| |
Wybory
śmiechu warte
Kończąca się amerykańska kampania wyborcza była wyjątkowa. Także dlatego, że przywróciła świetność pewnemu programowi rozrywkowemu. Saturday Night Live w telewizji NBC to program z tradycjami. Występujący w nim przed laty komicy tacy jak Chevy Chase i Dan Aykroyd robili później karierę w Hollywood, a ich kreacje prezydentów Forda, Cartera czy Nixona pamięta się do dziś. Od połowy lat 70. w programie bawili Amerykanów Bill Murray, John i Jim Belushi, Steve Martin, Eddie Murphy, Billy Crystal, Mike Myers, Jim Carrey i Ben Stiller. Aktualni członkowie ekipy programu również pojawiają się w popularnych serialach i hollywoodzkich produkcjach, ale do sławy poprzedników jeszcze trochę im brakuje. Niewykluczone jednak, że już niedługo. A wszystko dzięki zaskakującej decyzji republikańskiego kandydata na prezydenta USA, Johna McCaina. Przystanek Alaska Jeśli wierzyć członkom ekipy Saturday Night Live, już w godzinę po ogłoszeniu, że senator z Arizony na swojego wiceprezydenta wybrał polującą na łosie gubernator Alaski, zrozumieli, jaki otrzymali prezent. A kiedy Sarah Palin udzieliła serii wywiadów telewizyjnych, które bezlitośnie obnażyły jej brak rozeznania w kwestiach kluczowych dla prezydentury supermocarstwa, nikt nie miał już wątpliwości, że najlepsze dni program ma dopiero przed sobą. Do parodiowania Sary Palin zespół Saturday Night Live oddelegował Tinę Fey, byłą współpracowniczkę, a teraz odnoszącą sukcesy scenarzystkę i popularną aktorkę sitcomu „30 Rock”. „Tina nie tylko wygląda jak Palin, ale jest jedną z najzabawniejszych osób na świecie i jej interpretacja jest po prostu niesamowita”, mówi główny scenarzysta Saturday Night Live, Seth Meyers. Jego opinię podziela widownia. Charakterystyczne włosy, żakiet i okulary wzbudzają wesołość, zanim jeszcze „Sarah Palin” otworzy usta. A kiedy to zrobi, okazuje się, że scenarzyści nie muszą wysilać się zbytnio, żeby rozbawić widownię do łez – niektóre z najzabawniejszych gagów to żywcem wzięte cytaty z wypowiedzi współkandydatki McCaina. Wyniki oglądalności programu skoczyły do średnio ponad ośmiu milionów; jeszcze więcej widzów ogląda skecze w Internecie (www.nbc.com/Saturday_Night_Live/). Show jest tematem rozmów przy kuchennym stole, w pracy i na antenie. Widownia programu nadanego po debacie wiceprezydenckiej była o 42% wyższa, niż programu nadanego rok wcześniej. Debata ta przyciągnęła największą widownię w historii starć wiceprezydentów, bo przekraczającą 70 milionów. Spodziewano się, że Sarah Palin powtórzy swoje wyczyny z wywiadów, i że współkandydat Obamy, senator Joe Biden, nie ustrzeże się gaf, z których jest znany. Nic takiego się nie stało, ale ekipie Saturday Night Live nie przeszkodziło to rozbawić widzów. Palin według Fey w rozbrajający sposób unika niewygodnych pytań, z pamięci wygłasza przygotowane wcześniej hasła, popełnia językowe niezręczności, w proteście przeciw elitarnym mediom zwraca się bezpośrednio do zwykłych Amerykanów, a pytana o stosunek do związków homoseksualnych zapewnia: „Nie myślcie, że nie toleruję gejów, bo toleruję, i to z całego serca”. Wkrótce gruchnęła wieść, że gubernator Alaski pragnie osobiście wystąpić w Saturday Night Live u boku grającej ją aktorki. Palin przyznała, że jest fanką Fey i chce „nadal dostarczać jej materiału”. Słowo stało się ciałem 18. października. Ci, którzy liczyli na aktywny udział Palin w skeczach, nie ujrzeli spełnienia swych marzeń. Gubernator częściej była biernym, niż aktywnym uczestnikiem show. Niemniej widzowie się nie zawiedli. Do najlepszych momentów programu należała parodia konferencji prasowej Sary Palin, przed którą zapowiadacz prosi dziennikarzy o nienagrywanie i niezapisywanie jej wypowiedzi. Następnie do mównicy podchodzi Tina Fey: „Z radością odpowiem na część państwa pytań”. Wkrótce widzimy, jak konferencję na monitorze w towarzystwie producenta programu ogląda Sarah Palin we własnej osobie. „Nie było to zbyt realistyczne przedstawienie mojej konferencji prasowej”, mówi. Wtem zjawia się Alec Baldwin, grający u boku Tiny Fey w „30 Rock”. Biorąc Palin za Fey, nie ukrywa swoich pretensji do producenta: „Chcesz, żeby nasza Tina stała tam z tą okropną babą?” Uświadomiony o pomyłce, przeprasza Palin i stwierdza: „Na żywo jesteś jeszcze seksowniejsza”. Palin odcina się; „Z braci Baldwinów najbardziej podoba mi się Stephen”. W przeciwieństwie do lewicującego Aleka, Stephen Baldwin to chrześcijański konserwatysta. Humor prezydencki Trochę w cieniu kreacji Tiny Fey pozostają Fred Armisen i Darrell Hammond, wcielający się odpowiednio w Baracka Obamę i Johna McCaina. Ten drugi w swojej karierze parodiował już m.in. Billa Clintona i Ala Gore’a. Gdyby miał nieco bardziej krzepką szczękę, jego podobieństwo do McCaina byłoby zupełne – białe włosy zaczesane w bok, charakterystycznie wygięte ramiona (pamiątka po nieudanym katapultowaniu się McCaina w Wietnamie), sztuczny uśmiech i powtarzane uporczywie zwroty „Moi przyjaciele!” i „Jako walący prosto z mostu indywidualista” (straight-talking maverick). W skeczu parodiującym drugą debatę prezydencką, mającą formę tzw. spotkania w ratuszu, gdzie uczestnicy bezpośrednio zadają pytania kandydatom, „McCain” trzyma kurczowo mikrofon oburącz i kręci się bez celu po scenie, a odpowiadając notorycznie myli imiona pytających. W parodii trzeciej debaty niejaki Joe, hydraulik z Ohio, który zadał Obamie podczas kampanii niewygodne pytanie o jego propozycje podatkowe, staje się dla McCaina nie tylko przedstawicielem zagrożonej przez Obamę klasy ludzi przedsiębiorczych, ale i doradcą mającym wiele dobrych pomysłów na naprawę amerykańskiej gospodarki oraz „przyszłym szefem departamentu hydrauliki w Białym Domu”, a także – wraz z niejakim Jednorożcem Simonem – magicznym przyjacielem senatora. O ile ekstrawertyczny McCain jest łatwym celem dla satyry, o tyle powściągliwy Obama stanowi większe wyzwanie. Armisen przyznaje, że senator z Illinois wciąż pozostaje dla niego pewną niewiadomą. Niemniej ciągłe słuchanie podcastów Obamy „jak muzyki” przynosi efekty. Jednym z charakterystycznych manieryzmów Obamy jest „Spójrz” (Look), co satyryk wykorzystuje bezlitośnie, od tego właśnie słowa zaczynając prawie każdą wypowiedź. Celem komika staje się też okrągłość i ogólnikowość wypowiedzi kandydata. W jednej z debat na konkretne pytanie Obama odpowiedział historią z własnego życia – w parodii snuje opowieść, jak to kiedyś porwało go UFO. Spoty wyborcze McCaina wielu komentatorów uznało za negatywne i manipulujące faktami. W skeczu Saturday Night Live McCain zjawia się w studiu, by dograć wiadomość pojawiającą się obligatoryjnie przy każdym spocie: „Nazywam się John McCain i aprobuję ten spot” ponieważ obawia się, że taśma mogła się już zedrzeć. Nagrywane spoty naciągają rzeczywistość, aż trzeszczy: „Barack Obama chce uniwersalnej opieki medycznej. Naprawdę? Opieka medyczna dla całego uniwersum? W tym dla Osamy bin Ladena?”. W innym pojawia się następujący zarzut: „Barack Obama spłodził dwójkę czarnoskórych dzieci będąc w związku małżeńskim” (Obama ma dwie córeczki z jak najbardziej legalnego małżeństwa). McCain zgłasza wątpliwości, ale wysłuchawszy niepodważalnej argumentacji doradców, z kwaśną miną aprobuje wszystkie spoty… Hammond nie przestaje też wcielać się w Billa Clintona. Podobne rysy twarzy komika, biała peruka, doskonale imitowana mimika, gestykulacja i głos każą żałować, że były prezydent nie jest już na świeczniku tyle, co kiedyś. Na szczęście kampania prezydencka wystawia i Billa Clintona na satyryczny ostrzał. Wątpliwości, czy Bill poprze Obamę, który pogrzebał szanse jego żony na prezydenturę, znalazły odbicie w wywiadzie Saturday Night Live, gdzie „Clinton” z jedyną w swoim rodzaju pewnością siebie wymiguje się od jednoznacznego poparcia dla Obamy. Przyciśnięty, mówi wreszcie: „Popieram Baracka Obamę – te słowa słyszę w całym kraju!” Pytany o kompetencje Sary Palin na wiceprezydenta, powołuje się na własne doświadczenia: „Czasem kobieta czuje się nieswojo, robiąc coś pierwszy raz”. Śmiech widowni trwa tak długo, że niewzruszony w swej grze aktor sam musi się uśmiechnąć. Dziennikarze na tapecie Bystrym oczom satyryków nie uszła też stronniczość dziennikarzy. Parodie debat między kandydatami Demokratów – Barackiem Obamą i Hillary Clinton – są tego najlepszym dowodem. Prowadzący nie kryją uwielbienia dla Obamy, biorąc go w krzyżowy ogień pytań: „Czy jest panu wygodnie?” „Przed chwilą kolega pytał, czy jest panu wygodnie. Odpowiedział pan, cytuję, <Tak, dziękuję>. Moje pytanie brzmi: czy na pewno?” Kiedy Hillary Clinton przerywa zadawanie „pytania” z sali przez „wybraną całkowicie losowo” Obama Girl znaną z teledysku popularnego na YouTube, prowadząca grozi jej wyrzuceniem ze studia. Kiedy wreszcie Obama wygłasza przemówienie w swoim charakterystycznym stylu, tym razem przeciwko tłamszeniu wolności dziennikarzy do opowiadania się po jednej ze stron, zakończone słynnym „Yes, we can!”, prowadząca wpada w ekstazę i kończy debatę, stwierdzając, że po czymś takim nikt nie jest już w stanie powiedzieć nic sensownego. W kolejnej parodii dziennikarz bombarduje kandydatów pytaniami według schematu: „Senator Clinton, kto jest ministrem spraw zagranicznych Nigerii?” „Nie wiem…” „Ojo Maduekwe! Senatorze Obama, to samo pytanie!” Oczywiście Obama wychodzi z takiego przesłuchania obronną ręką… „Udało nam się zmieścić wszystkie pytania, a więc była to jedna z najlepszych debat prezydenckich w dziejach” stwierdza gospodarz parodii drugiej debaty (w której gościnnie wystąpił sam Bill Murray). Epizod prawdziwej debaty, kiedy gospodarz nie pozwolił Obamie kontynuować wypowiedzi z powodu braku czasu, zespół Saturday Night Live wykorzystał jako motyw przewodni całej parodii, w której przerywanie wypowiedzi, mierzenie czasu stoperem i symultaniczne zadawanie pytań wywołuje fale śmiechu widzów. Zmuszeni do jednoczesnego odpowiadania kandydaci kończą swoje wypowiedzi rzuceniem standardowych haseł: „Oto zmiana, w którą możemy uwierzyć” i „Jestem walącym prosto z mostu indywidualistą”. John McCain boleśnie przekonał się też, że nie warto zadzierać z gospodarzami talkshow, zwłaszcza tak popularnymi jak David Lettermann. W wieczornym programie tego ostatniego w CBS często pojawiają się politycy, wykorzystując okazję do zaprezentowania swojej zabawniejszej strony. Obama i McCain gościli już u Lettermanna w przeszłości. W jednym z wrześniowych wydań zwykle łagodnie usposobiony gospodarz był jednak wyraźnie podirytowany, opowiadając, jak John McCain w ostatniej chwili odwołał swoje zaplanowane przybycie, wymawiając się potrzebą natychmiastowego udania się do Waszyngtonu w celu zaradzenia kryzysowi finansowemu. „Coś tu śmierdzi”, komentował zostawiony na lodzie gospodarz. „Nie tak zachowuje się prawdziwy bohater. Ktoś dosypał mu czegoś do metamucilu” (metamucil to popularny w stanach lek na zatwardzenie). Ale zgryźliwość Lettermanna wspięła się na nowe wyżyny, kiedy powiadomiono go, że w tym samym CBS ten sam John McCain przygotowuje się właśnie do wywiadu „na poważnie”. Pokazując widzom przekaz na żywo ze studia, gdzie McCainowi robiono make-up przed wejściem na wizję, Lettermann komentował kąśliwie: „Nie wygląda, jakby śpieszył się na samolot”, i „Senatorze, może trzeba podwieźć?” Po przerwie zaś ogłosił: „Jak się właśnie dowiedzieliśmy, senator zakończył już wywiad, a teraz bierze udział w nagrywaniu programu kulinarnego” Nic dziwnego, że kiedy McCain pojawił się w październiku u Lettermanna, mógł tylko ze szczerym uśmiechem przyznać: „Spieprzyłem sprawę”. Na swoje usprawiedliwienie miał, że przynamniej dostarczył gospodarzowi talkshow sporo materiału. Istotnie – Lettermann z lubością wskazywał, że sondaże McCaina zaczęły spadać właśnie po tym, jak nie pojawił się w jego programie. Autoironia losu Obaj kandydaci pojawili się na 63. dorocznym przyjęciu charytatywnym organizowanym przez nowojorską archidiecezję, gdzie zgodnie z wieloletnią tradycją wygłosili żartobliwe przemówienia. Od ostatniej i najbardziej zaciętej debaty minął tylko jeden dzień, żarty były jednak przeważnie autoironiczne. „Moją największą zaletą – mówił Obama – jest moja pokora. Jeśli chodzi o wadę, to jestem nieco zbyt fantastyczny”. Odnosząc się do drugiej debaty, kiedy McCain przez nieuwagę – lub jak uważa część komentatorów przez lekceważenie – powiedział o oponencie per „ten tam”, senator z Illinois żartował: „Moje imię znaczy w suahili <ten tam>”, prowokując do śmiechu samego McCaina. „Nawet w tej sali pełnej demokratów czuję, że ktoś mnie popiera” powiedział McCain, dodając po chwili: „Miło cię widzieć, Hillary”. Połączył też kwestię Hydraulika Joe i swoich licznych posiadłości: „Niewielu wie, że Hydraulik Joe podpisał niedawno lukratywną umowę z bogatym małżeństwem na zajęcie się wszystkimi ich siedmioma domami”. McCain nie stroni od pokazywania swojej mniej „jastrzębiej” strony. Wystąpił nawet osobiście w Saturday Night Live, gdzie w ramach parodii orędzia zapewniał, że cechuje go coś niezbędnego, by zostać prezydentem – starość. W innym skeczu wcielił się w zbyt czułego męża, który narusza „prywatną przestrzeń” sfrustrowanej businesswoman. Niestety, po 4. listopada jednemu z kandydatów nie będzie już do śmiechu. Biorąc jednak pod uwagę skalę problemów, przed jakimi stoi Ameryka i świat, trudno powiedzieć, kto będzie śmiał się ostatni. |
Dawid Juraszek |
|