|
Żelazny
Smok rusza na Dach Świata
Stało
się. W sobotę 1 lipca pierwszy pociąg ruszył do Lhasy, stolicy
Tybetu. Według zwolenników przedsięwzięcia, nowootwarta linia kolejowa
przyniesie Tybetowi dobrobyt, według przeciwników – falę chińskiej
imigracji i nowe zagrożenia dla dotąd odizolowanej kultury.
„Chiny piszą na nowo historię kolei” – tak w charakterystycznej
triumfalistycznej manierze zatytułowała jeden z materiałów o
postępach prac rządowa agencja Xinhua. Licząca 1142 km trasa wiedzie z
miasta Golmud w prowincji Qinghai przez Wyżynę Tybetańską do stolicy
Tybetu, Lhasy, położonej na wysokości 3650 m. n.p.m. W najwyższym
punkcie wspina się na 5072 m. n.p.m., czym o ponad dwieście metrów bije
dotychczasową rekordzistkę, trasę z Oroya do Cerro de Pasco w Andach
Peruwiańskich.
Innym z rekordów inwestycji jest najdłuższy most kolejowy świata. Aby
zbudowanie kolei stało się możliwe, wykorzystano najnowocześniejsze
technologie. Nie omieszkano sięgnąć po pomoc z zagranicy – w
przedsięwzięciu uczestniczyły firmy kanadyjskie i amerykańskie. Bez
przesady można powiedzieć, że dokonano inżynieryjnego wyczynu.
Góry skutecznie strzegły dotąd Tybetu. Aby dostać się na Dach Świata,
trzeba było kupić drogi bilet lotniczy, lub przetrzymać wyczerpującą
pięćdziesięciogodzinną jazdę z sąsiedniej prowincji Qinghai po
wybudowanej w latach 50. autostradzie. Tymczasem całkowity czas
przejazdu pociągiem z samego Pekinu do Lhasy to 48 godzin, przy cenie
nawet sześć razy niższej od kosztu biletu lotniczego.
Prawie tysiąc kilometrów trasy przebiega powyżej granicy 4000 m, a
ponad pół tysiąca po wiecznej zmarzlinie. Na tej wysokości trudno
oddychać – wagony są hermetyczne niczym kadłuby samolotów, tlen
dozowany jest sztucznie. Robotnicy pracowali z maskami tlenowymi, co
dziesięć kilometrów wzdłuż trasy rozlokowano placówki medyczne, do
których w razie potrzeby można było przetransportować chorego. Przed
zakupem biletu należy wypełnić deklarację zdrowia, a najlepiej się
przebadać, czy organizm podróżnego zniesie pobyt na takiej wysokości.
Gigantyczny projekt przedstawiono jako przyjazny ludziom i środowisku.
Mimo ekstremalnych warunków, przy budowie nikt nie zginął, podczas gdy
latach 50. każdy niemal kilometr autostrady do Lhasy okupiono jednym
istnieniem ludzkim. Dla objętych ochroną antylop tybetańskich (chiru)
przeznaczono 33 bezpieczne przejścia przez tory.
„Zbudowanie linii kolejowej z Qinghai do Tybetu ma wielkie znaczenie
dla przyspieszenia rozwoju gospodarczego i społecznego obu regionów,
poprawiając warunki życia ludzi każdej narodowości i wzmacniając
jedność między grupami etnicznymi” – takie słowa padły z ust prezydenta
Chin Hu Jintao podczas uroczystości otwarcia trasy w Golmud. Ale nie
wszystkich one przekonują.
„Jesteśmy świadkami marginalizacji Tybetańczyków, a kolej stanowi tu
ostateczne osiągnięcie” - powiedziała agencji Reutera Kate Saunders z
Międzynarodowej Kampanii na Rzecz Tybetu. Chińczycy i ich pieniądze to
nie tylko szanse na rozwój. Jak pokazują wcześniejsze doświadczenia z
liniami kolejowymi do Mongolii Wewnętrznej i Wschodniego Turkiestanu
(prowincja Xinjiang), które przyśpieszyły procesy przesiedleńcze, to
także, a może przede wszystkim, realne zagrożenie dla tybetańskiej
kultury.
Tybet został włączony do Chińskiej Republiki Ludowej w 1951 roku. W
1959 r. po krwawo stłumionym powstaniu ludności i ucieczce Dalajlamy do
Indii władze w Pekinie już bez przeszkód mogły przejąć nad regionem
pełną władzę. Izolująca się dotąd cywilizacja tybetańska została
skonfrontowana z brutalną polityką wynarodowienia. Tysiące klasztorów
zostało zburzonych, mnichom zakazano odprawiania rytuałów, chiński
sposób życia był propagowany jako jedynie słuszny.
Oficjalne źródła podają, że Chińczycy stanowią zaledwie 4,2 procenta
liczącej 2,8 miliona ludzi populacji Tybetu, ale dane te są
najprawdopodobniej zaniżone. Przy tym pozycja społeczna Chińczyków jest
dużo wyższa niż Tybetańczyków, co nie pozostaje bez wpływu na życie
regionu. To Chińczycy zajmują najwyższe stanowiska urzędowe, prowadzą
największe firmy i kierują siłami porządkowymi.
Tybet to kraj biedny, gdzie żyje się ciężko. Ale promowanie kolei pod
hasłem przywiezienia mieszkańcom regionu dobrobytu trąci hipokryzją,
zwłaszcza że, jak podają organizacje humanitarne, koszt wybudowania
kolei do Lhasy niemal trzykrotnie przewyższa wydatki, jakie Pekin
poniósł na ochronę zdrowia i edukację Tybetańczyków w latach 1952-2000.
Kolej ułatwi Chinom wywóz bogactw naturalnych Wyżyny Tybetańskiej,
rozlokowanie na jej obszarze broni nuklearnej i nowych baz wojskowych
oraz… wysyp odpadów radioaktywnych. Już dziś bezludne górskie tereny
wykorzystywane są jako wysypiska, m.in. okolice największego na Wyżynie
jeziora Kokonor. W przypadku odkrycia w rejonie złóż surowców mających
znaczenie gospodarcze można się spodziewać, że deklarowana przez władze
priorytetowość ochrony środowiska zostanie wystawiona na ciężką próbę.
Problem śmieci, nieunikniony w rejonach budów, na razie rozwiązywany
zadowalająco, pokaże swoje prawdziwe rozmiary dopiero po zakończeniu
prowadzonej jednocześnie z konstrukcją kolei przebudowy biegnącej
równolegle autostrady. Powstające doraźnie w sercu pustkowia sklepy i
centra usługowe dla robotników, porzucane po zakończeniu prac,
oznaczają tony śmieci i zepsutego sprzętu, ścieki i pozostałości
baraków, za których uprzątnięcie nikt jak dotąd nie wziął
odpowiedzialności.
Kolej nie pozostanie bez wpływu na zdrowie mieszkańców regionu. Problem
HIV/AIDS, narastający w Chinach, dotąd nie pojawił się w odizolowanym
Tybecie, mimo względnie wysokiego wskaźnika zarażeń w sąsiednich
prowincjach Yunnan i Xinjiang. Napływ Chińczyków może jednak zmienić
ten stan rzeczy, co, biorąc pod uwagę niski poziom ochrony zdrowia i
nikłą świadomości zagrożenia w regionie, może mieć poważne konsekwencje.
Twarde rządy, nakierowane na wykorzystywanie Tybetu do własnych celów,
a nie na rozwój pozostający w zgodzie z dziedzictwem tybetańskiej
historii, są jedną z przyczyn obecnej gospodarczej słabości regionu.
Dziś metody nieco się zmieniły, ale cel pozostał ten sam – uczynienie
Tybetu tylko jedną z chińskich prowincji, przydatną z punktu widzenia
finansowego i marketingowego. Bez przesady można rzec, że Tybet ma stać
się gigantycznym sklepem z pamiątkami.
Chiny do roku 2020 chcą być najchętniej odwiedzanym przez turystów
krajem świata. Tybet stanowi ważny czynnik w tych planach. Dziś nie
burzy się już klasztorów, wręcz przeciwnie, są one oficjalnie
chronione, jednak nie tyle z szacunku dla tradycji kultury
tybetańskiej, ile z chęci zysku. Opór wewnętrzny jednak słabnie. Już
dziś młode pokolenie Tybetańczyków nie różni się znacząco od swoich
rówieśników na wschodzie ogromnego kraju. Tak samo, jak oni, chce
przede wszystkim zarabiać pieniądze. O korzeniach pamiętają głównie
starsi mieszkańcy, ale kultywowanie dawnych tradycji jest niezwykle
trudne.
W samym zeszłym roku Tybet odwiedziło 1,8 miliona turystów. Przed
rokiem 2010 ma ich być rocznie pięć milionów. To rezultat intensywnej
promocji wycieczek do Tybetu w kraju i za granicą. Słynny Pałac Potala,
siedemnastowieczną zimową rezydencję Dalajlamy w Lhasie, w roku 1989
odwiedziło 90 tysięcy turystów. W roku 2005 było już ich 370 tysięcy.
Trzy lata temu dzienny limit odwiedzających Pałac wynosił 1600 osób. Po
1 lipca został podniesiony do 2300. Szacuje się, że w przyszłym roku
liczba odwiedzających może przekroczyć pół miliona. Zagrożenie dla
jedynej w swoim rodzaju drewnianej architektury Pałacu jest ogromne.
Tak wygląda w praktyce oficjalnie głoszona ochrona tybetańskich
zabytków.
Życie duchowe mnichów stało się utrudnione, odkąd w klasztorach tłumnie
zaczęli pojawiać się turyści. Teologiczne dysputy co rusz zakłócane są
gwarem grup wycieczkowych, z modlitewnego transu wyrywają zakonników
flesze aparatów fotograficznych. Wspomniane limity na liczbę osób
odwiedzających klasztory obejmują także pielgrzymów, czym zaprzeczają
celowi istnienia ośrodków religijnych.
Władze promują kolej jako oś wieloletniego rządowego programu rozwoju
regionów zachodnich, zwanego „Wielkim Skokiem na Zachód” (analogicznie
do „Wielkiego Skoku Naprzód” za rządów Mao Zedonga). Można się obawiać,
że w miarę, jak kultura i wartości chińskie przenikać będą do serca
Tybetu, część młodych Tybetańczyków wyemigruje „za ryżem” do bogatych
wschodnich rejonów nadmorskich, jak to się dzieje z ich rówieśnikami z
pozostałych ubogich regionów Chin. Druga część, choć zostanie na
miejscu, to wyemigruje mentalnie. W obu przypadkach ich rodzice nie
będą mieli komu przekazać unikalnego kulturowego dziedzictwa.
Na przeszkodzie ekspansji może jednak stanąć… klimat. Narodowy Ośrodek
Klimatologii ostrzegł, że wzrost temperatury na świecie nie pozostanie
bez wpływu na stan trasy. Na niektórych odcinkach wzdłuż szyn położono
zapobiegawczo rury chłodzące, mające zapobiegać topnieniu lodu i
zapadaniu się konstrukcji. Jednak być może już za 10 lat, a najpóźniej
w roku 2050, przestaną one wystarczać.
Ale połowa stulecia to odległa perspektywa. Do tego czasu kultura
Tybetu może stracić już swoje odrębne cechy i rozpłynąć się w ogromie
Państwa Środka.
|