Wołanie zza muru


Przyznanie pokojowej nagrody Nobla fińskiemu dyplomacie Marttiemu Ahtisaariemu zaskoczyło wielu. Najbardziej tych, którzy liczyli na wsparcie dla chińskich dysydentów.


Alfred Nobel chciał, aby nagrodę pokojową jego imienia przyznawano osobie, która „uczyniła najwięcej lub wniosła najbardziej znaczący wkład na rzecz braterstwa między narodami, zniesienia lub zmniejszenia stałych armii oraz organizowania i promowania kongresów pokojowych”. Kiedy w 2004 roku nagroda trafiła do Wangari Maathai, kenijskiej działaczki ekologicznej, a w dwa lata później do Banglijczyka Muhammada Yunusa i założonej przez niego instytucji przyznającej mikrokredyty ubogim, tu i ówdzie rozległy się głosy krytyki. Trzeba przyznać, że nie bezpodstawne. Przecież gdyby Komitet Noblowski chciał ściśle trzymać się litery dziewiętnastowiecznych wytycznych przyznawania nagrody pokojowej, każdy z tych zwycięzców zapewne odpadłby w przedbiegach.

Jednak od 1895 roku, kiedy wynalazca dynamitu spisywał swój testament, ludzkość widziała, zaznała i przecierpiała bardzo wiele. Problemy wieku XIX, czy nawet XX różnią się od tych, z jakimi boryka się dzisiejsza ludzkość. W świecie wzajemnych zależności, który komplikuje się na naszych oczach, można się zastanawiać, czy samej koncepcji pokoju nie należy zaktualizować. I Komitet Noblowski tego dokonał. Pokój to nie tylko brak wojny; to także – a może przede wszystkim – brak powodów toczenia wojen. „Nie będzie można osiągnąć trwałego pokoju, dopóki duże grupy ludności nie znajdą sposobu na wydostanie się z nędzy” – to słowa szefa Komitetu Noblowskiego, Ole Danbolta Mjoesa. W świetle wieszczonych w związku z globalnym ociepleniem „wojen o wodę” klarowny staje się powód przyznania w zeszłym roku nagrody pokojowej Alowi Gore’owi i Międzyrządowemu Zespołowi ds. Zmian Klimatu. Nawet jeśli Komitet Noblowski przyznając pokojową nagrodę nie trzyma się litery wytycznych jej fundatora, to na pewno chce pozostać w zgodzie z duchem testamentu Alfreda Nobla. Jak jednak pokazuje tegoroczny werdykt, duch ów może być trudno uchwytny. Martti Ahtisaari bowiem niewątpliwie zapracował na pokojową nagrodę Nobla – ale czy to właśnie on najbardziej jej potrzebuje?

Skutki zza kulis

W tym roku Komitet Noblowski zdecydował się na powrót do korzeni. Nagrodzono zawodowego dyplomatę – fińskiego polityka i międzynarodowego negocjatora Marttiego Ahtisaariego, którego „działania przyczyniły się do pokoju na świecie i braterstwa między narodami w duchu Alfreda Nobla”, jak ogłosił Komitet. Dla zwykłego zjadacza chleba nazwisko Ahtisaariego musiało brzmieć obco, niemniej od lat przewijało się ono w kontekście nagrody pokojowej. Obecny na scenie dyplomatycznej od ponad 40 lat – z czego połowę spędził za granicą – Ahtisaari wyrobił sobie renomę specjalisty od najtrudniejszych problemów w najbardziej zapalnych punktach globu.

Zaangażowanie Ahtisaariego ma korzenie w osobistym doświadczeniu uchodźstwa. Urodził się bowiem w karelskim Viipuri w 1937 roku – dziś miasto to nazywa się Wyborg i leży na terenie Federacji Rosyjskiej. W czasie wojny fińsko-radzieckiej jego rodzina musiała z Karelii uciekać. Ukończywszy kurs nauczycielski, w 1960 roku wyjechał do Karaczi szkolić pakistańskich nauczycieli, zaś w 1965 roku rozpoczął pracę w fińskim MSZ. W latach 70. był ambasadorem w Tanzanii, Zambii, Somalii i Mozambiku. Przez wiele lat działał jako komisarz i specjalny wysłannik ONZ w Namibii, gdzie odpowiadał za przygotowanie pierwszych wolnych wyborów. Został także zastępcą sekretarza generalnego ONZ. Potem wrócił do polityki krajowej, jako prezydent w latach 1994-2000. W 1999 roku z ramienia Unii Europejskiej pracował nad planem pokojowym w sprawie Kosowa. Na przełomie wieków prowadził negocjacje rozbrojeniowe w Irlandii Północnej. W ramach grupy „trzech mędrców” oceniał zaangażowanie rządu austriackiego w prawa człowieka i walkę z rasizmem, przewodził także zespołowi mającemu zbadać miejsce ataku izraelskiego na Jenin na Zachodnim Brzegu. W 2005 roku odegrał kluczową rolę w zawarciu porozumienia między władzami Indonezji a rebeliantami w prowincji Aceh. Porozumienie to zakończyło trwającą ponad 30 lat wojnę domową, która kosztowała życie 15 tysięcy ludzi. Po tym sukcesie został specjalnym wysłannikiem ONZ ds. Kosowa.

Ahtisaari działa w bardzo wielu organizacjach pozarządowych; jedną z nich, Inicjatywę ds. Zarządzania Kryzysowego z siedzibą w Helsinkach sam współtworzył. Nobel nie jest pierwszą – ani najprawdopodobniej ostatnią – nagrodą, jaką Ahtisaari otrzymał w uznaniu swoich działań. Pośród odznaczeń, którymi został uhonorowany, jest także nadany mu w 1997 roku Order Orła Białego.

“Komitet pragnie wyrazić nadzieję, że działania i osiągnięcia Ahtisaariego zainspirują innych” ogłosił Ole Danbolt Mjoes. Nie można zaprzeczyć, że tegoroczny laureat to skuteczny dyplomata, któremu wielu ludzi zawdzięcza lepsze życie, a czasem po prostu życie. Trudno jednak podzielać nadzieję Komitetu, że pragmatyczny, dyskretny urzędnik i jego często zakulisowe działania staną się dla wielu źródłem autentycznej inspiracji. Pokojowa Nagroda Nobla ma potencjał, którego tegoroczny werdykt, będący niczym więcej jak wystawnym uściśnięciem ręki, nie wykorzystuje. Tym razem Komitet postąpił zgodnie z literą wytycznych Alfreda Nobla –  ale czy zgodnie z ich duchem?

Nobel a sprawa chińska

W przeddzień ogłoszenia decyzji Komitetu Noblowskiego głos zabrał Pekin, apelując o przyznanie nagrody pokojowej „właściwej osobie”. Według oświadczenia chińskiego MSZ nagroda powinna przypaść komuś, kto „naprawdę przyczynia się do pokoju światowego”. Dano do zrozumienia, że werdykt inny niż po myśli chińskiego rządu potraktowany zostanie jako „brutalne mieszanie się w wewnętrzne sprawy”. Według Pekinu niektórzy z poprzednich laureatów nie mieli nic wspólnego z pierwotnym celem promowania pokoju i postępu ludzkości. Bez wątpienia komentarz ten odnosi się do roku 1989, kiedy nagrodę pokojową otrzymał Dalajlama. Wtedy Norwegii grożono zerwaniem stosunków, jeśli na ceremonii przyznania nagrody pojawią się przedstawiciele najwyższych władz kraju. Król, królowa i członkowie rządu nie zrezygnowali jednak z udziału w uroczystości.

Tym razem do reperkusji ze strony Pekinu nie doszło. Nic dziwnego, bowiem nagrody nie otrzymała żadna z osób niemile widzianych przez chiński rząd. Obok najgoręcej dyskutowanych kandydatur, działacza społecznego Hu Jia i prawnika Gao Zhishenga, byli to Rebiya Kadeer, przebywająca na uchodźstwie Ujgurka, walcząca o prawa tej mniejszości etnicznej zamieszkującej zachodnią prowincję Xinjiang, oraz uwięziony działacz społeczny Yang Chunlin, upominający się o prawo chłopów do ziemi i krytykujący Igrzyska. Choć więc mija właśnie 60 lat od uchwalenia Deklaracji Praw Człowieka, w Chinach nie pojawi się nowy Dalajlama ani Wałęsa. A szkoda. Bo tego właśnie potrzebowali prowolnościowi Chińczycy, którzy toczą nierówną walkę z rosnącym w siłę represyjnym państwem.

Ten rok nie okazał się przełomowy dla praw człowieka w Chinach. Od czasu przyznania Pekinowi organizacji Igrzysk Olimpijskich mówiono o korzystnym wpływie, jaki impreza mieć będzie na poszanowanie tych praw w Państwie Środka. Krwawe zdławienie protestów w Tybecie pokazało jednak światu, że obok rosnących jak na drożdżach stadionów i drapaczy chmur, w Chinach rośnie także skala represji. I to nie tylko wobec mniejszości etnicznych. Tysiące osób przesiedlono wbrew woli i bez właściwych odszkodowań, by zrobić miejsce dla obiektów sportowych, farsą okazała się zapowiadana wolność słowa i zgromadzeń podczas Igrzysk, wreszcie z wyprzedzeniem zaaresztowano lub odizolowano chińskich dysydentów.

Na własną rękę

Spośród 197 nominowanych do tegorocznej nagrody pokojowej najczęściej wymieniano nazwisko Hu Jia. Ten młody działacz i dziennikarz zajmował się licznymi sprawami, od ekologii, przez AIDS po represje polityczne. Nie bał się kontaktować z obcokrajowcami – w tym europarlamentarzystami – i otwarcie rozmawiać o swojej ojczyźnie. W kwietniu został skazany na 3 i pół roku więzienia. Zarzut: „działalność wywrotowa wobec władzy państwowej i socjalizmu”. Paragraf ten jest wykorzystywany przeciwko dysydentom, którzy odważą się upubliczniać swoje poglądy i w druku lub Internecie ujawniać przypadki łamania prawa przez aparat państwa i ludzi z nim związanych. „Działalnością wywrotową” może być reportaż o wieśniakach wysiedlanych pod budowę fabryki, zdjęcia ze spustoszeń spowodowanych przez wylewanie ścieków przemysłowych, przekazanie zagranicznym dziennikarzom informacji o korupcji lokalnego urzędnika, orędowanie za prawami pracowników sezonowych, albo refleksje o zamieszkach w Tybecie zamieszczone na internetowym blogu. Grozi za to kara do pięciu lat więzienia.

Hu Jia służył także jako nieformalne jednoosobowe „centrum informacyjne” dla osób zajmujących się prawami człowieka w Chinach. To z nim kontaktowali się zagraniczni dziennikarze, by dowiedzieć się o los innych opozycjonistów lub uzyskać komentarz do ostatnich wydarzeń. Bardzo wcześnie zaangażował się w kwestie praw człowieka. Jako piętnastolatek obchodził pierwszą rocznicę masakry na Tiananmen w 1989 roku, chodząc samotnie po placu w czarnym garniturze z białym kwiatem w kieszonce. Kiedy chciał powtórzyć ten czyn w piętnastą rocznicę tragicznych wydarzeń i znów pojawił się sam na placu w obecności tysięcy policjantów, został natychmiast zatrzymany.

Początki działalności społecznej Hu Jia podobne są do działań wielu młodych chińskich dysydentów porzucających studia i dobrze zapowiadające się kariery, by angażować się w pomoc ludziom, o których państwo z rozmysłem zapomniało. Zaczął od działań na rzecz ekologii, potem kierował stowarzyszeniem wspierającym wieśniaków chorych na AIDS. Zainspirowały go działania Gao Yaojie, lekarki, która odkryła skandal z handlem krwią w prowincji Henan w połowie lat 90. W wyniku kryminalnych zaniedbań urzędników dziesiątki tysięcy ludzi zostało tam zarażonych wirusem HIV. Hu Jia oskarżał władze prowincji, które najpierw zachęcały do handlu krwią, a potem wypierały się jego konsekwencji. Zależni od partii sędziowie odrzucali pozwy o zadośćuczynienie, a ówczesny gubernator prowincji bez przeszkód wspinał się po szczeblach kariery, by w 2004 roku wejść do ścisłego kierownictwa Komunistycznej Partii Chin. Dziś teren katastrofy medycznej jest zapomniany, zaś cała sprawa, po odpowiedniej obróbce PR-owskiej, została przez władze wykorzystana propagandowo.

Hu Jia angażował się też w kampanie na rzecz uwolnienia więźniów politycznych. Często był zatrzymywany przez policję lub przetrzymywany w areszcie domowym. W grudniu 2007 aresztowano go pod zarzutem „działalności wywrotowej”. O jego natychmiastowe uwolnienie zaapelowała między innymi amerykańska sekretarz stanu Condoleezza Rice, stwierdzając, że działanie takie nie leży w interesie samych Chin. Apel ten nie wywarł jednak żadnego widocznego wpływu. Proces zakończył się wyrokiem skazującym na podstawie dowodów w postaci dwóch wywiadów, jakich Hu Jia udzielił mediom zagranicznym, i pięciu artykułów opublikowanych w Internecie. Jego żona – również aktywistka – i córeczka przebywały w areszcie domowym, dopóki w przeddzień otwarcia Igrzysk nie zostały wywiezione, najprawdopodobniej po to, aby zagraniczni dziennikarze nie mieli do niej dostępu w czasie, kiedy oczy całego świata skierowane były na Pekin.

W jednym z artykułów Hu Jia skierował do obcokrajowców przybywających na Igrzyska następujące słowa: „Zobaczycie drapacze chmur, szerokie ulice, nowoczesne stadiony, entuzjastycznie nastawionych ludzi, zobaczycie prawdę – ale nie całą. Tak, jak widać tylko wierzchołek góry lodowej, tak i wy możecie nie dostrzec, że kwiaty, uśmiechy, harmonia i dobrobyt stoją na fundamencie krzywd, łez, więzień, tortur i krwi.” Hu Jia należy do tych, którzy znają ten fundament najlepiej, bo z własnego doświadczenia.

Prawnik bez praw

Należy do nich także drugi nominowany chiński działacz, Gao Zhisheng. Ten prawnik-samouk należał do czołówki „ruchu obrony praw”, którego celem jest poszerzenie sfery praw obywatela poprzez procesy sądowe i publiczne kampanie. Ruch ten, głoszący, że procesować można się z każdym, nawet szefami partii, zdołał odnieść znaczący sukces w nierównej walce z nie grającym fair przeciwnikiem – w pierwszej połowie dekady ilość procesów cywilnych w Chinach wzrosła o 30 procent. Gao, jak inni niezależni prawnicy, podejmował się bronić na sali sądowej najbardziej poszkodowanych i najciężej prześladowanych, w tym członków demonizowanej przez rząd w Pekinie grupy mistycznej Falun Gong, którą zdelegalizowano w 1999 roku jako zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.

Trudy życia nie były obce Gao Zhishengowi od dzieciństwa. Urodził się w opisywanych przez przewodniki turystyczne z fascynacją, ale i grozą grotach lessowych w prowincji Shaanxi w ubogiej rodzinie wielodzietnej. Jego rodziców nie było stać, by posłać dzieci do szkoły podstawowej. Zaciągnął się do Armii Ludowej; stacjonując w prowincji Xinjiang ukończył szkołę średnią i zapisał się do Komunistycznej Partii Chin. W 1995 roku zdał egzaminy adwokackie; odtąd część spraw prowadził nieodpłatnie. Na czołówki gazet trafił, kiedy wyprocesował 100 tysięcy dolarów odszkodowania dla rodziny chłopca, który podczas nieudanej operacji stracił słuch. Kiedy wygrał kolejny proces, tym razem przeciwko nieuczciwym lokalnym urzędnikom, presja z ich strony zmusiła go do przeniesienia się do Pekinu, gdzie wraz z kilkoma innymi prawnikami założył kancelarię adwokacką.

Uczestniczył w procesach nieuczciwych urzędników, poszkodowanych robotników, prześladowanych dziennikarzy, „nielegalnych” chrześcijan czy mieszkańców terenów przeznaczonych pod obiekty olimpijskie, którzy otrzymywali śmiesznie niskie odszkodowania. Podczas tej ostatniej sprawy dowiedział się o rządowej instrukcji nakazującej sądom wbrew przepisom oddalać takie pozwy.

Wiele z takich spraw jest nie do wygrania, ale każda kolejna wystawia zależny od władz chiński system sądownictwa na tak potrzebną do jego ewolucji presję. W artykułach publikowanych w Internecie Gao Zhisheng w ostrych słowach krytykował Partię. W jednym z esejów opublikowanych jesienią 2005 roku napisał: „większość urzędników w Chinach to w istocie mafiosi, którzy wykorzystują skrajnie barbarzyńskie metody, aby terroryzować ludzi i nie pozwalać im stosować przepisów do obrony swoich praw”. Wtedy też wystosował list otwarty do prezydenta Hu Jintao i premiera Wena Jiabao, w którym opowiadał się za zakończeniem prześladowań członków Falun Gong, pisząc między innymi: „Te straszne czyny nie zaczęły się z waszym przyjściem do władzy, ale trwają pod waszą polityczną pieczą i jest zbrodnią, że nie położyliście im kresu”. Od tamtej chwili znalazł się pod „opieką” policji. Wkrótce jego kancelaria została zamknięta pod pretekstem niedopełnienia formalności, a prawo wykonywania zawodu zawieszone. Wystąpił wtedy z Partii.

Nie mogąc praktykować zawodu, angażował się w działania innego typu, na przykład w głodówki protestacyjne, które organizował między innymi razem z Hu Jia. Wciąż badał także prześladowania członków Falun Gong. W 2006 roku został aresztowany pod standardowym zarzutem „działalności wywrotowej”. Otrzymał wyrok więzienia w zawieszeniu. Jesienią 2007 roku jego książka „Chiny bardziej sprawiedliwe” ukazała się w Stanach Zjednoczonych. Wtedy też napisał długi list otwarty do Kongresu USA, w którym demaskował politykę i zbrodnię za fasadą opatrznych sloganem „Jeden świat, jedno marzenie” Igrzysk w Pekinie. Szybko za to zapłacił. Od września 2007 roku, kiedy został zabrany ze swojego domu w Pekinie, jego los pozostaje niejasny, lecz nieoficjalne doniesienia wskazują, że był torturowany i próbował popełnić samobójstwo, a na czas Igrzysk wywieziono go z Pekinu.

Pragmatyzm i ideały

Ci i inni chińscy dysydenci mają prawo czuć się zdradzeni przez Zachód. Kwestia praw człowieka stała się w relacjach z Chinami tematem wstydliwym. Bez wątpienia wpływa na to gospodarcza i polityczna potęga rodzącego się supermocarstwa, ale także lata lansowania tezy o różnicach kulturowych między Chinami i Zachodem, jakoby usprawiedliwiających ograniczanie praw obywateli. Trudno też upominać się o swobody obywatelskie w sytuacji, gdy młodzi Chińczycy po latach indoktrynacji przez państwowe szkolnictwo (tzw. „wychowanie patriotyczne”) krytykę własnego kraju przez dysydentów odbierają jako zdradę. W przededniu i podczas Igrzysk Międzynarodowy Komitet Olimpijski robił, co mógł, by bagatelizować kwestie praw człowieka, choć przyznając organizację imprezy Pekinowi wyrażał nadzieję, że wspomoże to postęp humanitarny w Chinach. Dziś już wiemy, że do tego nie doszło. Wręcz przeciwnie – właśnie z powodu Igrzysk rząd nasilił represje, by pokazać światu „harmonię” prężnie rozwijającego się kraju. Kolejnym bolesnym dowodem przymykania oczu przez Zachód stała się tegoroczna pokojowa nagroda Nobla. Przyznanie jej chińskim dysydentom mogło zainspirować działaczy i polityków w Chinach i na świecie do nasilenia wysiłków na rzecz ich uwolnienia. Mogło stanowić sygnał, że handlując z Pekinem Zachód nie zapomina o zwykłych Chińczykach. Że niewywiązanie się rządu chińskiego z własnej obietnicy zwiększenia zakresu swobód obywatelskich nie przejdzie niezauważone. Że prześladowani działacze wolnościowi mogą liczyć na wsparcie. Że fajerwerkami można olśnić, ale nie oślepić.  Ale stało się inaczej.

Nowe pokolenie chińskich opozycjonistów kieruje się nieco innymi priorytetami, niż ich poprzednicy. Cele dysydentów zmieniają się tak, jak zmienia się pozycja Chin na arenie międzynarodowej. Wielu z nich nie angażuje się już w bezpośrednią walkę o ustanowienie w Chinach demokracji w zachodnim stylu. Dzisiejszym bojownikom o wolność chodzi o przestrzeganie prawa, o zwalczanie samowładztwa lokalnych urzędników, o eliminowanie korupcji, o wolność wypowiedzi, o te podstawowe swobody, które sprawiają, że można żyć uczciwie i bezpiecznie. W takiej postawie mniej jest czystej ideologii, a więcej chłodnej pragmatyki. Ale takie działania krok po kroku rozszerzają sferę wolności w Chinach.

W połowie miesiąca rządowa agencja informacyjna Xinhua poinformowała o przedłużeniu okresu obowiązywania bardziej umiarkowanych przepisów dotyczących pracy dziennikarzy zagranicznych w Chinach. Wprowadzono je w styczniu 2007 w ramach planowanego, lecz koniec końców nie dopełnionego rozluźniania restrykcji przed Igrzyskami. Na ich mocy zagraniczni dziennikarze nie muszą już ubiegać się o zezwolenia na rozmowy z Chińczykami poza terenem Pekinu i Szanghaju – mogą rozmawiać wszędzie i z każdym, kto wyrazi na to zgodę. Ten gest ze strony Pekinu do dobry znak, jest jednak kilka „ale”. Tak jak wcześniej dziennikarze mogli ujść uwagi władz i łamali stary przepis, tak i teraz bywa, że lokalni urzędnicy łamią przepis nowy, blokując dziennikarzom dostęp do obywateli, lub utrudniając im to na wiele sposobów (na przykład poprzez pokazywanie się w towarzystwie ekipy dziennikarzy, co odstrasza zwykłych mieszkańców). Po drugie, przepis ten dotyczy tylko dziennikarzy zagranicznych, zaś ich chińscy koledzy wciąż działają w ramach licznych ograniczeń, z których do najlżejszych należy cenzura redakcyjna i autocenzura. Po trzecie wreszcie, wielu dysydentów znajduje się albo w więzieniach, albo w aresztach domowych, co utrudnia lub wręcz uniemożliwia dostęp do nich dziennikarzom.

Ten ostatni los jest udziałem Hu Jia, Gao Zhishenga i wielu innych, mniej znanych, a nie mniej zasłużonych chińskich dysydentów, którzy właśnie teraz przebywają w więzieniach lub doświadczają szykan ze strony władz. Trudno o ambitniejsze zadanie dla tegorocznego noblisty, słynącego z rozwiązywania spraw nie do rozwiązania, niż ich uwolnienie.


Dawid Juraszek


[powrót do Czytelni]