jest przechodni. Chiny zmieniają się, ale wciąż pozostają sobą i trwają dalej.

„Skrypt opowiadacza z epoki” już w tytule zdradza swoje inspiracje i aspiracje. Ale co to za skrypt? Kim byli opowiadacze? I o jakiej epoce mowa?

W chińskim „Złotym Wieku”, czyli za panowania dynastii Song (960-1279 r. n.e.), rozpowszechniła się instytucja ulicznego opowiadacza. Prototypowi showmani zabawiali gawiedź popularnymi opowieściami, ujętymi w najbardziej podówczas atrakcyjną formę. Gawędę snuto na bazie podręcznych notatek. Do naszych czasów skrypty te przetrwały dzięki uczonym i literatom, którzy zbierali opowieści cieszące się największym powodzeniem. W późniejszych wiekach formę skryptów powielano w tekstach przeznaczonych od razu do czytania.

Utwór zaczynał się zazwyczaj od cytatu z wiersza, po którym „na rozgrzewkę” następowała anegdota. Główny bieg fabuły urozmaicały fragmenty dzieł znanych poetów, rymowane wstawki i ludowa mądrość. Do słuchacza zwracano się bezpośrednio, nawiązując wspólnotę przeżywania opowieści. Oprócz ciekawej historii opowiadacze często przekazywali mniej lub bardziej proste morały.

Autentyczna jest więc formalna rama „Skryptu opowiadacza z epoki”. Autentyczne jest też pierwsze i ostatnie chińskie przysłowie. Próżno jednak szukać po Internecie anegdoty o Zhang Zhanie i Chen Chengu czy wypytywać sinologów o poetę Da Weia.

Najogólniej rzec biorąc, pod względem formy opowiadanie odnosi się do Chin okolic przełomu tysiącleci. Pod względem świata przedstawionego, w istocie również. Przełomy te dzieli jednak całe milenium. Zderzenie niewspółistniejących formy i treści tworzy oczywisty anachronizm, ale w kontekście kołowej natury historii nabiera interesujących znaczeń. Chciałbym, żeby pytanie o sposób, w jaki przyszłe pokolenia opowiadają o pokoleniach minionych, było jednym z kilku, które po lekturze „Skryptu opowiadacza z epoki” zada sobie czytelnik.


Dawid Juraszek
游拉舍克 大卫


[powrót do Czytelni]