Wulingyuan - schody do nieba


„Nie idź na południe! Tam płonie ogień i syczą węże, góry piętrzą się strome i nagie, czają się tygrysy i leopardy! Nie idź na południe! Tam czyhają na ciebie straszliwe monstra!”




Inspirację dla tego wiersza z „Księgi Pieśni Chu” stanowił być może niezwykły krajobraz Wulingyuan (wym. łulinjuan). Dwa tysiące trzysta lat temu kraina ta leżała na południowym krańcu Królestwa Chu i cieszyła się wątpliwą sławą głuszy zamieszkanej przez dzikie zwierzęta. Obecnie położona na północnym zachodzie środkowochińskiej prowincji Hunan, nabiera znaczenia jako jedna z licznych atrakcji turystycznych Chin.

Miejscowe legendy głoszą, że Zhangliang, jeden z możnych dynastii Han (206 p.n.e. – 220 n.e.), żył tu w odosobnieniu i tu został pochowany. Wzmianki o urodzie miejsca znaleźć można też w utworach Liu Zongyuana, pisarza dynastii Tang (618-907 n.e.). Mimo tego wspaniały krajobraz pozostawał szerzej nieznany aż do roku 1979, kiedy to dla kraju i świata odkrył go malarz Wu Guanzhong. W 1982 r. powstał tu pierwszy w Chinach leśny park narodowy, a w 1992 r. Wulingyuan wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Do połowy lat osiemdziesiątych park, leżący 270 km od stolicy prowincji Hunan, Czangszy, był trudno dostępny. Dziś, dzięki lotnisku w pobliskim mieście Zhangjiajie (niegdyś Dayong) i autostradzie z Czangszy przyjeżdża tu z roku na rok coraz więcej turystów.

Wulingyuan składa się z trzech zespołów: Parku Narodowego Zhangjiajie (dżandziadzie) oraz rezerwatów przyrody doliny Suoxiyu (słośiju) i góry Tianzhi (tjandzy). Sercem Wulingyuan jest rozciągające się na obszarze 264 km2 Zhangjiajie. 3100 strzelistych turni i iglic kwarcytowych, 40 jaskiń, dwa wielkie naturalne mosty, niezliczone przesmyki, wąwozy, strumienie, stawy, wodospady i dziewicze lasy tworzą scenerię, której piękno zapiera dech w piersiach. Wzgórzom i skałom nadano wymyślne nazwy, takie jak „Wzgórze Śpiącego Smoka”, „Przybysz z Dalekiego Kraju”, „Jastrząb Karmiący Dziecię”, „Wróżka z Kwiatami”, „Lew Obracający Głowę” „Szkatuła na Tajemną Księgę”, czy „Matka Tuląca Dziecko”, z trudem dorównują one jednak finezji kształtów, których często nie sposób ująć w słowa.

Miliardy lat temu rozciągał się tu ocean. Zmiany geologiczne wydźwignęły z czasem dno, a erozja wyrzeźbiła w skale dzisiejszy krajobraz. Dzięki zjawiskom krasowym zachodzącym w wapiennych wzgórzach Suoxiyu można dziś zwiedzać wspaniałe jaskinie, w tym jedenastokilometrową Grotę Żółtego Smoka (Huanglong Dong), ponoć największą w Azji, w której oprócz kolorowo oświetlonych stalagmitów i stalaktytów podziwiać można pięćdziesięciometrowy wodospad oraz spłynąć podziemną rzeką. Z kolei rejs po sztucznym jeziorze Baofeng pośród stromych zielonych wzgórz to prawdziwa wizualna uczta.

98% obszaru Zhangjiajie pokrywa roślinność strefy podzwrotnikowej. Rośnie tu wiele cennych gatunków drzew i kwiatów całorocznych. Las daje schronienie rzadkim gatunkom zwierząt, w tym niedźwiedziowi himalajskiemu, panterze mglistej, salamandrze olbrzymiej i jelonkowi błotnemu. Przywykłe do obecności turystów małpy stadami podchodzą do szlaków i dopraszają się jedzenia.

Wysokie temperatury i wilgotność typowe dla klimatu tej części Chin niezbyt sprzyjają podróżowaniu. Najlepsza pora na odwiedzenie parku to kwiecień–maj oraz wrzesień–październik, także dlatego, że szczyt sezonu przypada na wakacje. Przy dobrej widoczności z punktów obserwacyjnych sięgnąć można wzrokiem ponad turniami ku szczytom gór Wulingshan (łulinszan) i dalej. Bez względu na porę roku nie ma gwarancji, że nie przyjdzie mgła, „znak firmowy” Wulingyuan, jednak widok welonów spowijających fascynująco ukształtowane skały dostarcza równie niezapomnianych wrażeń.

Zdziwi się jednak ten, kto spodziewa się ciszy i spokojnego „sam na sam” z naturą. Kamienne schody wiodące na samą górę, kolejki linowe na najwyższe szczyty i komunikacja autobusowa między punktami startowymi najpopularniejszych szlaków powoduje, że przed hordami turystów trudno uciec. Zwłaszcza w letnie weekendy dają się we znaki zorganizowane grupy w kolorowych czapeczkach, prowadzone przez machających flagami i krzyczących przez megafony przewodników. Pod górę drałują panowie w garniturach i lakierkach oraz panie w żakietach i szpilkach. Dzieci odkrzykują głośno rówieśnikom po drugiej stronie wąwozów. Śpiew ptaków zamiast koić nerwy, bywa często podejrzanie natarczywy. Stoiska z pamiątkami oferują najróżniejszego rodzaju piszczałki, cieszące się szczególnym powodzeniem wśród najmłodszych, puszcza rozbrzmiewa więc ćwierkaniem, które na mile odstrasza prawdziwe ptaki.

Kto ma pieniądze i słabe nogi, ten wynajmuje bambusową lektykę. Za kilkadziesiąt juanów (1 euro ~ 10 juanów) spoceni jak szczur tubylcy wniosą słabeusza-turystę niczym cesarza na sam szczyt. Na postojach wybuchają kłótnie, bo turysta z lektyki obok wytargował niższą cenę albo wyżej położone miejsce dowiezienia. Znużeni wysiłkiem i upałem piechurzy samowystarczalni odpocząć mogą w altanach, ustawionych na wzniesieniach, z których roztaczają się bajeczne widoki.

Zwiedzenie najlepszego, co Wulingyuan ma do zaoferowania, wymaga co najmniej trzech dni, ale atrakcji starczy i na tydzień. Do najtrudniejszych tras należy szlak na górę Tianzhi. By na nią wejść, trzeba pokonać pięć coraz wyższych wzgórz. Schody są momentami bardzo wąskie i strome, często dochodzi więc do korków, a widok niebezpiecznie przechylających się lektyk przyspiesza bicie już i tak walącego serca.

Góra Tianzhi liczy sobie 1250 m, więc podczas wspinaczki pod palącym niebem trzeba zadbać o uzupełnianie płynów. O stoiska z napojami i przekąskami chłodzącymi (do najpopularniejszych wśród Chińczyków należą arbuzy i… ogórki) na szlaku nietrudno, gorzej z cenami. Im wyżej tym drożej, i butelka wody, która na dole kosztuje jednego juana, pod szczytem jest warta pięć razy więcej. Handlarzom trzeba jednak oddać sprawiedliwość – nawet w czterdziestostopniowym upale można być pewnym, że w butelce pływa lód. Niestety druga strona gospodarki wodnej wydaje się co nieco zaniedbana przez zarząd parku. Darmowe toalety rozmieszczono wprawdzie na szlaku dość gęsto, ale są to wyłącznie starochińskiego typu toalety kuczne, zaś higienicznie rzecz biorąc, nader często pozostawiają one wiele do życzenia. Widoki z licznych tarasów i samego szczytu na fantastycznie ukształtowane iglice, buddyjska pagoda i świetnie zaopatrzone sklepy pamiątkarskie wynagradzają jednak wszelkie trudy i niedogodności.

Cięższe trasy dobrze przeplatać lżejszymi. Najprzyjemniejszy jest chyba spacer wzdłuż Strumienia Dwóch Przyczajonych Żółwi (Shuang Gui Tan Xi). Misternie wyłożony drobnymi kamieniami chodnik przeznaczony jest do leczniczego spaceru na boso, choć w pędzie od postoju do postoju niewielu zwiedzających zdejmuje buty. Postoje odbywają się zwykle przy tablicach informacyjnych opisujących walory danego odcinka szlaku. Warto dać się wyprzedzić najbardziej zapalonym „tablicożercom”, usiąść nad kryształowo czystym strumieniem i nacieszyć urokliwym pejzażem.

W rejonie zamieszkuje ponad dwadzieścia grup etnicznych, z których najliczniejsze to mniejszości narodowe Tujia, Bai, Hui i Miao. Społeczności te do dziś zachowały dawne tradycje i rytuały. Patrząc jednak na wystające tancerkom spod wzorzystych szat adidasy i całe garderoby wystawiane na wieszakach dla chcących się sfotografować w egzotycznym stroju turystów, można się zastanawiać, czy nad przywiązaniem do tradycji nie zaczyna brać góry biznesowa kalkulacja.

Lokalna kuchnia wymaga od obcokrajowców a także Chińczyków spoza Hunan sporej dozy samozaparcia i/lub pociągu do eksperymentowania. Jak i w całej prowincji, podstawą większości posiłków jest papryka chili, w porze obiadowej ciągną więc przez ulice miast i wsi gryzące w oczy dymy. W skład menu w lokalach serwujących tradycyjne potrawy nader często wchodzą gryzonie, gady (w tym jadowite węże) oraz wszelkiego rodzaju stworzenia wodne, wystawiane w klatkach i akwariach przed lokalami. Co wrażliwszym taki widok potrafi skutecznie odebrać apetyt na resztę dnia.

Biura podróży w Czangszy oferują dłuższe i krótsze wycieczki do Wulingyuan. Ceny dla cudzoziemców są zwykle wyższe, niż dla obywateli chińskich, a to z powodu wciąż obowiązujących podwyższonych stawek hotelowych dla obcokrajowców. Im jednak tańsza wycieczka, tym w ciekawszym hotelu przyjdzie nam nocować i tym bliższy kontakt nawiążemy z tzw. „prawdziwymi Chinami”.

Chińskie miasteczka bywają zwykle zabudowane brzydkimi klockami spowitymi siecią kabli i przewodów. Większość nawet tanich hotelików posiada jednak klimatyzację, co w duszne letnie noce jest prawdziwym błogosławieństwem. Warto być przygotowanym na wspomniane już toalety kuczne, czyli otwory w podłodze łazienki, wykorzystywane również jako odpływ wody z prysznica. Wprawdzie zachodni model ‘siedzący’ przebojem wchodzi na rynki sanitarne Azji, ale odwieczna tradycja wciąż trzyma się mocno. W pokoju można też spodziewać się wielkiego termosu z gorącą wodą, choć herbatę i szklanki dobrze już mieć własne. Zaś na posiłki przewodnik zaprowadzi nas do lokaliku w bocznej uliczce, gdzie o potrawy na okrągłym stole walczyć będziemy z kilkunastoma współbiesiadnikami. Jeśli nawet komuś doskwierają podobne niedogodności, w dwójnasób wynagrodzi mu je widok fantazyjnych skał, górujących nad obskurnymi zabudowaniami.

Oczywiście możemy wykupić najdroższą wycieczkę, spać w apartamencie o zachodnim standardzie i stołować się z pełną kulturą, ale wtedy, choć zobaczymy piękne pejzaże, nie doświadczymy tego, czym są dzisiejsze Chiny – przyprawiającym o zawroty głowy melanżem kultur i areną zażartego starcia między tradycją a nowoczesnością.


Dawid Juraszek


[powrót do Czytelni]